Gdzie Rzym, a gdzie Krym? Czyli próba zrozumienia sytuacji światowej

0
0

Na dodatek trapi mnie zmora, że jestem podwójnym zdrajcą, bo zarówno amerykańskim, jak i polskim, przypuszczam bowiem, iż NATO Polski nie obroni. Pod tym względem staję się obiektem ataków większości moich znajomych, należących do obydwu wzajemnie się zwalczających obozów demokracji i sprawiedliwości, ponieważ obie strony są święcie przekonane, że NATO jest gwarantem niepodległości Rzeczypospolitej.

Jeśli mógłbym dać jakąś radę obydwu grupom politycznym, KOD-owi i PiS-owi, to by nie dały się wplątać w konflikt amerykańsko-rosyjsko-ukraiński. Niestety, Polska – będąc w NATO – straciła samodzielność podejmowania decyzji w dziedzinie militarnej.

Gdy śledzę ostatnie wypadki w Turcji i na Krymie, to przywodzą mi one na myśl zdarzenie z czasów mojej wczesnej młodości. Otóż na drugim roku studiów na Politechnice Wrocławskiej zostałem zatrudniony jako statysta do baletu w Operze Wrocławskiej pod nazwą „Fontanna Bachczysaraju”. Moim zadaniem w grupie „Tatarów krymskich” było pozorowanie bitwy na szable z polskimi szlachcicami, broniącymi cnoty polskich szlachcianek przeznaczonych do haremu w stolicy Krymu, Bachczysaraju. Wtedy nie wiedziałem, że balet „Fontanna Bachczysaraju” był napisany przez Rosjanina na postawie poematu Puszkina o tym samym tytule, który poświęcił go polskiej brance Marii Potockiej, która zmieniła przekonania, a może i religię, i została kochanką tatarskiego chana. Wtedy wiedziałem, że walcząc szablami z polskimi szlachcicami na scenie Opery Wrocławskiej, jestem po złej stronie. Teraz, gdy czytam amerykańską prasę, dowiaduję się, że Tatarzy krymscy, sprowadzeni tam przez Czyngis-chana, to przyjazne Amerykanom plemię i nie mam się czego wstydzić. Krym winien być zwrócony Tatarom, a nie Rosjanom. Tatarzy, biorąc w jasyr Marię Potocką, poprawili jej stopę życiową i przenieśli ją w lepszy, ciepły klimat na Krymie. Tam także doznawała uwielbień tureckiego chana, który dla niej zbudował wiecznie płaczącą fontannę Bachczysaraju.

Z tym Krymem mam jednak ciągle problemy – czy Krym należy do Ukraińców z Kijowa, czy do Rosjan, którzy tam osiedli, czy do Tatarów, których Stalin wysiedlił, czy może do Polaków, z uwagi na piękną Marię Potocką. Historia ma to do siebie, że przesuwając wydarzenia na osi czasu można przypisać każdy kawałek ziemi do tej czy innej narodowości. Wedle dzisiejszej prawdy wygłaszanej przez „wiodącą” międzynarodową prasę i media Krym został zagarnięty Ukrainie dwa lata temu, kiedy to władza w Kijowie przeszła w ręce jakoby demokratycznego, antyrosyjskiego rządu w czasie zamachu stanu w Kijowie, w roku 2014, na tak zwanym Majdanie.

Jak starszym wiadomo, uprzednio Krym został podarowany Ukrainie, chyba w pijanym widzie, przez Nikitę Chruszczowa, I sekretarza ZSRR, w roku 1954, któremu nigdy się nie śniło, że Ukraina kiedyś stanie się niepodległym państwem.

Jasnym było, że uprzednie umowy między Ukrainą i Rosją dotyczące rosyjskiej bazy morskiej w Sewastopolu stały się zagrożone i przejęcie kontroli nad Krymem przez wrogi Rosji rząd znaczy, że Rosja straci prawo do użytkowania tej bazy i kontroli nad Morzem Czarnym. W przypadku, jeśli Ukraina przystąpi do NATO, baza ta stanie się bazą NATO.
Biorąc pod uwagę, że większość mieszkańców Krymu to dzisiaj Rosjanie, nie było trudności w uzasadnieniu przyłączenia Krymu do Rosji metodą plebiscytu, którego ani Ukraina, ani świat zachodni nie chce uznać za legalny. Ten niepewny, legalno-nielegalny stan rzeczy jest korzystny dla tych, którzy chcą osłabienia Rosji, a także dla obecnych władz w Kijowie, które mają problemy z tragiczną sytuacją ekonomiczną na Ukrainie. Być może ostatnie wypadki na Krymie wskazują, że rząd w Kijowie chce sprowokować Rosję do większego zaangażowania w wojnę ukraińsko-rosyjską, której sama Ukraina nie ma szans wygrać bez pomocy NATO. Tutaj Polska jest w przegranej sytuacji, gdyż Polacy mogą być zmuszeni do pomocy ukraińskiemu „sojusznikowi”.

