I tylko lata w Polsce żal

264
FOTO: PEXELS.COM

"Ciężko nam i smutno z tego powodu, ale proszę zlikwidować rezerwację" – napisałam do organizatorów kolonii w Polsce, na które zapisałam Młodszą jeszcze na początku roku. Klik i poszło, bo dalsze czekanie nie ma przecież sensu. Nie mam do tego pewności, że nawet, gdyby udało nam się wyjechać do Polski, wypoczynek zorganizowany dla dziecka byłby dobrym pomysłem.

Gdy przekazałam Młodszej tę informację, zrobiła wielkie oczy i wyciągnęła jej się twarz. Jakimiś cząstkami duszy, które bujają w obłokach i blokują racjonalne myślenie, miała nadzieję, że tegoroczne kolonie, które zapowiadały się fantastycznie, jak jeszcze żadne w jej życiu – z kwaterą dla dzieciaków w najprawdziwszym zamku! – dojdą jednak do skutku. Źle znoszę wyraz zawodu w jej oczach, jeszcze gorzej, gdy nie jestem w stanie nic na to poradzić, i to jest jedyna przyczyna, dla której wstrzymywałam się z kasacją kolonii tak długo. O tym, że tegoroczne lato spędzimy w obrębie własnego ogródka i osiedla, i dobrze będzie, jeśli uda się wyjechać kilka razy pod namiot, wiedziałam już bowiem z początkiem maja.

Kasandryczne przeczucia? Podświadoma synteza refleksji i obserwacji, jakie nasuwały mi się w związku z przebiegiem pandemii po tej stronie świata? Nieważne, nie wiem, czy dałoby się to nawet dobrze wytłumaczyć. Rzecz była prosta – nie dałam rady przegonić z głowy myśli, że Amerykanie o wiele szybciej niż reszta świata znudzą się siedzeniem w czterech ścianach, zaś pikowanie gospodarki w kraju, gdzie masa ludzi i bez kryzysu ledwie wiąże koniec z końcem, i to pomimo pracy w pełnym wymiarze godzin, wzbudzi tu strach większy od samej śmierci. Niewykluczone, że przemawiało przez mnie doświadczenie zgromadzone w ciągu dwudziestu lat życia po tej stronie świata. Utwierdziło mnie w ono w przekonaniu, że choć Amerykanie pracują ciężej niż ktokolwiek inny, to jednocześnie bardziej niż inni pozwalają, by system oraz władze nieustannie kopały ich w tyłek i grały na nosie. Co najciekawsze – robią to w myśl cudownej dla systemu i władz, a zabójczej dla nich samych idei, że jeśli coś się im nie powiedzie, to winni będą wyłącznie oni sami. Bo się na przykład niewystarczająco postarali. Albo są za głupi. Albo czegoś im brakuje. Albo w ogóle – to moje ulubione! – bo się nie zaadaptowali do nowych warunków! Od początku miałam ochotę skopać moją wewnętrzną Kasandrę za to czarnowidztwo, niestety, miała rację. Jest 22 czerwca. Mamy ponad 120 tysięcy zgonów, rekordowe i dalej rosnące statystyki zakażeń COVIDEM-19 oraz spowodowanych tym hospitalizacji. Tymczasem „powrót do normalności” idzie pełną parą. Biały Dom właśnie ogłosił, że likwiduje już nawet wymóg noszenia maseczek na terenie budynków rządowych. Jeśli ktoś się zarazi i umrze, to przecież będzie to tylko i wyłącznie jego wina. Nie wiem w sumie, czy chcę oglądać to, co będzie się tutaj działo za trzy miesiące. Ale to już odrębny temat.

– Szkoda mi Młodszej – mówię do znajomej, gdy siedzimy nad brzegiem jeziorka. Jeziorko nie jest olbrzymie, jest częścią osiedla, a posesja znajomej posiada dostęp do kawałka nabrzeża. Znajoma przeprowadziła się tu niedawno, akurat na początku pandemii.

– Mnie też szkoda moich dzieciaków – odpowiada. – Jak dobrze przynajmniej, że się przenieśliśmy. Nigdy nie myślałam, że to będzie aż tak fantastyczny pomysł. Gdyby nie ta woda, to nie wiem, jak byśmy teraz przetrwali! Nie ma nic gorszego, niż siedzenie z dzieciakami latem w USA. W Polsce nawet jak się spędza wakacje w domu, jest jednak zupełnie inaczej!

