Granica USA – Meksyk

0
5

Lądowa granica meksykańsko-amerykańska ma 3145 km długości, z czego do roku 2009 płotem obudowano 930 km. Obecnie można przyjąć, że na długości 1000 km granicy znajdują się mniej lub bardziej skuteczne metalowe zapory, zwykle osiągające wysokość do 6 metrów. Oczywiście ulegają one ciągłej dewastacji ze strony nielegalnie przekraczających granicę, jak i wpływowi czynników atmosferycznych.
W przerwach między płotami fizycznymi zainstalowany został „płot wirtualny”, czyli podgląd elektroniczny, który jest tak sobie skuteczny.

MUR NIE JEST WYMYSŁEM TRUMPA
W latach 1990-93 przemycano do USA ponad 70 proc. nielegalnej kokainy i marihuany przez południową granicę. Ten procent wkrótce podskoczył niemal do 90, gdy nastąpiło całkowite przekierowanie przemytu na południe ze szlaku północnego (Nowy Jork, Montreal, Detroit), po rozpracowaniu tamtejszej siatki przez FBI i policję.

Narkotykowy najazd od strony Meksyku stał się niemal huraganowy i już w roku 1990 szef pracowników patrolujących południową rubież USA rozpoczął starania o wybudowanie jakiejś zapory, w celu ukrócenia przemytu zarówno narkotyków, jak i nielegalnych emigrantów. W okolicach San Diego (USA) i Tijuany (Meksyk) powstał pierwszy płot o długości około 14 mil.

Trudno się dziwić, skoro ilość zarekwirowanej kokainy wzrosła z 6350 kg w roku 1990 do 12 247 kg w 1993.
W tym samym czasie oceniono, że na terenie USA znajduje się 3,8 mln nielegalnych emigrantów.

BILL CLINTON I PROBLEM GRANICY
Za rządów prezydenta Clintona została ogłoszona pod koniec 1994 roku Operacja Gatekeeper, mająca na celu odbudowanie i utrzymanie bezpieczeństwa na najbardziej ruchliwym odcinku południowej granicy amerykańskiej, czyli jej zachodniej części. Kongres zaaprobował fundusze i trzy lata później budżet przeznaczony na potrzeby urzędu emigracyjnego i jego służb został podwojony do sumy 800 mln dolarów.
Faza początkowa nie była imponująca, bo do już istniejącego płotu dobudowano zaledwie 6 mil od strony Oceanu Spokojnego, ale równocześnie wprowadzono przepis obowiązkowego zdejmowania odcisków palców osób przekraczających granicę niezgodnie z prawem.
Po postawieniu płotu liczba wtargnięć w okolicach kalifornijskiego San Diego spadła niemal natychmiast o 20 proc., a koło teksańskiego El Paso aż o 80 proc. Oczywiście przestępcy, nie czekając na pozwolenie, swoją działalność przesunęli bardziej na wschód od Pacyfiku. Uaktywniły się szajki kojotów, czyli przemytników zajmujących się prowadzeniem ludzi przez pustynię do granicy.
Zadanie kontrolowania liczby dostających się nielegalnie do USA nie jest ani przez chwilę proste, ale znaczną pomocną była współpraca między urzędem emigracyjnym a organami ścigania (obecnie nie do pomyślenia w miastach sanktuariach).

PREZYDENCI: BUSH (2001-2009), OBAMA (2009-2017)
We wrześniu 2006 roku został zaaprobowany ostatecznie Fence Act, na mocy którego rozpoczęto budowę następnych odcinków muru granicznego i do roku 2009, do kwietnia (już prezydentura Obamy), postawiono 985 kilometrów granicznego zabezpieczenia.
Budowy nie dokończono, bo za prezydenta Obamy zaczęto wprowadzać płoty wirtualne na większą skalę (nieskuteczne), politykę zbędności granic z powodu obowiązującej mitologii globalnej miłości.
Demokraci zajęli się ochroną już nie nielegalnych emigrantów, ale – według polityki łagodzenia pojęć – nieudokumentowanych mieszkańców. I niech by jakiś policjant spróbował urząd emigracyjny zagaić o odciski nielegalnego przestępcy; następnego dnia nie miałby po co wracać do pracy.

