Jak góra przyszła do Mahometa

253
Chociaż wiał prawie lodowaty wiatr i z lekka mżyło, postanowiłyśmy z córką, że uczcimy Dzień Matki kolacjopiknikiem w parku FOTO: ELIZA SARNACKA-MAHONEY

"Nabieram przekonania, że ty chyba żywcem pójdziesz do nieba" – napisała mi w ramach życzeń na Dzień Matki znajoma z Nowego Jorku. Odpowiedziała w ten sposób na zdjęcie, którym się z nią podzieliłam.

Zdjęcie przedstawiało Młodszą w pokoju zabiegowym na pogotowiu. Internista wykonywał swoją pracę, a ona siedziała z wykręconą w nienaturalny sposób głową, bo w przeciwieństwie do mnie nie mogła przecież wstać i po prostu opuścić ten pokój tortur. Chodziło w końcu o jej własną rękę. Założono jej siedem szwów i poinformowano, już nas obie, że jest się z czego cieszyć, gdyż rana okazała się dużo płytsza, niż wskazywała na to ilość utraconej w drodze na pogotowie krwi, nie ucierpiało żadne ścięgno ani żaden nerw.

Ryzyko, że Młodsza uległaby wypadkowi, gdyby chodziła normalnie do szkoły zamiast realizować ją w trybie online, nie byłoby zerowe, ale bez wątpienia byłoby mniejsze. Choćby dlatego, że projekt plastyczny, który stał za nieszczęściem, wykonywany byłby w pracowni oraz za pomocą odpowiednich narzędzi, a nie na podłodze w jej sypialni w towarzystwie… cóż, tego wszystkiego, co się na podłodze w sypialni mocno kreatywnego nastolatka zwykle znajduje, plus – takie czasy – pełne wyposażenie klasy. Szkoła jest online z nazwy, ale pozostaje jak najbardziej tradycyjna i namacalna fizycznie w domu, obrośnięta w książki, zeszyty, przybory i technologię.

W przerwach między przygotowaniami do klasówki z matematyki, pisania wypracowania na historię i zszywania rękawów do nowej historycznej sukni (hobby), Młodsza rzeźbiła w kawałku drewna, praca zaliczeniowa z plastyki. Używała do tego swego solidnego harcerskiego noża, nie mamy w domu profesjonalnego przybornika rzeźbiarza. Kolejne wyzwanie rzucone nam przez pandemię: będę teraz musiała zamówić specjalny środek czyszczący do dywanów, by usunąć plamy krwi, która siknęła z dłoni po niefortunnym kontakcie z nożem jak z biednego byka w znanej piosence.

Jak dobrze, że nawet nie szykowałam się żadne obchody Dnia Matki wedle amerykańskiego kalendarza w tym roku. Mąż i Starsza wybyli bowiem na cały weekend z domu. Dostaliśmy zawiadomienie z akademika, że będzie otwarty na kilka godzin właśnie w dniumatkową niedzielę i jeżeli student chce uniknąć odpłatnego serwisu pakowniczo-wysyłkowego ze strony uczelni, szacunkowy koszt to co najmniej tysiąc dolarów, może opróżnić swój pokój samodzielnie, ale tylko w tym szczupłym terminie.

Jak by na to wszystko nie patrzeć – rzeczywiście trochę się tych nieszczęść i niefortunnych zbiegów okoliczności zebrało zważywszy, co za święto pokazywał kalendarz i jakie propozycje „wypoczywania” mamy składały światu na wyścigi tego dnia wszystkie media. Znajoma też niewątpliwie chciała mi swoimi słowami ulżyć w cierpieniu.

Na szyciu ręki Młodszej trochę funkcjonariuszom medycznym zeszło, miałam więc, czekając na korytarzu pod gabinetem zabiegowym, mnóstwo czasu na głębokie wdechy wyrównujące mój własny oszalały puls. Ale… nieoczekiwanie i na coś jeszcze.

Właśnie tam, na szpitalnym korytarzu, zdałam sobie sprawę, że znajoma się myli. Nie pójdę żywcem do nieba, bo znaczyłoby to, że wszyscy rodzice już w chwili narodzin pierwszego dziecka zostają apriorycznie i bezwarunkowo świętymi. Nieszczęśliwe wypadki w najgorszych momentach to dziecięca specjalność. Młodsza naprawdę wcale się na tym polu nie wyróżnia. Nadto mamy czasy zarazy, dlatego również ci, którzy nagrzeszyli w czasach przed, w chwili obecnej też dostąpiliby natychmiastowego i uroczystego odpuszczenia win wszelkich. Ogarnianie szkoły online, na dokładkę do własnych obowiązków zawodowych, stresów i kryzysów psychicznych, a jak się okazuje na naszym własnym przykładzie, także i fizycznych, wynikających z wywrócenia nam przez pandemię życia do góry nogami, to dla rodziców regularny czyściec i nie potrzeba Dantego, żeby nam go przybliżał.