Głupio jest użalać się nad samym sobą, ale oczywiście szkoda nam jest… i nas samych. U mnie sytuacja już nieco inna niż u znajomej. Nie potrzebuję intensywnie zajmować się córkami, również w Polsce same organizują sobie czas, korzystając do oporu z możliwości stwarzanych przez transport publiczny i przede wszystkim fakt, jak wiele letnich atrakcji – cudowna europejska tradycja! – jest tam za darmo i na wyciągnięcie ręki. Potomstwo znajomej jest jeszcze dość drobne, więc podczas pobytu w Polsce do akcji, jak onegdaj u nas, wkraczają nieocenieni polscy dziadkowie. Identycznie jak ja przed laty znajoma wzdycha:

– W Polsce przynajmniej czuję, że mam urlop, że jest lato i że człowiek je spędza w jakiś sensowny sposób. Do tego nie muszę nikogo nigdzie dowozić, bo tam, gdzie trzeba, można sobie dojść. A znajomych spotykam na ulicy i nie muszę z nimi umawiać z wielotygodniowym wyprzedzeniem. Ładuję wtedy akumulatory na cały następny rok.

Wschodnie wybrzeże USA pewnie oferuje więcej atrakcji niż Ameryka na zachód od Chicago. Amatorzy zabytków, a choćby i tanich turystycznych ciekawostek może nie muszą się tam zbytnio nudzić. Niestety, zachodnia część Ameryki, choć bogata w piękno natury, pozostaje przede wszystkim wielka, przestronna i… bardzo pusta. W tej Ameryce tradycyjne wakacje to rodzinna, ale trwająca maksymalnie tylko tydzień (rodzic nie może wziąć dłuższego urlopu!) wyprawa w odwiedziny do krewnych gdzieś ze dwa stany dalej, a poza tym półkolonie w miejscu zamieszkania, gdzie główną atrakcją są place zabaw w dobrze wszystkim znanych miejskich parkach oraz wycieczki na basen.

Wiem, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i do takiego rodzaju lata również. Większość znajomych moich dzieci nie zna nic innego… Podzielę się jednak zwierzeniem mojej byłej sąsiadki, matki tzw. przyjaciół od piaskownicy moich córek. Świetnie sytuowana i niepracująca, za to z bardzo zapracowanym mężem, który urlopu nie miał prawie wcale, każde wakacje „spędzała” w lokalnym Country Club, czyli w istocie w ośrodku sportowo-rekreacyjnym z niezgorszą restauracją pod nosem. Rokrocznie była podekscytowana, nie mogła się doczekać letnich miesięcy. Dopiero, gdy nasze starsze córki były już nastolatkami, przyznała, że za każdym razem, gdy wyjeżdżałyśmy do Polski, płakała. Z zazdrości i bezsilności, a przede wszystkim z perspektywy nudy i jałowości, z jakimi kojarzyło się jej lato.

To lato będzie jeszcze inne, nie tylko dlatego, że nie dotrzemy do Polski, ale przecież i dlatego, że tak skromna oferta letnia w naszym amerykańskim miejscu zamieszkania uległa dalszemu okrojeniu. Jeśli nie przez organizatorów, to przez nas samych, deliberujących, co uważamy za bezpieczne dla zdrowia podczas pandemii, a co, bez względu na „dostępność”, jednak nie. Prócz znajomej z pomostem i jeziorem, każącej nam wpadać, gdy tylko będziemy mieli ochotę (mamy własny paddle boards!), jest jeszcze jedna sprawa, która pozwala mi zachować jako taki nastrój mimo wszechogarniającego poczucia, że nie jest dobrze, a będzie jeszcze gorzej. To myśl, że jednak każde, nawet najbardziej bolesne doświadczenie ma wartość, a człowiek zwykle potrafi odnaleźć w nim sens i nawet konstruktywnie je wykorzystać. Trzymam się nadziei, że żal i rozczarowanie, jakie czuję u progu tegorocznego lata, okażą się w dalszej perspektywie nie mniej cenne i budujące niż nasze doroczne wakacje w Polsce.