Homo politicus i jego mama

4

Kilka miesięcy temu pisałam krytycznie o prawdziwych przyczynach strajku okupacyjnego rodziców niepełnosprawnych dorosłych dzieci. Pozwoliłam sobie na taki tekst nie tylko dlatego, że tak jak na początku byłam z protestującymi cały sercem, tak każdego dnia nabierałam podejrzeń, co do tego, kto i dlaczego wspiera matki, oraz co chce przez to ugrać. Ale przede wszystkim oczy na całą hucpę otworzyły mi rozmowy z niepełnosprawnymi oraz ich opiekunami, którzy oburzeni na działania wbrew im interesom wręcz prosili o taki tekst.

Wcale nie dziwiłam się, że moje spostrzeżenia wielu czytelników oburzyły, albo delikatniej to ujmując, przyjęli je z niedowierzaniem – wszak jak można nieprzychylnie pisać o proteście niepełnosprawnych, o ich walce na sejmowej posadzce o dostęp do rehabilitacji, leczenia, zabezpieczenie podstawowych potrzeb?! Na początku też trudno było mi w uwierzyć, że to tylko tak naprawdę wstęp, taka wiosenna przygrywka do jesiennych wyborów. A jednak…

Zanim znów posypią się gromy na moją blond głowę, kolejny raz zaznaczę, że absolutnie nie mam nic przeciwko startowaniu w wyborach osób niepełnosprawnych, jestem jak najbardziej za ich aktywnym udziałem w każdej dziedzinie życia, politycznej również, lecz w tym przypadku przypominam, że jeszcze niedawno cała Polska słyszała słowa wypowiadane przez ich matki, że ci dwaj dzisiejsi kandydaci na radnych wymagają 24-godzinnej opieki i nie są w stanie samodzielnie funkcjonować, nie mówiąc o pracy! Wprawdzie niedługo potem okazało się, że Kuba pracował, a na czas protestu wziął sobie urlop. Kolejnym kłamstwem okazało się tłumaczenie jego mamy, że to wcale praca nie była, bo nie dostawał pieniędzy, tylko uspołecznianie. Pracodawca jednak dokładnie podał kwotę wypłacanego co miesiąc wynagrodzenia. Czyż choćby te krętactwa nie podają w wątpliwość czystości intencji?

Jak to zatem jest? Startujący do sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego Adrian oraz Kuba, który chce zostać radnym Torunia, mogą funkcjonować i pracować bez pomocy mam, czy nie? Bo jeśli mogą, to dlaczego ich mamy przez tygodnie protestu przekonywały, że ich synowie są całkowicie uzależnieni od ich pomocy, a one same, choć bardzo by chciały, nie mogą podjąć żadnej pracy zawodowej, bo 24 godziny na dobę muszą być w gotowości. I dlaczego za tę właśnie całodobową opiekę pobierają od państwa pieniądze? A jeśli młodzi panowie nie mogą pracować, tylko się uspołeczniają, to w jaki sposób chcą sprawować swoje funkcje jako radni?

A może to jakiś cud? Jeszcze kilka tygodni temu nie mogli samodzielnie funkcjonować, a teraz mogą? Oto co o przyczynach owego „cudu” mówi sam Kuba, kandydat na radnego: „Marzę o tym, żeby w przyszłości państwo mnie tak wsparło, bym nie musiał się martwić o to, co będzie, jak zabraknie moich rodziców. Żebym mógł założyć rodzinę i spokojnie sobie żyć” – tłumaczył w filmie na Facebooku. A jego mama dodaje: „Kuba chciałby poznać kogoś fajnego, w przyszłości założyć rodzinę, usamodzielnić się tak mocno, by nie być w tym przysłowiowym DPS-ie (domu opieki społecznej). Hmm, w moim blondynkowym rozumie myślałam, że jak ktoś idzie do polityki, to jakkolwiek wychodzi potem, to chociaż w kampanii przedstawia listę rzeczy, które chce swoim wyborcom od siebie dać. Tymczasem albo mamy tu nowy typ homo politicus – człowieka, który nie owija w bawełnę, że chce się w polityce wzbogacić, ustawić, spotkać kogoś, kto mu to ułatwi, i spokojnie, bez zmartwień, bez żadnej niepewności, choć jest ona udziałem również niemal każdego pełnosprawnego, żyć, albo mamy tu chłopaka, który niechcący powiedział coś bez uzgodnienia z bazą i odleciał. A co na to drugi kandydat, Adrian? „Mama jest taką moją wskazówką, która jest ze mną na co dzień i pokazuje mi, w którą stronę mam iść”. To kto będzie sprawował mandat – Kuba i Adrian czy ich mamy?

Autor: Beata Wermińska