Gdyby Polska była Ameryką…

0
5

Mija długa jak wieczność chwila, nim funkcjonariuszom udaje się obezwładnić szaleńca i przerwać serię strzałów. Mają go przyciśniętego twarzą do ziemi, z szarpiącymi się rękami wykręconymi do tyłu. Tuż obok twarz prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza – tak zmasakrowana, że został z niej jedynie krwawy płat. Jego nieruchome ręce rozrzucone na boki, jak w geście bezradności lub gościnności.

Plac Targu Węglowego pustoszeje w mgnieniu oka. Na mokrym bruku zostają tylko ciała ofiar i poruszający się między nimi funkcjonariusze. Syreny coraz to nowych ambulansów i wozów policyjnych zaczynają zagłuszać wszelki inne odgłosy w okolicy.

Pawła Adamowicza zaatakował i śmiertelnie ranił nożownik, nie strzelec, i przebieg tragedii, jaka miała miejsce 13 stycznia podczas koncertów WOŚP w Gdańsku, wyglądał inaczej niż to, co opisałam. Dlaczego jednak pozwoliłam sobie na takie puszczenie wodzy wyobraźni? Od razu zaznaczam: nie dlatego, by uprawiać jakąkolwiek psychologię pocieszania typu: zawsze mogło być gorzej. Osobiście uważam, że to wątpliwa pociecha i prowadzi na manowce, bo w imię patronującej jej logiki równie dobrze można dojść do wniosku, że jesteśmy szczęściarzami, iż to Amerykanie, a nie Hitler, pierwsi zbudowali bombę jądrową, zaś w Czarnobylu wybuchł tylko jeden reaktor, a przecież pracowały cztery. W sytuacji gdy nieuzasadniona przemoc (nie w obronie własnej) pozbawia życia człowieka zawsze mamy do czynienia z tragedią największą, której stopniowanie nie ma sensu.

Pozwoliłam sobie na tej opis dlatego, że prześladuje mnie pewna myśl. Otóż gdyby Gdańsk leżał nie w Polsce, a w USA, to jestem prawie pewna, że – zważywszy na charakter imprezy (liczne zabudowania wokół, pod gołym niebem) – zabójcy prezydenta Adamowicza udałoby się przemycić na scenę nie nóż, a pistolet (jeśli w ogóle nie karabin) i mielibyśmy do czynienia z dużo gorszym scenariuszem. Nawet jeśli zamachowiec planowałby egzekucję tylko na jednej osobie, to wiemy, że podczas tego typu strzelanin śmierć zazwyczaj ponosi całe grono przypadkowych ludzi – spośród publiczności, ochrony, organizatorów imprezy. Zamiast jednego pogrzebu mielibyśmy ich kilkanaście, a może i kilkadziesiąt.

Więc jednak pewne szczęście i ulga, że Gdańsk leży nie w USA, a w Polsce. Kupując bilet na koncert czy zjawiając się w jakimkolwiek publicznym miejscu mieszkaniec Polski, póki co, raczej nie zastanawia się, ile osób z zebranych ma przy sobie broń i czy nie wpadnie im do głowy jej użyć. Polska, jak i większość Europy, wciąż bowiem posiada bardzo restrykcyjne, w porównaniu z USA, prawa o posiadaniu broni.

Przypadek, w którym taka broń wpada w ręce osoby niepoczytalnej, urządzającej następnie krwawą jatkę w wybranym przez siebie miejscu publicznym, ledwie mieści się w głowie. Reakcją na doniesienia o tego typu zdarzeniach w USA nieodmiennie pozostaje przerażenie i zdegustowanie, a także fala krytyki nacji, która „sama sobie gotuje ten los”. Z jednej strony na skutek zbyt łatwego dostępu do broni, z drugiej – nieadekwatnej opieki psychiatrycznej nad ludźmi, którzy zagrażają bezpieczeństwu publicznemu.

Tak było do tej pory. Ale czy będzie dalej? Od kilku lat w Polsce, tak jak i w wielu innych miejscach na mapie do tej pory nieuzbrojonego świata nasila się specyficzny sentyment/tęsknota za bronią. Tłumaczony jest rosnącym poczuciem zagrożenia osobistego w dzisiejszych niespokojnych czasach. Ubiegłoroczny sondaż przeprowadzony przez Instytut Ochrony Praw Konsumentów w Polsce wykazał, że już 57% Polaków opowiada się za prawem do posiadania broni palnej do obrony rodziny lub domu.

