Generacja TS – teorii spiskowych

121
Obecna młoda generacja wychowała się w klimacie miażdżącego i pod wieloma względami destrukcyjnego dostępu do wszelkiej informacji FOTO: PEXELS.COM

Gdy Młodsza schodzi na dół, powoli, jeszcze trochę zaziewana i niemrawa, i z tym ślicznym półuśmiechem szczęścia na twarzy, z jakim budzą się dzieci, zwłaszcza w wakacje, ja siedzę już zwykle z kawą przy stole i poskubując śniadanie czytam newsy.

W przeciwieństwie do mojej córki jestem dawno obudzona i przytomna, niekiedy do tego stopnia, że już doświadczam pierwszego w ciągu dnia rzutu drgawek z nerwów i frustracji. Włada mną dyżurny od miesięcy strach o to, co dzieje się z ludzkością i ze światem. Włada mną poczucie szczerego przerażenia, gdy w odpowiedzi na wiadomości spływające z ekranu słyszę, jak w głowie nasila mi się wrzask kury na jajko i jajka na kurę jednocześnie. A krzyczą tak: czy to pandemia zaraziła nas dodatkowym, równoległym do COVID-a wirusem zezwierzęcenia i znieczulenia do tego stopnia, że zaczynamy maszerować z kosami brat na brata? Czy to zezwierzęcenie i znieczulenie zawsze w nas były i tylko czekały na właściwy moment, by przejąć lejce i poprowadzić powóz? Quo vadis, o świecie i ludzkości? – krzyczę do nich w odpowiedzi. Quo vadis, quo vadis – ni stąd ni zowąd zjawia się do kompletu i rechocze obrzydliwie sęp teorii spiskowych. Choć przeganiam go jak umiem, łatwo nigdy nie jest. Sęp żywi się moim strachem, a strach przecież zawsze tak szeroko otwiera nam oczy, że zaczynamy widzieć dużo więcej, w tym rzeczy w ogóle nieistniejących.
Jakże się więc ucieszyłam, gdy po dzisiejszym otwarciu stron z wiadomościami w końcu łypnęło na mnie coś, co zawierało ładunek nadziei, że oto da się opanować strach, ubić sępa i nawet roznieść w pył teorie spiskowe. Nadzieja rozświetliła mnie od środka tak mocno, że zamiast drgawek ze strachu dostałam drgawek z radości, czym tak zaniepokoiłam Młodszą, iż w jednej chwili przestała ziewać i się uśmiechać, i dopadła do mnie szybciej niż paramedyk do karetki na wieść o wypadku.
– Co się stało? Mamo?!
– Mamy odpowiedź! W końcu mamy odpowiedź! – poinformowałam ją niemal ze łzami wzruszenia w oczach.
– Na co? – nie zrozumiała.
– Na to, jak możemy się w końcu wszyscy pogodzić. Jak położyć kres naszym bratobójczym nastrojom na tle różnic ideologiczno-kulturowo-politycznych!
– Czyli…? – Drążyła bezradnie Młodsza. 
To, że ktoś przestaje ziewać i się przeciągać, nie oznacza, że zaczyna myśleć. Niestety. Dopiłam kawę i wskazałam Młodszej krzesło.
– Słyszałaś o tym, że niektórzy nazywają koronawirusa „wirusem z Wuhan” albo wręcz „chińskim wirusem”, czym ściągają na siebie gniew innych oraz pogłębiają i tak niepłytki rów podziałów między frakcjami społeczeństwa, wyznającymi odmienny światopogląd na sprawę genezy, a nawet celu pandemii?
Młodsza odchrząknęła znacząco.
– No oczywiście. To ci sami, którzy dają wiarę różnego rodzaju teoriom o supremacji jednych ras czy grup nad innymi w imię jednych kanonów wartości i ideałów nad innymi.
– Świetnie! – pochwaliłam ją. Jednak zaczynała myśleć.
– Słyszałaś o tym, że niektórzy nie mają najmniejszej wątpliwości, iż mamy do czynienia z wirusem pochodzenia laboratoryjnego?
– Oczywiście! Wszyscy ci, którzy uważają, że Gates i Soros pracują dla Reptilianów, mają za cel zaszczepić, o sorry, zaczipować nas wszystkich jak krowy, by potem kontrolować dla własnych celów. Czekamy teraz tylko na informacje, co to za cele dokładnie i jak wpasowują się w szerszą agendę całkowitego rozwalenia planety i dziedzictwa, jakie na niej do tej pory zbudowaliśmy. Zamrażanie gospodarek w imię walki z pandemią jest planowym początkiem tej destrukcji, podobnie jak kontynuacja postępu technologicznego z systemami 5G na czele. Czekamy na te wyjaśnienia cierpliwie, rozumiejąc, że sklecenie przekonującej fabuły to wyzwanie dla geniusza i musi zabrać autorom trochę czasu.
– No, no! – prawie gwizdnęłam z podziwu. Młodsza rozpędzała się w myśleniu aż miło.
– I słyszałaś też, że w istocie COVID jest z nami nie od dziś i nie od jesieni, a dużo, dużo dłużej? Dlatego całe to halo z maseczkami i trzymaniem się od siebie na dystans należy między bajki włożyć?
– No trudno tego nie wiedzieć, skoro naczelnym bajkopogromcą jest sam prezydent! – Młodsza aż sapnęła z emocji. – Ojciec mówił coś wczoraj, że pogrom ma się coraz lepiej. Komisja do walki z pandemią dostała ponoć nowego szefa, który jest radiologiem z zerowym doświadczeniem w dziedzinie chorób zakaźnych oraz zdrowia publicznego, za to jest wybitnym oratorem antymaseczkowym z dorobkiem wielu wypowiedzi dla stacji FOX, szczególnie w pierwszych miesiącach pandemii, gdy owa stacja jeszcze szła ramię w ramię z teorią o grypowej i sezonowej naturze COVID-a. Dobrze zapamiętałam?
– Wybornie. Ten lekarz ma na imię Scott Atlas – uzupełniłam jej informacje i zadumałam się na chwilę.