CZY MUR JEST OBECNIE POTRZEBNY
Nie można pominąć spadających danych na temat nielegalnej emigracji. I tak w roku 2005 dokonano na granicy 1 189 000 aresztowań, w roku 2008 już tylko 723 840, a dwa lata później 463 000. W roku 2016 aresztowano zaledwie 58 478 próbujących przekroczyć granicę, a rok potem 17 000. Równocześnie na terenie USA liczba nielegalnych emigrantów zmalała z rekordowych 12,2 mln w roku 2007 do 10,7 mln w roku 2016.
Czynniki powodujące spadek mogą być następujące: kryzys ekonomiczny w USA, lepiej strzeżona granica dzięki staraniom prezydenta George'a W. Busha. Może być to również kreatywna statystyka czasu Baracka Obamy, tworzona patrzeniem przez palce na nielegalne przekraczanie granicy, aby potem więcej nielegalnych emigrantów deportować poza świadomością opinii publicznej. Na spadek zainteresowania nielegalnym pobytem w USA mogło mieć również wpływ wprowadzenie bardziej solidnych procedur przyjmowania do pracy w niektórych stanach.
Niskie dane mogłyby sugerować, że problem południowej granicy przestał Stanom doskwierać i prezydent Trump powinien odstąpić od decyzji budowania muru, bo nawet ostatnie wojownicze pielgrzymki z Hondurasu i innych krajów Ameryki Łacińskiej to zaledwie populacja kilkunastu tysięcy, a nie miliony z roku 2005.

ATAK NA POŁUDNIOWĄ GRANICĘ I NARKOTYKI
Organizatorom grupowych ataków na południową rubież nie chodzi o milionowy zalew USA tanią, nielegalną siłą roboczą, ale o polityczny wpływ na wyborców obecnego prezydenta; pokazanie jego bezwzględności w stosunku do biednych Latynosów, którzy – według globalnej miłości bliźniego – winni być witani transparentami, a nie wodą z działek. Pozornie tak i litość nakazuje wpuścić.

Rozum i wyczucie polityczne podyktowało jednak zatrzymanie precedensu, aby tego typu natarcia na granicę z żądaniem wpuszczenia nie powtórzyły się. I znowu nie chodzi tak bardzo o liczebność grup, ale o propagandowe przesłanie, które zaszczepiono nacierającym, bo każdy sposób dyskredytowania obecnego prezydenta jest dobry. A tym bardziej ważne jest osłabianie mocarstwowości USA poprzez wszelkiego rodzaju działania wewnętrzne i zewnętrzne. Bardzo niebezpieczną bronią w tej walce są narkotyki i statystyka dotycząca tylko tego procederu powinna prowadzić do budowania konstrukcji solidniejszej od Muru Chińskiego.
Otóż w latach 90. ubiegłego stulecia roczne przejęcia przemycanej kokainy dotyczyły w najlepszym razie kilkunastu ton – obecnie można mówić o jednorazowym przemycie 20 ton kokainy wartej ponad 600 mln dol. na czarnym rynku. Na terenie USA w roku 2013 sprzedano nielegalnych narkotyków za sumę 100 mld dol., a samej kokainy za 34 mld.

USA rocznie wydaje 137 mld dol. na służbę zdrowia związaną bezpośrednio i pośrednio z uzależnieniami i ich konsekwencjami. Jak na sprawę nie spojrzeć, podatnicy również ponoszą koszty związane z działalnością kryminalną i utrzymaniem uzależnionych, którzy stracili zdolność do pracy, i jest to 600 mld dol. rocznie, co przekłada się na 17,1 proc. budżetu federalnego.
Oczywiście budowanie murów i płotów na granicy południowej USA za czasów poprzednich prezydentów miało natychmiast zatrzymać wielomilionowy zalew nielegalną siłą roboczą.

Obecne zabezpieczenie granicy murem to żywotny interes społeczny, mający wielkie znaczenie perspektywiczne, bo globalistyczna agenda narasta, nie maleje, a narkotyki to jedna z najbardziej niebezpiecznych broni i historia zna takie przypadki, ale to już inna historia.

Autor: Halina Kaczmarczyk