Fetysz 9 maja

33
Parada wojskowa w Moskwie – podobne przeszły 9 maja ulicami rosyjskich miast, od Władywostoku po Kaliningrad FOTO: EPA

Przez kilka ostatnich tygodni wokół nadchodzących w Moskwie uroczystości rocznicowych 9 maja budowano medialne napięcie. Spodziewano się, że dzień upamiętniający zwycięstwo Rosji stalinowskiej nad Niemcami nazistowskimi przyniesie kolejne ważne wydarzenia. To wszak dla Rosjan wielkie święto, obchodzone zresztą dzień później niż na Zachodzie, gdzie za V-Day uważa się 8 maja.

Oczekiwania okazały się trochę na wyrost, bo samo nadejście rocznicy zwycięstwa Armii Czerwonej nad Niemcami, choćby najbardziej symboliczne dla Rosjan, nie może zmienić biegu obecnego konfliktu wojennego. Parady wojskowe przeszły ulicami rosyjskich miast, od Władywostoku po Kaliningrad, przyjechały czołgi, pojazdy opancerzone i wyrzutnie rakiet. Nie przeleciały samoloty, bo pokaz w Moskwie odwołano rzekomo z powodu złej pogody. Z trybun wylał się znów ocean kłamstw dotyczących przyczyn wojny, w tym oskarżenia, że to Ukraina wraz z krajami NATO przygotowywała się do ataku na Rosję i to do tego próbując wejść w posiadanie broni nuklearnej. W tym kontekście prezydent Władimir Putin usiłował przedstawić obecny wysiłek rosyjskich sił zbrojnych jako przedłużenie walki z nazistowskimi Niemcami. Nie trzeba być profesorem historii, aby wiedzieć, że tego rodzaju paralele są całkowicie nieuzasadnione i fałszywe.

Przebieg uroczystości 9 maja można uznać za kolejny dowód zindoktrynowania rosyjskiego społeczeństwa, ale właściwie nie przyniósł większych niespodzianek. Rocznica ta od lat jest wykorzystywana przez Putina et consortes jako okazja do werbalnego ataku na Zachód. W lansowanym przez oficjalne rosyjskie media przekazie (a niezależnych środków przekazu praktycznie już tam nie ma) NATO wskazywane jest jako rozsadnik “nazizmu” na obszarach uważanych przez Moskwę za swoją strefę wpływów.

BEZ FANFAR I TRIUMFÓW

9 maja na placu Czerwonym Putin nie ogłosił jednak nowego zwycięstwa. Nie zrobił tego, bo po prostu nie mógł. W toczącym się już trzeci miesiąc konflikcie Kremlowi nie udało się osiągnąć żadnego z zakładanych celów strategicznych. Przede wszystkim nie zajęto Kijowa i nie osadzono w stolicy Ukrainy nowej, promoskiewskiej ekipy. A o to przede wszystkim chodziło Putinowi, gdy 24 lutego rozpoczynał – według jego własnych słów – “specjalną operację wojskową”.

Opór Ukraińców był zaskoczeniem nie tylko dla Moskwy, ale chyba i dla całego świata. Z kierunku północnego Rosjanie musieli się całkowicie wycofać, opuszczając okolice stolicy Ukrainy. Kolejna ofensywa, której celem jest zajęcie całych okręgów donieckiego i ługańskiego w ich granicach administracyjnych, też toczy się ze zmiennym szczęściem. Nie udało się też zdobyć Mariupola przed 9 maja, zakłady Azowstal w tym mieście stały się kolejnym symbolem tej wojny, świadczącym o determinacji i bohaterstwie Ukrainy w obronie swojej suwerenności. Jedynym miastem obwodowym (odpowiednik polskiego województwa) opanowanym przez Rosjan jest Chersoń. Także i tu trudno mówić o sukcesie, bo cywilni mieszkańcy tego miasta otwarcie protestują przeciwko obecności najeźdźców. A jest to przecież wschodnia, rosyjskojęzyczna część Ukrainy.

UTRACONA TWARZ ROSJI

Putin już na początku przegrał ten konflikt w sferze propagandowej, bo poza najbliższymi sojusznikami Rosji nikt nie kupił rosyjskiej narracji o konieczności “denazyfikacji” mniejszego sąsiada. Porównania walki ZSRR z hitlerowskimi Niemcami do obecnej operacji w Ukrainie powielają dziś jedynie rosyjskie i białoruskie media reżimowe. Putin może mówić swoim żołnierzom: “walczycie za ojczyznę i za jej przyszłość” i wmawiać, że w Donbasie istnieje nazisowskie zagrożenie “wobec kobiet, starców i dzieci”, ale jest to narracja przede wszystkim na użytek wewnętrzny. Z rosyjskich mediów płynie nieustannie przesłanie, których nie powstydziłoby się orwellowskie Ministerstwo Prawdy z powieści “1984”, w którym atak nazywa się obroną, agresora – wyzwolicielem, a każdy przejaw niechęci i krytyki wobec Rosji staje się z automatu “nazizmem”.

