Imigracyjna para w gwizdek

148
Prezydent Biden i jego doradcy uważają, że skoro kryzysu migracyjnego nie dało się uniknąć, trzeba nim zacząć zarządzać FOTO: PAP

W cieniu wydarzeń na Ukrainie administracja amerykańska podjęła ciekawą inicjatywę – będzie próbowała budować pole do współpracy międzynarodowej na półkuli zachodniej w celu rozładowania napięć migracyjnych.

Pora ku temu jest najwyższa. Od prawie dwóch lat trwa kryzys na południowej granicy z Meksykiem, przez którą próbują przedostać się miesięcznie setki tysięcy ludzi. Chaos i problemy humanitarne, sięgające jeszcze czasów administracji Donalda Trumpa, spotęgowała także pandemia koronawirusa i masowe odsyłanie potencjalnych azylantów z przyczyn sanitarnych. Dodatkowym impulsem okazała się też zmiana prezydenta w styczniu 2021 roku. Już po wygranych przez Joego Bidena wyborach tysiące ludzi ruszyło na północ, w nadziei na złagodzenie polityki imigracyjnej przez demokratyczną administrację. Biden, jeszcze jako kandydat, głośno to zresztą obiecywał, co słyszano także w biednych krajach Ameryki Łacińskiej.

Co więcej, nie ustają przyczyny zwiększonego naporu na północ. W Ameryce Środkowej i na Karaibach, nękanych przez klęski żywiołowe, dominuje przemoc, rządy gangów i narkotykowych grup przestępczych, korupcja i bieda. A w wyniku ataku Rosji na Ukrainę już wkrótce będziemy świadkami światowego kryzysu żywnościowego. Dotknie on przede wszystkim kraje Afryki i Azji, chociaż ceny żywności będą rosnąć wszędzie, także na półkuli zachodniej, co zmusi ludzi do migracji w poszukiwaniu lepszego życia.

WIĘCEJ MARCHEWKI, A MNIEJ KIJA

Wobec takiej perspektywy 20 krajów obu Ameryk, pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, przyjęło w Los Angeles deklarację w sprawie poszukiwania wspólnych rozwiązań w celu rozładowywania rosnących napięć. To zasadniczy zwrot w strategii wobec masowych migracji w porównaniu z podejściem administracji Donalda Trumpa. Republikanin dążył do radykalnego ograniczenia, czy wręcz całkowitego zatrzymania imigracji do USA. Próbował zamykać niektóre programy, często nieskutecznie, bo przegrywał batalie w sądach.

Biden i jego doradcy uważają z kolei, że skoro kryzysu migracyjnego nie dało się uniknąć, trzeba nim zacząć zarządzać. “Mamy więcej marchewki, a mniej kija” – komentuje Theresa Cardinal Brown, dyrektorka wykonawcza ds. polityki imigracyjnej w waszyngtońskim think tanku Bipartizan Policy Center. Pojawiły się pierwsze obietnice inwestycji w regionie i konkretnej pomocy dla krajów goszczących migrantów.

GOŚCINNE KRAJE AMERYKI ŚRODKOWEJ

I nie chodzi tu o USA czy Kanadę. Kraje emigracyjne na zachodniej półkuli to nie tylko te dwa państwa. Konfliktów w Ameryce Łacińskiej i nieszczęść jest ogrom i większość z nich daje impuls do masowych przemieszczeń ludności. Tysiące uchodźców z takich państw, jak Gwatemala czy Nikaragua, mieszka dziś w Meksyku. Belize zalane jest przez Haitańczyków i Nikaraguańczyków. A Ekwador, Kolumbia i maleńka Aruba udzieliły gościny łącznie prawie 6 milionom Wenezuelczyków, uciekających przed biedą i działaniami tamtejszego reżimu.

Do tych krajów wyciągają rękę Stany Zjednoczone, proponując podejmowanie wspólnych działań. Chodzi między innymi o wymierną pomoc dla lokalnych społeczności najbardziej dotkniętych przez zjawisko imigracji, wypracowanie humanitarnych procedur traktowania ludzi na granicach czy koordynowanie działań w sytuacjach kryzysowych. USA już obiecały przekazanie 314 milionów dolarów pomocy dla krajów, które przyjęły do siebie imigrantów, takich jak Meksyk, Kolumbia czy Kostaryka. Dodatkowe 65 mln dol. będzie miało na celu ułatwienie podejmowania tymczasowej pracy przez Haitańczyków, których los rzucił do Ameryki Środkowej. Stany Zjednoczone obiecały także zwiększenie puli tymczasowych wiz pracowniczych H-2B, przyznawanych najczęściej sezonowym pracownikom rolnym. Plan Bidena “Americas Partnership for Economic Prosperity” ma też promować rządy prawa, zwalczać międzynarodową przestępczość oraz nielegalny handel bronią i narkotykami. Stany Zjednoczone robią to zresztą we własnym dobrze pojętym interesie. Pomagając krajom goszczącym uchodźców chcą uniknąć masowych przemieszczeń w kierunku swojej południowej granicy. Z kolej inwestycje w państwach “produkujących” imigrantów mogą złagodzić tam napięcia społeczne na tyle, że więcej ludzi zdecyduje się pozostać u siebie, a nie ruszać w drogę w poszukiwaniu lepszego losu.

A GDZIE KONKRETY?

Otwarte pozostaje pytanie, w jaki sposób założenia deklaracji będą wcielane w życie. I jeszcze ważniejsza wątpliwość: czy podejmowane działania wystarczą, aby zaspokoić potrzeby regionu i zmniejszać presję migracyjną.

Okażą się one trudne do wykonania choćby w powodu wewnętrznej polityki w USA. Temat imigracji będzie mocno eksploatowany podczas tegorocznej kampanii wyborczej do Kongresu. Republikanie nie pozwolą zapomnieć, że liczby osób próbujących sforsować południową granicę osiągnęły rekordowy poziom. Nierozwiązany pozostanie także problem obecności milionów nieudokumentowanych imigrantów przebywających już w USA czy nawet Dreamersów – młodych ludzi wwiezionych przez rodziców do Stanów jako małe dzieci, którzy nie pamiętają już swojej pierwszej ojczyzny.

Wątpliwości mają także organizacje reprezentujące migrantów. Zwracają uwagę, że deklaracje są bardzo ogólne, a do realizacji ambitnych planów potrzebne będą zarówno dobra wola, jak i pieniądze. Przykładem może być właśnie deklaracja o przyznaniu dodatkowych 11,5 tys. wiz H-2B. To kropla w morzu potrzeb, biorąc pod uwagę, że miesięcznie na południowej granicy zatrzymuje się ponad 200 tys. osób. “Bez długofalowego planu finansowego i politycznej woli ochrony osób przemieszczających się deklaracja szczytu może okazać się czczą obietnicą i pozostawić własnemu losowi miliony ludzi w obu Amerykach” – ostrzega organizacja humanitarna zajmująca się uchodźcami International Rescue Committee.

CHAOS, BOJKOT I PODZIAŁY

W powodzenie imigracyjnych planów Bidena powątpiewają także eksperci. Zdaniem Tony’ego Payana, dyrektora Center for the United States and Mexico na Uniwersytecie Teksaskim, zachodnia półkula jest zbyt podzielona i pogrążona w chaosie, aby podobne inicjatywy miały szanse się przebić. “Niezależnie od tego, jak szczytne intencje przyświecały autorom deklaracji, słowa te rozwieją się jak dym z powodu braku konkretnych osiągnięć” – twierdzi Payan.

Media z kolei przypominają, że na czerwcowy, dziewiąty już Szczyt Ameryk do Los Angeles nie przyjechało wielu przywódców krajów dotkniętych imigracją, ograniczając się do wysłania delegacji niższego szczebla. Zaprotestowały w ten sposób przeciwko niezaproszeniu na szczyt Kuby, Nikaragui i Wenezueli, określanych przez USA jako “reżimy autorytarne”. Znamienna była nie tylko nieobecność prezydenta Meksyku Andresa Manuela Lopeza Obradora, ale także głów takich państw, jak Gwatemala, Salwador i Honduras, które w ostatnich latach odpowiedzialne są za największe migracje. W rezultacie rozmawiano o nich bez nich.

W sferze werbalnej deklaracja w sprawie wspólnego rozwiązywania problemów migracyjnych stanowi mały krok naprzód. W mainstreamowych mediach dominują jednak komentarze, że aby ocenić rzeczywistą wartość deklaracji z Los Angeles, trzeba poczekać na konkrety. A tych możemy się po prostu nie doczekać w sytuacji, gdy administracja będzie gasić kryzys za kryzysem na południowej granicy i przy paraliżu legislacyjnym w USA. Kongres przecież nie uchwalił od ponad 20 lat żadnej znaczącej ustawy dotyczącej imigracji.