Jeśli jednak wierzyć, że to Rosja, a nie Ukraina, jest prowokatorem konfliktu, sytuacja dla Polski jest równie tragiczna. Trapi mnie pytanie, czy przynależność Polski do NATO chroni niepodległość Polski, czy jest jej zagrożeniem?

TURCJA
W ciągu ostatnich kilku tygodni Turcja przeszła rewolucję, którą trudno było przewidzieć. Od dłuższego czasu prezydent Turcji Erdogan starał się rozszerzyć wpływ mahometańskiego klerykalizmu na rząd i społeczeństwo tureckie. Było to sprzeczne z zasadami wprowadzonymi przez Ataturka po pierwszej wojnie światowej, które zmieniły alfabet arabski na łaciński, zabroniły nauczania religii w szkołach i prawa szariatu. Gwarancją „europejskich” rządów miała być armia. Erdogan zdawał sobie sprawę, że w przeszłości armia robiła zamachy stanu na rządy mahometańskie i dlatego stopniowo ją osłabiał, usuwając niewygodnych generałów. W międzyczasie Turcja pod rządami Erdogana pomagała rebeliantom ISIS w walce przeciw rządowi prezydenta Syrii Asada zarówno wojskowo, jak i finansowo, zakupując ropę naftową od islamistów i zezwalając na łatwy przepływ terrorystów przez granicą syryjsko-turecką. Te praktyki nie podobały się ani USA, ani Rosji, aczkolwiek w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi Turcja musiała być ostrożna, ponieważ miała największą po amerykańskiej armię i była wrogo nastawiona do Rosji. Nagle, po upadku wojskowego zamachu stanu na rząd prezydenta Erdogana, jego nastawienie w stosunku do Rosji diametralnie się zmieniło. Ni stąd, ni zowąd Putin z największego wroga stał się przyjacielem. Jak to stało, można jedynie spekulować. Co wpłynęło na zmianę stanowiska Erdogana?

Być może, że przyjaźń amerykańsko-turecka w ramach NATO była tylko powierzchowna. Być może, że najwygodniej dla NATO byłoby usunąć Erdogana od władzy? Być może, że zamach stanu przez siły zbrojne w Turcji był za zgodą albo inspirowany przez USA? Gdy obserwowałem rozwój sytuacji w telewizji i internecie, zdumiało mnie, że w ciągu kilku godzin dziesiątki tysięcy młodych brodatych popleczników Erdogana niosło flagi i transparenty popierające prezydenta i przeciw zamachowcom. Te transparenty, liczone w tysiącach, na pewno były uprzednio przygotowane. Niemożliwe, aby wyprodukowano je w ciągu jednej nocy. Być może, że zamiary przeprowadzenia „zamachu stanu” były Erdoganowi znane? Jeśli moje spekulacje są prawdą, że Stany Zjednoczone wiedziały albo były zaangażowane w zamach stanu w Turcji, to znaczy, że Erdogan czuje się dzisiaj bardziej zagrożony przez amerykańskich przyjaciół niż przez rosyjskich wrogów. Być może dlatego Erdogan nagle poleciał do Moskwy, aby się ściskać z Putinem? Przypuszczam, że Putin musiał zataczać się ze śmiechu na wiadomość, że Erdogan przyjeżdża z umizgami i obietnicami współpracy.

Dla kontrastu – w Waszyngtonie na pewno rozważają, jak by tu Erdogana udobruchać. Obawiam się, że będzie to trudne. Erdogan był o krok od śmierci, kiedy jego prezydencki samolot był ścigany przez turecki myśliwiec, który wystartował z bazy amerykańskiej w Incirlik w Turcji. On chyba Amerykanom tego nie wybaczy. Jaki następny krok zrobi Erdogan – nie wiadomo. Wiadomo jednak, że jego daleko idącym planem jest odbudowa Imperium Otomańskiego, które kiedyś władało Europą Południową, Azją Małą i Afryką Północną. Takie zamiary nie pasują jednak do planów ani amerykańskich, ani rosyjskich.

POLSKA
W Polsce do gardła sobie skaczą dwie partie, PiS i Platforma Obywatelska, a właściwie ugrupowanie przeciwników istniejącego stanu rzeczy pod pseudonimem KOD. Ugrupowanie KOD (Komitet Obrony Demokracji) jest niezwykle czynne w propagandzie wizualnej przedstawiającej Kaczyńskiego w wielu ośmieszających go komiksach. Dla równowagi, nie widzę podobnego nawału komiksów o Tusku ze strony opozycji. Odnoszę wrażenie, że opozycja Komitetu Obrony Demokracji goni resztkami sił i z powodu braku rzeczowych argumentów ucieka się do taniej satyry. U nas, w USA, mamy podobną sytuację z kandydatem na prezydenta, Trumpem, którego opozycja zarówno z Partii Demokratycznej, jak i Partii Republikańskiej przestawia jako kompletnego idiotę i hochsztaplera. Przypuszczam, że „demokratyczni” opozycjoniści wysyłają sobie wzajemnie takie komiksy, aby się pocieszyć, że nie są zupełnie osamotnieni. Do znudzenia powtarzane są argumenty dotyczące liczebności polskiego Trybunału Konstytucyjnego, którego znaczenia większość ludzi nie rozumie. Dla mnie sprawa jest jasna, że chodzi o sparaliżowanie rządu większości poprzez kilku ludzi przyjaznych opozycji i kibiców z krajów o „prawdziwej demokracji”. Niedawno rozmawiałem z moim dobrym znajomym, Żydem kanadyjskim, który był zdezorientowany atakami prasy kanadyjskiej i amerykańskiej na nowy polski rząd. Wytłumaczyłem mu prosto, argumentem, który natychmiast zaakceptował. Nie chodzi o żadną demokrację, tylko chodzi „szmal”, czyli pieniądze! Ciekawe jest, że nawet wiodący międzynarodowy dziennik finansowy „Financial Times” zgodził się z moim argumentem i wydrukował mój list do redakcji na ten sam temat.