Jednocześnie mamy do czynienia ze zjawiskiem, że sentyment ten spotyka się z reakcją władz, zwłaszcza jeśli władze rekrutują się z populistów i oportunistów, celujących w rządzeniu za pomocą konfliktu i kryzysu. Nie rzucam słów na wiatr. Jeśli Państwo o tym nie słyszeli, to przypominam, że partia Kukiz’15 wyszła w ub. roku z propozycją, by wprowadzić w Polsce powszechne prawo do posiadania broni, i to na zasadach, które nawet rozkochanym w swoich pistoletach Amerykanom wydałyby się nieprzemyślane: orzeczenie o poczytalności kandydata na posiadacza broni palnej broni miałby w Polsce wydawać lekarz rodzinny, niepotrzebny byłby nawet do tego psychiatra, nastąpiłaby jednocześnie likwidacja wymaganego obecnie egzaminu do otrzymania licencji (obecnie taki egzamin wymagany jest co trzy lata), wreszcie samą licencję „załatwiałoby się” w urzędzie miasta, tak jak wszystkie inne sprawy urzędnicze/obywatelskie.

„Nie będzie przeciwwskazań, by praktycznie każdy, kto chce mieć broń, mógł spełnić swoje marzenie” – z entuzjazmem tłumaczył się ze swego pomysłu lider partii Paweł Kukiz. Dodając – to bardzo ważne! – że jego inspiracją są prawa obowiązujące w USA oraz, że to właśnie dzięki poziomowi uzbrojenia amerykańskiego społeczeństwa „istnieje tam demokracja”.

Mieszkam w Ameryce od ponad 20 lat i przez cały ten czas bardzo uważnie przyglądam się zarówno amerykańskiej „demokracji”, jak i sytuacji z bronią palną. Gdybym chciała policzyć, ile w tym czasie wydarzyło się absolutnie bezsensownych strzelanin, śmierci, za którymi stała broń palna, czy to pomagając w akcie samobójczym, czy uśmiercając masowo, w tym dzieci w szkołach, byłyby to przerażające liczby ofiar, idące w setki tysięcy (tylko w 2018 r. od postrzału zginęło na terenie USA prawie 40 tys. osób). Najwięksi entuzjaści broni nie mogą już dzisiaj zaprzeczyć, że istnieje związek między liczbą broni w narodzie i łatwością dostępu do niej a eskalacją przemocy. Szczególnym problemem, który wydaje się być w chwili obecnej nie do rozwiązania i nie do opanowania, jest broń w rękach osób niepoczytalnych. Badania, w tym m.in. amerykańskiego Narodowego Instytutu Zdrowia, obalają jednocześnie argument, że jeśli osoba zaatakowana posiada broń, do tragedii nie dojdzie. Wręcz przeciwnie.

Ryzyko, że ostatecznie zostanie postrzelona, wzrasta wtedy czteroipółkrotnie. Co zaś się tyczy demokracji, tak ważnej dla pana Kukiza. O jakiej demokracji mówimy, jeśli zdecydowana większość społeczeństwa (61%, sondaż Gallupa 2018 r.) opowiada się za zaostrzeniem kryteriów na posiadanie broni, a mimo to – także pomimo nasilających się i coraz bardziej makabrycznych strzelanin masowych – przepisy ani drgną, przeciwnie, w niektórych stanach (Kansas, Arizona, Nevada) są jeszcze bardziej liberalizowane?

Polska nie jest Ameryką i oby, jeśli chodzi o broń, nigdy się nią nie stała. Z Ameryką łączy nas jednak wiele, w tym kulejąca służba zdrowia, a zwłaszcza opieki psychiatrycznej. Statystyki zaburzeń psychicznych, w tym depresji, uznanej ostatnio przez Światową Organizację Zdrowia za największe wyzwanie medyczne stojące przed ludzkością, rosną także i w Polsce, alarmująco szybko zwłaszcza w grupie ludzi młodych. Atmosfera skrajnych politycznych i społecznych podziałów rozszarpująca Polskę od wewnątrz dodatkowo pogarsza jego stan psychiczny.

Jeśli okaże się, że morderca Pawła Adamowicza rzeczywiście potraktował swój czyn jako formę odwetu nie tylko osobistego, ale i politycznego, za doznane krzywdy, będzie to druzgoczący dowód na to, że owe podziały oraz towarzysząca im mowa nienawiści nie po wszystkich „spływają” jak woda po przysłowiowej kaczce. Jeśli ci, po których nie spływają, będą mieli kiedykolwiek ułatwiony dostęp do broni, może się okazać, że dzieci w polskiej szkole, podobnie jak ich amerykańscy rówieśnicy, także po kilka razy w roku przechodzić będą obowiązkowe szkolenie na okoliczność wtargnięcia do klasy wariata z kałasznikowem.

Nie zanosi się, ja w każdym razie tego nie widzę, że Polska niczym pijak chluśnięty wiadrem lodowatej wody, nagle wytrzeźwieje i wszyscy do wszystkich jak na komendę wyciągną przyjaźnie ręce, gotowi do kompromisów oraz współpracy w imię wspólnego dobra i bezpieczeństwa. Mam jednak nadzieję, że nie jesteśmy, mimo wszystko, aż tak pijani, by nie widzieć, że od niektórych pomysłów i wizji powinniśmy się trzymać z daleka. Póki jest czas. Póki nie stoimy, jak Ameryka, przed faktem dokonanym.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney