I od herbaty powstrzymasz się!

1
FOTO: EPA

Czy możesz nie wchodzić mi na lekcję! Wychodź z mojej klasy! Powstrzymaj się od tej herbaty, czajnik za bardzo hałasuje! Od dwóch tygodni między 9-tą a 16-tą takie polecenia i komunikaty ścigają mnie jak policyjne psy.

By nie podpaść, pierwszą rzeczą, jaką robię gdy tylko wstanę rano z łóżka, to przypinam sobie skrzydła, żeby po domu nie stąpać, a fruwać, wtedy jestem mniej słyszalna. Jeśli chcę gdzieś wejść lub zajrzeć, najpierw wysyłam czujki w postaci kota, ruszam dopiero, gdy widzę, że sytuacja na froncie stabilna. Powstrzymuję się od herbaty, a pragnienie najczęściej gaszę wodą z kranu łapaną w tej akurat łazience, która zlokalizowana jest w danej chwili najdalej od Młodszej. Przygotowywanie posiłków to dystrakcja, na którą nie chcę jej uczniowskiej pilności wystawiać. Wieczorem klękam do paciorka i składam relację Panbukowi: Panbuku, oby tak dalej!

Wiosenne miesiące zdalnej nauki były w naszym domu klęską żywiołową. Gdy patrzę na to doświadczenie z perspektywy czasu, widzę spustoszenie niemal totalne.  Władze oświatowe w moim mieście nie zdecydowały się na żadną formą kontaktu live z uczniami, nieprzekonane – i słusznie – że każdy będzie miał dostęp do potrzebnej technologii, a nadto, ze względu na sytuacją zdrowotną, rodzinną czy lokalową, będzie dyspozycyjny w wyznaczonym czasie. Dodajmy do tego nauczycieli, z których znakomita większość znalazła się w położeniu jak pasażerowie z Titanica, wyrzucona pośrodku nocy na środek oceanu z co najwyżej z jakąś belką do dryfowania – szkolenie jak nauczać, korzystając z platform online i czym różni się praca dydaktyczna realizowana online od tej realizowanej tradycyjnie posiadał tylko niewielki odsetek. Przepis na wspomnianą klęskę nie mógł być pełniejszy.

Młodsza, zdecydowanie kinestetyk i słuchowiec jeśli chodzi o naukę, już po pierwszych kilku dniach zaczęła popadać w dziwne, nawet dla niej samej, odrętwienie i brak motywacji. Nauka polegająca na coporannym otwieraniu maila i klikaniu w znajdujące się tam linki, pod którymi –  jak twierdziła – często znajdowały się zgoła nudne treści (np. artykuły ze specjalistycznych pism –sic!), czy – pomysł nauczyciela historii i nauczycielki francuskiego – samodzielne czytanie kolejnych rozdziałów w podręczniku i sporządzanie z nich w „googledocsie” notatek, które następnie należy odesłać, by otrzymać za nie ocenę – były dla naszego dziecka jak gwoździe do trumny jej zainteresowania edukacją w ogóle. Bardzo, bardzo niedobra sytuacja i dla ucznia, i rodzica.

Starsza przymusowe kiblowanie w domu z rodziną i przymusowy uniwersytet online znosiła tylko odrobinę lepiej.

Porównywałam niedawno w gronie bliskich znajomych, matek innych studentów, rodzicielskie notatki z tamtego okresu. Idealiści upierający się, że każda jednostka ludzka jest wysoce odmienna od innych i ma własny, niepowtarzalny życiorys, powinni się z tymi notatkami zapoznać, bo mogą dać im do myślenia. Pierwsze dwa tygodnie wszyscy nasi studenci bez wyjątku spędzili zakopani w pościeli i oddający się rozpaczy na tle ogólnym. Zniszczona młodość, zniszczona edukacja, zniszczone plany stażów i praktyk pracowniczych, zniszczone życie towarzyskie, dlaczego ja, dlaczego teraz, dlaczego? Na przełomie marca i kwietnia – (raczej nie) koincydentalnie – wraz z nadejściem wiosny jakoś się jednak powybudzali z tego letargu defetyzmu, bardzo pomocne w tym procesie okazały się rosnące góry zaległości w nauce oraz obowiązek pokazywania się na zoomie w określonych godzinach. Początek lata po zdanej zdalnie sesji przywitali już w całkiem dobrych humorach.

