Felieton: Teren nieogrodzony – Kwiatek dla niewidzialnej

31

O Dniu Kobiet pewnie bym nie pamiętała, gdyby usłużna koleżanka nie przesłała massesemesingu do wszystkich polonijnych koleżanek z okolicy, w którym życzyła nam, abyśmy sobie tego dnia same kupiły po tulipanie. Będzie prawidłowa wymowa święta.

Zgodziłyśmy się z wymową, ale wywiązała się dyskusja na temat kwiatków, bo jeden obóz głosił, że to powinny być tradycyjnie goździki, a inny, że nie, właśnie tulipany, bo to one są tradycyjnie.

Być może odkryłyśmy niezamierzenie informację cenną dla antropologów, zajmujących się badaniem gatunku „homo socjalicus w PRL”, mianowicie: na zachód od Wisły obowiązywały tulipany, na wschód goździki. Na szczęście fakt, że kwiatki wręczane tego dnia paniom obowiązywały w stanie nad albo i całkowitego przełamania, bo wydobywał je z teczki po powrocie do domu mężczyzna w stanie wysokiego upojenia alkoholowego, pozostawał wspólny dla terytoriów i z prawa, i z lewa od stołecznej rzeki. Zgodziłyśmy się także w temacie, że upijali się tego dnia nawet abstynenci, bo to było takie niezwykłe święto dla panów, że w Wigilię mogli się wymówić od kieliszka, a w Dzień Kobiet nie.
Wiem o czym mówię, mam wuja abstynenta i informacje pochodzą z pierwszej ręki.
Nie pijąc w Dzień Kobiet panowie w PRL ryzykowali przede wszystkim klasową krytykę za brak szacunku dla współtowarzyszek w budowie kraju. Nie honorować dzielnej, socjalistycznej kobiety, która i dziecko urodzi, i traktorem pojedzie, i z kaszy gryczanej wyczaruje schabowe na obiad, to był afront dla całego narodu.
Po drugie ryzykowali kpiny za postawę pantoflarza zbyt przejmującego się hasłami o szacunku dla socjalistycznej żony. To prawda, że ona i dziecko urodzi, i traktorem pojedzie, i z kaszy gryczanej wyczaruje schabowe na obiad (wystawszy tę kaszę uprzednio w kolejce w drodze powrotnej z fabryki po ośmiu godzinach biegania przy maszynach), no ale to przecież w żaden sposób nie upoważnia jej to do siania mężczyźnie afrontów za to, że w dzień jej święta wraca później do domu i ona, socjalistyczna żona, musi prócz praniem i schabowymi zająć się także jego niekontaktującym korpusem.
I wreszcie po trzecie i najważniejsze – niepijący w Dzień Kobiet mężczyzna ryzykował sponiewieranie towarzyskie na długi czas po przeminięciu święta, bo wzgarda dla męskiej, alkoholizującej się tego dnia grupy kumpli, nie było łatwo wybaczana.
Przeglądając w głowie wspominki z rozmaitych świąt kobiet, które przeżyłam w PRL–u, przypomniało mi się, jak uważałam, że najlepiej mają nauczycielki. Nie pojedynczy kwiatek, nie komplet ścierek kuchennych czy rajstop elastycznych rwących się już w pierwszym praniu, a czasem nawet i przy pierwszym użyciu, one zasypywane były tego dnia bukietami! Kocham kwiaty od urodzenia i w dzieciństwie bardzo cierpiałam, że w bloku dało się hodować jedynie odporne na warunki parapetowe pelargonie, żadnej działki za miastem rodzice nie posiadali, bo nie załapali się – ich własne słowa – na przydziały, które faworyzowały członków socjalistycznych organizacji. Wydawało mi się więc, że dostać i ozdobić dom naręczami profesjonalnie ułożonych i opakowanych kwiatów musiało być jak dopust Boży.
Koleżanka z mamą nauczycielką wyprowadziła mnie niedawno z błędu.

Ty sobie wyobrażasz, jak wygląda dom pełen więdnących bukietów? Czujesz się jak na cmentarzu. Gdy byłam mała, to raz nawet zestawiłam je wszystkie na podłogę, położyłam się między nimi i udawałam, że umarłam.
To jest bardzo silny symbol – zauważyłam. – A jaki wciąż aktualny. W Polsce toczy się właśnie fascynująca debata na temat świata bez kobiet, który w wolnym kraju zamiast znikać ma się lepiej niż kiedykolwiek. Tymczasem oni nawet nie wiedzą, co mają. Powinni przyjechać do USA na obserwacje. Nie ma parytetów, nie ma żadnej polityki prorodzinnej, a do tego – nie ma nawet na ten temat żadnej wiążącej publicznej debaty!
No właśnie – koleżanka też zamyśliła się ponuro. Jest przyczyna dlaczego w Skandynawii w ogóle nie obchodzi się Dnia Kobiet.
W Dniu Kobiet mąż pojechał na zakupy i zadzwonił ze sklepu spytać, czy jeśli kupi mi kwiatka to go nie wyrzucę z domu.
Mają goździki, tulipany i frezje – zaraportował.
Różyczki w doniczce poproszę. Wiosnę przestoją, a już mam dla nich upatrzone miejsce w ogrodzie – przywołałam go do porządku.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney