In Polonia lex est rex, non rex est lex

67

„W Polsce prawo jest królem, nie król prawem” – głosiła dawna dewiza. Wokół polskiego prawa i rzekomego braku praworządności kolejny raz toczy się debata poza granicami naszego kraju i w ten sposób, po wiekach, historia zatacza koło. Zacznijmy jednak od początku...

Nasze formalne prawodawstwo kształtowało się równolegle z powstawaniem państwa, a jego filarem był obyczaj. Niestety pierwszym zbiorem polskiego prawa zwyczajowego jest dokument spisany w języku obcym, staroniemieckim znany jako „Księga Elbląska”, zbiór powstał ok. XIV wieku. Drugim filarem było prawo Boże, które rozszerzało się wraz z chrystianizacją ziem po chrzcie. Wówczas to papieski legat przywiózł do Polski „Zbiór troisty”, znany później jako „Kodeks Świętego Wojciecha”, w którym były takie zasady, jak ta, że wszelakie spory sądowe mają być rozstrzygane według ustalonego prawa, albo że król nie stoi ponad prawem, ale mu tak samo jak inni podlega.

Najbardziej jednak powszechnym obecnie formalnym źródłem prawa są organy do tego uprawnione, czyli tak zwane prawo stanowione. Na początku monarcha dawał przywileje osobiste zasłużonym osobom, co wiązało się z zasadą personalizacji władzy – gdyż liczyły się poszczególne osoby i stosunki między nimi, a nie ogólne zasady. Później prawa się generalizowały, najpierw na rody, potem na całe stany. Obecnie, teoretycznie, obowiązuje równość wobec prawa, czyli osławiona praworządność, ale nikt nie zaprzeczy, że pewne grupy społeczne, jak miały, tak i mają swoje przywileje, a i pojedyncze osoby w zależności od swojego statusu majątkowego, znajomości, koneksji i wpływów są traktowane inaczej.

Wszyscy wiemy, że w obrębie naszego państwa funkcjonuje również dla stanu duchownego prawo kanoniczne, ale mało kto pamięta z lekcji, że kiedyś dla mieszczan obowiązujące było prawo obce, niemieckie. Na jego mocy miasta w razie wątpliwości prawnych odwoływały się do trybunałów w Niemczech. Dopiero Kazimierz Wielki ustanowił Sąd Wyższy Prawa Niemieckiego na Zamku Krakowskim, który także mógł wydawać ortyle, czyli pouczenia oraz interpretacje prawa niemieckiego, by Niemcy nie ingerowali w nasze wewnętrzne sprawy i nie rozstrzygali naszych sporów. Dziś, jak widać koło się zatoczyło, i to obcy mają decydować za nas. Niektórym się wydaje, że tak jest lepiej, bardziej światowo… Cóż, to pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy zwracamy się o pomoc do obcych mocarstw, choć wiadomo, jak to się za każdym razem kończyło…

Długotrwały spór polskiego rządu z komisarzami UE o reformę sądownictwa w Polsce właśnie wchodzi w kolejną fazę tego wyjątkowo upokarzającego spektaklu. Zarzuca się nam brak praworządności, ograniczenie sędziowskiej niezawisłości i naruszenie zasady trójpodziału władzy. Co ciekawe i co mnie zadziwia najbardziej przez lata całe, kiedy to zapadały rażąco niesprawiedliwe wyroki, do niepomiernych wymiarów wzrastała bezkarność sędziów popełniających wykroczenia i przestępstwa, a niezawisłość sądów ograniczona była przez tworzone sitwy oraz układy, jakże często wspierane przez polityków – wszystko było dobrze, praworządnie, a dopiero teraz, gdy podjęto zdecydowane kroki, by przeciąć, oczyścić i oderwać wrzód, rozpoczęło się larum! Szczególnego wymiaru nabrały obsesyjne działania komisarza Timmermansa, który pod hasłem walki o praworządność sam w sposób ciągły łamie prawo, przydając sobie kompetencje, których żaden traktat ani prawo UE mu nie daje! O co więc chodzi? Czyżby o przywrócenie w Polsce ekipy, która będzie bardziej służyła interesom obcych niż swoim własnym?

Autor: Beata Wermińska