Jak na człowieka deklarującego programowe „olewanctwo newsów” (termin by Młodsza), moja córka wykazywała dość kompletną wiedzę na temat najważniejszych obecnie teorii spiskowych, tych, które w obliczu zbliżających się wyborów w licznych kręgach zyskały status przepustki koniecznej, by identyfikować się z konkretnymi przekonaniami politycznymi. Pytanie nasuwało się same. Jeśli tyle wie i tak reaguje, emocjonalnie i merytorycznie, człowiek niezainteresowany, ile wie i co z tą wiedzą robi ten, kto się interesuje? Mamy stare i jawnie ostrzegawcze w wymowie powiedzenie: czym skorupka za młodu nasiąknie… Czym dzisiaj nasiąkają nasze dzieci, nawet jeśli starają się nie nasiąkać? Młodsza należy do generacji, która wychowała się w klimacie miażdżącego i pod wieloma względami destrukcyjnego dostępu do informacji wszelkiej. Nie to jednak niepokoi. Bardziej niepokoi fakt, że ucząc się na dostępnych, a niewystarczająco dyskredytowanych w świadomej walce z dezinformacją i zwyczajną głupotą, przykładach, generacja ta może w przyszłości legitymizować teorie spiskowe jako pełnoprawny element konkurujący w przestrzeni publicznego życia i dyskursu z innymi, nieważne jak wspieranymi nauką, rozumem czy zdrowym rozsądkiem. Jeśli więc mamy poczucie, że już teraz rzeczywistość niebezpiecznie nam się odrealnia, jak w dobrej fabule z gatunku fantasy, poczekajmy jeszcze trochę…
– No to o co chodziło? Co cię wprawiło w taki dobry nastrój? Bo wciąż nie powiedziałaś – wyrywa mnie z zamyślenia Młodsza.
– No cóż – wzdycham. – Przez moment wyobraziłam sobie, że pewna hipoteza postawiona właśnie przez dwójkę brytyjskich lekarzy, mogłaby zadziałać jak amalgam spajający nasz rozłupany na pół świat. Jonathan Latham i Allison Wilson, wirusolog i genetyczka, postulują, że COVID pojawił się w Wuhan już osiem lat temu i zrazili się nim górnicy z kopalni Mojiang, mający styczność z odchodami nietoperzy. Tajemnicze objawy, na jakie zapadali, to dobrze nam dzisiaj znany komplet symptomów zarażenia koronawirusem. Patogen wylądował w laboratorium w Wuhan w celu dokładnego przebadania i żył tam sobie w zaciszu probówek aż do uwolnienia na jesieni ubiegłego roku. Podobno niezamierzonego. Podobno Chińczycy przeprowadzili już w tej sprawie dość rozległe dochodzenie i nawet ukarali winnych. Sama przyznasz, jakże pięknie można by za pomocą tej informacji zakopać dzielące nas padoły? Uciąć głowy przynajmniej części popychających nas na siebie z mieczami teorii spiskowych?
– Można by – zgodziła się Młodsza. – Gdyby tylko ta informacja była prawdziwa.
Popatrzyła na mnie wnikliwie jak ktoś, kto chce prześwietlić umysł wroga.
– Skąd wiemy, że jest? – Pogroziła mi palcem i uspokojona, że mój stan wrócił do porannej normy, czyli drgawek z przeciążenia lękiem i niepewnością o przyszłość świata i ludzkości, odeszła do kuchni przyrządzić sobie kakao.