Wiele jednak wskazuje na to, że po pandemii nie pójdę jednak wcale z powrotem tam, gdzie chadzałam poprzednio. Moje ścieżki się zmienią bez względu na to, czy i na ile nowa „normalność” pozwoli nam powrócić do stylu życia sprzed pandemii.

Uzmysłowił mi to rytuał cierpliwości, któremu oddałam się nie tylko pod salą zabiegową, ale przecież oddaję każdego dnia czekając już od rana na wieczór i tę chwilę po kolacji, gdy całą rodziną wybieramy się na spacer do pobliskiego parku, szczęśliwie otwartego dla spacerowiczów. Rozmawiając często wspominamy rozmaite aspekty naszych wspólnych, rodzinnych podróży. Podróży uzbierało się nam w walizkach niemało, bo jeździliśmy z dziećmi po świecie niemal od ich urodzenia, zawsze wdzięczni losowi za to, że takie możliwości przed nami otwierał. A jednak nigdy jako rodzina nie rozprawialiśmy o tych wyprawach w sposób, w jaki czynimy to teraz, niemalże z namaszczeniem, jak o rzeczach świętych i wyjątkowych, którym należy się prawdziwa rewerencja. Wynika to, oczywiście, ze świadomości, że być może już nigdy nie będziemy podróżować tak wolno i tak niefrasobliwie jak dotąd. Powinno mnie to smucić. A jednak tak nie jest.

Przyznam się do pewnych myśli, które krążyły mi po głowie jeszcze nie tak dawno. Jako przesiedlona Europejka, uwięziona poniekąd na kontynencie, skąd wszędzie daleko, mam, pomimo mojej całej aktywności turystycznej, duży podróżniczy niedosyt. Media społecznościowe bardzo mi tutaj nie pomagają, podsuwając pod nos coraz to piękniejsze relacje moich bliższych i dalszych znajomych z miejsc, do których ja jeszcze nie dotarłam. O tak, koniecznie muszę wybrać się tu i tam, i jeszcze tam na pewno – rozmyślałam traktując przyszłe eskapady coraz bardziej instrumentalnie, myśląc o nich niemalże jak o wyprawie do sklepu po mleko, którego właśnie zabrakło. Aż wstyd się przyznać, ale zakładając ich oczywistość, nie kwestionując ani na moment szansy na realizację planu podróży, odczuwałam na myśl o nich, niestety, i coraz mniejszą radość. Jakby odwiedziny w kolejnych zakątkach świata były poniekąd kolejnym obowiązkiem do wypełnienia. Świat stał przede mną otworem, a ja traktowałam jego atrakcje jak cieszące oko przystawki na bankiecie: skoro już migają mi przed oczami na tacy kelnera takie kolorowe i zachęcające, to przecież muszę ich spróbować.

Dziś łapię się na myśli, że na podróż, jakąkolwiek i gdziekolwiek czekam z napięciem i entuzjazmem, jakiego już od bardzo dawna nie czułam. To mi uprzytamnia z tym większą mocą, że byłam – pozwoliłam sobie stać się nie podejmując nawet walki – ofiarą. Ofiarą systemu, który niszczy poprzez nadmiar ofert i wrażeń. Wiem, nie odkryję tu żadnej Ameryki, jeśli powiem, że potrzebowałam kryzysu, by odzyskać umiejętność przeżywania tego, co jest mi dane, w sposób bardziej świadomy i efektywny. Docenić to, co już mam i przeżyłam. Docenić to naprawdę, nie tylko pośpiesznie zrobionym zdjęciem i wpisem na Facebooku. Jakiego koloru będzie dzisiaj niebo podczas zachodu słońca? Czy spotkamy żurawia, który już zaczął odwiedzać parkowy staw? I jak blisko podpłynie do nas piżmak, który w tym roku zbudował swoją norę po stronie brzegu z parkową alejką? Zadaję sobie te pytania i cieszą mnie one nie mniej niż jeszcze pół roku temu plany kolejnych zagranicznych wojaży do najpiękniejszych miejsc na ziemi.

– No popatrz! To mamy i Nessie do kompletu! – zawołała Młodsza wskazując palcem na obły kształt wychylający się ze stawu za naszymi plecami.

Na przekór wcześniejszym wydarzeniom dnia, a nawet niezbyt sprzyjającej aurze, wiał prawie lodowaty wiatr i z lekka mżyło, postanowiłyśmy, że jednak uczcimy Dzień Matki i zamiast tylko na spacer, wybrałyśmy się do parku także i na kolacjopiknik.

Przyjrzałam się bliżej zjawisku. Po stawie grasował rybożerca kormoran. Z oddali na tle ciemniejącej tafli wody jego wystawiona nad powierzchnię główka na smukłej szyi rzeczywiście przypominała jedną z najbardziej znanych fotografii świata z jeziorem Loch Ness w tle. – Jak to było w tym powiedzeniu? – zastanowiła się tymczasem Młodsza. – Że jak nie przyjdzie Mahomet do góry, to góra przyjdzie do Mahometa? To chyba mamy tu właśnie z czymś takim do czynienia?