Jedyną nadzieją KOD-u są złowrogie odgłosy jego kolegów z UE, że może wypiszą Polskę ze wspólnoty, co chyba nie jest Brukseli na rękę, jako że podobno Polska ekonomicznie radzi sobie nie najgorzej. Ponadto decydujący głos mają tutaj USA i ich własne plany osłabienia Rosji, w których Polska może się przydać, jako chętny do walki o „naszą i waszą wolność”, chłopiec na posyłki, aby pomóc Ukrainie odebrać Krym i Donbas. Jeśli mógłbym dać jakąś radę obydwu grupom politycznym, KOD-owi i PiS-owi, to by nie dały się wplątać w konflikt amerykańsko-rosyjsko-ukraiński. Niestety, Polska – będąc w NATO – straciła samodzielność podejmowania decyzji w dziedzinie militarnej. Obawiam się, że Polska może, chcąc czy nie chcąc, wdepnąć w to łajno śpiewając: „Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy!”.

CHINY
Kiedy już wszystko miałem wyjaśnione, że Putin i Trump są naszymi największymi wrogami, nagle pojawił się konflikt z Chinami na Morzu Chińskim. Co nowy amerykański prezydent zrobi w starciu z rosnącymi imperialnymi ambicjami chińskimi – pozostaje zagadką. Wygląda na to, że Chiny mają długodystansowy plan na dominację w rejonie Morza Chińskiego i być może także Pacyfiku. Na skutek tak zwanej globalizacji krótkowzroczna polityka amerykańska, kierowana przez ekonomicznych oligarchów, spowodowała szybki eksport technologii do Chin i import stamtąd tanich produktów. Na początku importowane były produkty wymagające taniej pracy ręcznej, ale ostatnio także produkty wysokiej technologii, jak telefony komórkowe i komputery. Między Chinami i USA powstał pewnego rodzaju węzeł gordyjski, splatający dwu konkurentów w walce o dominację na świecie. Chiny są dostawcą większości produktów konsumpcyjnych po niskiej cenie, a USA są rynkiem, który jest konieczny dla utrzymania chińskiego przemysłu w ruchu. Retoryka Trumpa, wskazująca na zablokowanie importu i stworzenie miejsc pracy dla Amerykanów, omija skutki takich restrykcji. Nałożone cła na produkty importowane podniosą ceny kilkakrotnie. Reakcja społeczeństwa amerykańskiego, przywykłego do niezasłużonego dobrobytu, jest trudna do przewidzenia. Ponadto zablokowanie importu może być nagłe, ale wystartowanie produkcji domowej będzie powolne. Zwrócić należy uwagę, że ludzie, którzy kiedyś pracowali jako wysoko płatni robotnicy, już przeszli na emeryturę, a młodzi do produkcji się nie garną. Ponadto roboty wypierają pracę ludzką w wielu dziedzinach. Aby utrzymać ruchy rewolucyjne pod pokrywką, od wielu lat rząd amerykański daje różnego rodzaju „zapomogi” dla ludzi, którzy nie mogą albo nie chcą pracować. W niektórych stanach liczba osób na różnego rodzaju rządowych zapomogach przekracza liczbę zatrudnionych. Ostatnio rośnie ruch rewolucyjny ludzi znudzonych bezczynnością i studentów z zamożnych domów poszukujących idei dla naprawienia świata.

Wedle artykułów o sytuacji w Chinach publikowanych w „Financial Times” atmosfera dla firm i cudzoziemców pracujących w Chinach zmieniła się ostatnio z przyjaznej na niechętną, a nawet wrogą. Wygląda na to, że wrogość do amerykańskiego biznesu jest sterowana przez rząd, który z kolei będzie miał „społeczne” uzasadnienie na większy nacisk na kontrolę na Morzu Chińskim, gdzie na sztucznych wyspach już podobno umieszczono rakiety i zbudowano lotniska dla samolotów bojowych. Pytanie, kto pierwszy, Chińczycy czy Amerykanie, straci nerwy i odpali rakiety? Albo USA mrugną i dadzą Chinom pełną kontrolę na Morzu Chińskim.

Autor: Jan Czekajewski