Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta

194
Od kiedy siedzimy w domach, wszędzie dookoła jest czyściej. Parki, błonia, lasy o tej porze tonęły w śmieciach. Teraz wszystko wysprzątane, brudzić nie ma komu i zamiast woni wysypiska, czuje się żywicę sosen, delikatny zapach wilgotnego mchu, trawy. FOTO: PEXEL.COM

Gdy człowiek zmaga się z wirusem, przyroda rozkwita. Nie ma powrotu do normalnego życia sprzed pandemii. Wydaje mi się, że podskórnie wie to każdy z nas. Kryzys, w jakim się zagłębiamy, nie jest wynikiem koronawirusa, to była tylko kropla, która przepełniła pełny dzban. Powodem jest człowiek i jego rabunkowa gospodarka, którą prowadzimy od lat.

Podczas styczniowego Forum Ekonomicznego w Davos wiele mówiono o zmianach klimatycznych, spodziewanej recesji, turbulencjach na rynkach paliw i surowców. Sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres ostrzegał: „Ludzkość wypowiedziała wojnę naturze, natura odpowiada w gwałtowny sposób”. Ostrzegali też inni krzycząc i pikietując w wielu krajach świata. I nie zrobiliśmy nic, poza tym, co zwykle: bla, bla, bla…

To wirus zamknął nas w domach, spowolnił mordercze tempo degradacji i wystarczyło kilka tygodni, by przyroda złapała oddech. Przez utrudnienia w handlu i produkcji towarów ślad węglowy Chin w lutym zmniejszył się o 25%, podczas gdy poziom zanieczyszczenia powietrza spadł o 36% w porównaniu do odpowiadającego okresu w 2019 roku. Zamarła turystyka. Samoloty nie transportują milionów ludzi z jednego miejsca na drugie. Ile spalin przez to nie zostało wyemitowanych? Nawet w mojej najbliższej okolicy widać, że od kiedy siedzimy w domach, wszędzie dookoła jest czyściej. Parki, błonia, lasy o tej porze tonęły w śmieciach. Teraz wszystko wysprzątane, brudzić nie ma komu i zamiast woni wysypiska, czuje się żywicę sosen, delikatny zapach wilgotnego mchu, trawy. Wczoraj po raz pierwszy od lat czułam w mieście zapach kwitnących drzew. Nigdy nawet nie przypuszczałam, że 500 metrów od mojego miejskiego domu mieszkają sarny, a radosny śpiew ptaków słychać nie tylko wczesnym rankiem.
Zapewne tak samo zaskoczeni byli wenecjanie, gdy w przezroczystych wodach kanałów zobaczyli delfiny, czy Chińczycy widząc słonie śpiące wśród krzewów herbacianych, albo mieszkańcy indyjskiego miasta Kozhikode, gdy ujrzeli spacerującą po ulicy wiwerę malabarską – drapieżnika, który od lat 60. ubiegłego wieku uznawany za prawdopodobnie wymarły, a tu okazuje się, że żyje! Wokół filipińskiej wyspy Palawan pojawiły się od lat tam nie widziane różowe meduzy. Puma wybrała się na spacer po chilijskim Santiago. Kilka dni temu w Zakopanem ktoś sfotografował łanie wędrujące środkiem ulicy. Z wielu miejsc na świecie dochodzą nas takie wieści i nawet jeśli tylko część z nich jest prawdziwa, mam nadzieję, że wielu z nas pozwoli na zupełnie inną optykę naszego życia.

Wczoraj zainstalowałam aplikację, która pozwala z polskimi przewodnikami zwiedzać różne zakątki świata. Leżąc na leżaku pod czereśnią we własnym ogrodzie odwiedziłam miejsce, w którym zawsze pragnęłam być. I wiecie co? Nie wiem, czy ten sposób zwiedzania świata nie zastąpi u mnie tradycyjnego? Przez lata wirtualnie odwiedzałam najsłynniejsze muzea świata, może teraz czas na kolejny krok? W razie gdybym skuszona jakimś dzikim zakątkiem chciała go odwiedzić, powiesiłam sobie przy toaletce w sypialni wydrukowany fragment raportu badaczy Uniwersytetu Stanforda, którzy poddali analizie powietrze z prowincji Hubei, z miejsca, gdzie rozpoczęła się epidemia koronowirusa. Nie jest zaskoczeniem, że po kilku miesiącach jakość powietrza zdecydowanie się podniosła, ale ważne jest, iż to czystsze powietrze mogło uratować życie 4 tysiącom dzieci poniżej piątego roku życia oraz 73 tysiącom osób w podeszłym wieku. Analitycy zgłaszają dość śmiały pogląd, że niebezpieczny wirus uratował więcej ludzi, niż nastąpiło z jego powodu zgonów…