Jako osoba od lat pracująca zdalnie od początku, starałam się podpowiadać córkom, jakie rozwiązania mogłyby im pomóc w oswajaniu wilka o imieniu „uczę się z domu”. Niestety, klęski żywiołowe to mają do siebie, że odbierają ludziom jasność widzenia i ostrość słyszenia, przekierowując uwagę na taktykologię przetrwania z dnia na dzień. A że przy pomyślnych wiatrach (lepszy dzień, lepsze samopoczucie, więcej energii po spacerze lub przejażdżce rowerowej) złe rozwiązania też nie szkodzą, to nikt na moje słowa uwagi nie zwracał, ale poobijani i odarci z sił doturlaliśmy się jakoś do mety, gdy trzeba sięgając po prostu po mentalny energetyk o nazwie „wakacje już tuż-tuż”.

Nie będę jednak ukrywać, myśl o tym, że jesienią możemy mieć powtórkę z rozrywki napawała mnie tak obezwładniającym strachem i zniechęceniem, że zaczęłam sporządzać listę kontaktów do ekspertów od hibernacji, żeby zaoferować się im jako ludzka świnka morska, gotowa wejść do zamrażarki bezzwłocznie. Jedyny warunek – by mnie nie odmrażali wcześniej niż za rok.

Kuratorium w moim mieście w wakacje jednak nie próżnowało, chwała mu za to, i gdy w połowie sierpnia ogłoszono, że dalsza nauka wciąż będzie odbywać się zdalnie, ogłoszono też, że szkoła zapewni potrzebującym dostęp do szybkiego internetu i lekcje będą odbywać się na żywo pod czujnym, ekranowym okiem nauczycieli. Wróci osobisty kontakt, wróci struktura, wróci choć namiastka normalności.

A jednak przełom, którego potrzebowaliśmy jako rodzina w tych apokaliptycznych czasach możliwy był również dzięki dodatkowemu rozwiązaniu…

Zdarzyło się Państwu pomyśleć, że nastolatek jest jak studnia, w której fizyka działa na odwrót? Im więcej człowiek w nią wrzuca, tym mniej w nią wpada?  Ryzykuję, że tak. Mnie zdarza się regularnie. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy w przeddzień szkoły Młodsza oświadczyła:

– Wpadłam na pewien pomysł. Na każdą lekcję będę się przenosić w inną część domu, w ten sposób będę się czuła jakbym zmieniała klasy, a to już będzie wcale niezgorsza namiastka normalnej szkoły i myślę, że może mi to bardzo pomóc!

Zareagowaliśmy z Mężem entuzjastycznie. Nie pokazaliśmy po sobie wcale, że entuzjazm nieznacznie w nas opadł, gdy dziecko zaznaczyło, że „klasy” będą się znajdować jedynie na parterze domu, czyli kuchnia, stołowy, salon oraz… mój gabinet. W sypialniach, zdaniem Młodszej, nie ma do nauki odpowiednich fluidów. Ja ze swojej strony słówkiem, rzecz jasna, nie pisnęłam, że o zmianie miejsc do nauki lub choćby tylko przygotowaniu oddzielnego pomieszczenia, innego niż sypialnia, gdzie będzie się odbywać wyłącznie nauka, mówiłam od miesięcy. Rujnowaniu w dziecku poczucia dumy, że doszło do czegoś wyłącznie drogą własnego intelektu i geniuszu, jest niewychowawcze.

Mąż wyszedł na tych ustawieniach lepiej. Ma swoje biuro w piwnicy, zaanektował połowę, bo pracuje przed kilkoma wielkimi jak stadion ekranami jednocześnie i nigdzie indziej nie ma na nie miejsca. Ja, póki co, wyprowadzam się do ogrodu, a poza tym mam chyba inną wrażliwość na fluidy niż Młodsza. Żadnych przeciwwskazań do pracy w sypialni nie znajduję, więc jest to spokojnie jakaś opcja.

Czekałam z napisaniem tego tekstu kilka tygodni, by przekonać się, że system działa. Wieści są dobre: działa!

Idealnie nie jest. Tęsknota Młodszej za powrotem do normalnej szkoły i normalnych kontaktów z rówieśnikami nie zmalała, ale obserwuję, że bywa, iż zasiada rano przed komputerem z uśmiechem, a wieczorem przy kolacji opowiada nam jak za starych, dobrych czasów, co jej się przydarzyło w szkole. Złapałam się ostatnio na tym, że chodząc po sklepie wnętrzarskim rozmyślałam, co mogłoby Młodszej przydać się do jej „klas”: dodatkowa, lampa, stolik, poducha, podpórka. Z zapisków rozmowy z Panbukiem rodzica dziecka uczącego się zdalnie: Panbuku, pokornie zgadzam się na reżim fruwania, dyktaturę milczenia i dietę bezherbacianą w godzinach 9-16, jeśli to narzędzia konieczne do uzyskiwania lepszych efektów edukacyjnych w naszych wojennopodobnych czasach i okolicznościach. Obiecaj mi tylko, że kiedyś to sobie odbiję. Nie musisz mówić kiedy ani jak. Wystarczy nadzieja.