Tej narracji nie da się jednak przeforsować poza Rosją. Tu od początku sympatie są po stronie napadniętej Ukrainy. Opinią publiczną Zachodu wstrząsnęły obrazy zbrodni popełnionych na ludności cywilnej. Ostatnią, popełnioną na dzień przed uroczystymi defiladami z 9 maja, było zbombardowanie wiejskiej szkoły na wschodzie Ukrainy, w wyniku którego zginęło około 60 osób.

Rezultatem wojny jest więc utrata wizerunku Rosji na arenie międzynarodowej. Polska, Litwa i inni bezpośredni sąsiedzi nigdy nie mieli specjalnych złudzeń, jeśli chodzi o neoimperialne zapędy Kremla, ale niesprowokowany atak na Ukrainę otworzył także oczy zachodnim elitom, chętnie flirtującym z Moskwą. Jeśli dodamy do tego kilka pakietów ostrych sankcji ekonomicznych nałożonych przez Zachód i perspektywę bojkotu rosyjskich węglowodorów, polityczny i strategiczny bilans zaatakowania niesprowokowanej agresji na Ukrainę nie wygląda dla Rosji dobrze. Konflikt, który miał trwać zaledwie kilka dni, trwa dużo dłużej i kosztuje Moskwę ogromne pieniądze, prestiż i gospodarczą pozycję na świecie.

TAKTYKA NA WYNISZCZENIE?

Oczekiwania, że 9 maja wydarzy się coś, co pozwoli ogłosić Moskwie sukces, nie spełniły się. Fetysz nie zadziałał. Obecne rosyjskie siły zbrojne to nie Armia Czerwona, której Józef Stalin rozkazał w 1943 roku za cenę ogromnych ofiar wyzwolić Kijów z rąk niemieckich przed rocznicą wybuchu rewolucji październikowej. Brakuje jej żołnierzy i sprzętu. A przede wszystkim – morale. Nie znaczy to, że można ją lekceważyć. Rosja wielokrotnie w przeszłości podnosiła się po pierwszych porażkach, wyciągając wnioski z pierwszych niepowodzeń.

Nie należy także przechodzić do porządku dziennego nad konsekwencjami oficjalnej linii rosyjskiej propagandy. Rzucane groźby mogą zapowiadać, że konflikt także może rozszerzyć się na inne kraje – Mołdawię, kraje bałtyckie czy nawet Polskę. Pomysły takich działań coraz częściej pojawiają się w rosyjskiej przestrzeni medialnej i są powielane przez polityków niższego szczebla.

O tym, że nie są to żarty, niech świadczy poniższy przypadek: kiedy późnym latem ubiegłego roku Władimir Putin opublikował w rosyjskiej prasie podpisany własnym nazwiskiem artykuł kwestionujący istnienie Ukrainy jako samodzielnego państwa oraz sugerujący, że Ukrańcy są częścią wielkiego narodu rosyjskiego, uznano to jako wystąpienie propagandowe na użytek wewnętrzny. Tylko nieliczni eksperci uznali, że zawarte w tekście groźby mogą przybrać konkretny kształt. Podobnie może być i teraz, bo rozbudzanie w Rosjanach przeświadczenia, że są zagrożeni (sic!) nie tylko przez Ukrainę, ale także przez NATO i prawie cały świat, może być przygotowane do wyrzeczeń związanych z dalszą eskalacją konfliktu. Podziwiając heroizm i determinację Ukraińców nie wolno zapominać, że w toczącej się wojnie największe straty ponosi właśnie Ukraina. Za granicę uciekło już ponad 4 miliony ludzi, a drugie tyle przemieściło się wewnątrz kraju. Rosjanie niszczą infrastrukturę wojskową i cywilną, której odtworzenie będzie trwało latami. Atakują m.in. węzły kolejowe, aby zatrzymać dostawy broni z Zachodu. To, że Putin nie ogłosił 9 maja oficjalnie rozpoczęcia wojny z Ukrainą (czego spodziewało się wielu ekspertów), nie oznacza, że ten konflikt stanie się mniej niszczycielski. Przeciągająca się wojna będzie szybciej zużywała zasoby słabszej Ukrainy niż Rosji, stanowiąc coraz większe wyzwanie dla funkcjonowania tego pierwszego państwa. Być może tak właśnie będzie wyglądać taktyka Władimira Putina, jeśli obecna ofensywa na wschodzie Ukrainy zakończy się fiaskiem.