Jak stracić miasto

48
Zdjęcia: Arch/Bozeman/Internet

Och, ten cudowny Dziki Zachód! Surowe piękno przyrody, nieskażone ludzką dłonią krajobrazy, ósme i dziewiąte cuda świata, a nade wszystko wolność. Wolność! Jaka szkoda, że za cenę, na którą większości z nas już dzisiaj nie stać.

Jak co roku o tej porze jestem w Bozeman w Montanie. Uliczka Church Street położona jest rzut beretem od starówki, a że pogoda wyjątkowo dopisuje – połowa października, a tu wciąż nie ma śniegu! – idę na spacer. Zmiany są niewiarygodne. Jeszcze dwa-trzy lata temu była to typowa ulica typowego, niewielkiego miasta w stanach zaliczających się do tych peryferyjnych. Trawa rosła sobie przed domami jak chciała, nikt nie zawracał sobie głowy, że może nie wygląda tak jak na okładkach lifestyle’owych pism. Ogrodzenia, jeśli w ogóle były, też pamiętały rozmaite czasy i trendy, nie każde miało styczność z farbą czy bejcą w ostatnim dziesięcioleciu. Większość aut zaparkowana przed domami (w latach gdy je wznoszono za garaż wystarczył kawałek dachu z perforowanej płyty PCV) stanowiły, oczywiście, trucki i SUV-y, bo trudno tutaj przetrwać zimę bez czegoś takiego. I raczej też żaden nie był odebrany z salonu w ostatnim roku, czy dwóch.

– Ten dom właściwie stoi pusty, bo człowiek przyjeżdża tutaj na może trzy, cztery dni w miesiącu. Jakiś producent z Hollywood. A ten tutaj, jak widzisz, będą rozbudowywać, to aktor, ma za sobą karierę w Las Vegas – opowiada mi rodzina oprowadzając mnie po Church Street.

Choć trawniki ledwie prześwitują przez góry opadłych liści, widać, że spora część przeszła w ostatnich czasach pod fachową opiekę firm ogrodniczych. Podobnie jak zagonki z kwiatami, które wypierają popularne tu do tej pory ogródki warzywne. Robię z rodziną zakład, że najdalej za dwa lata zamiast tesli, które stoją w korkach na pobliskiej Main Street, zaczniemy liczyć porsche, a może i lamborghini. Cena rynkowa domu krewnych – rezydentów Church Street – to dzisiaj ponad półtora miliona dolarów. Ledwie dwa lata temu było to 350 tys. dolarów.

Aprecjacja wartości domu to raczej dobra rzecz, czyż nie tak? Zależy. Krewni są młodą rodziną z jeszcze małymi dziećmi i nie planują – nie planowali do tej pory – przeprowadzki. Dekując się na Church Street przed ośmiu laty, uważnie patrzyli na finanse, również na to, na jakie podatki będzie ich stać w związku z wykonywaną pracą. Choć podatki nie są w Montanie wysokie, to jednak urastają do pokaźnej sumy, jeśli zaczynamy mówić o nieruchomościach wycenianych na miliony dolarów.

Bozeman – niewielkie (50 tys. mieszkańców) miasto jest dzisiaj, jeśli ktoś jeszcze nie słyszał, jednym najgorętszych nieruchomościowych dreamspotów w USA. Z jednej strony położone w malowniczym miejscu, które wydaje się być na końcu świata, z drugiej nie jest to definitywny koniec świata, bo jednak w zasięgu ręki jest i uniwersytet, i ośrodek narciarski, a także lotnisko. A wspominałam o tym, że Park Yellowstone to tylko godzina jazdy samochodem?

Pandemia tylko przyspieszyła trend, który rozpoczął się już ładnych parę lat temu – modę na “wykupywanie” miasta przez osoby świetnie sytuowane z możliwością pracy zdalnej, które chętnie wymieniają widok wielkomiejskiego betonu na dziewicze pasma gór, choćby tylko na weekend.

Rozwój nie jest zły, obrót gruntem i nieruchomościami nie jest zły, nadziani klienci, dla których warto otwierać coraz to bardziej ekskluzywne sklepy i usługi na Main Street – też nie są źli. To wszystko prawda. Jednak prawdą jest i to, że nie jest dobrze, gdy wielkie pieniądze zaczynają wywracać do góry nogami życie ludziom bez wielkich pieniędzy. I to w dodatku tym – dodajmy, bo to bardzo ważne – bez pracy których nowi właściciele starych domów po nowych astronomicznych cenach nie będą mogli prowadzić w swoim nowym raju żadnego życia. Nie będzie ich bowiem komu obsługiwać w sklepach i restauracjach, na stacjach benzynowych, i we wszystkich innych punktach codziennych, koniecznych usług. Nie jest dobrze, bo z życiem wywróconym do góry nogami, czyli z życiem za pieniądze, które przestają wystarczać na podstawowe opłaty, ludzie bez wielkich pieniędzy mogą zrobić tylko jedno. Wymienić je na życie w może nie tak uroczym, ale znacznie bardziej przyjaznym ekonomicznie rejonie. Wyjechać.

A przecież napisy „Dam pracę od zaraz” widoczne na większości nie tylko sklepików na Main Street, ale i wielkich sieciówek typu Target czy Walmart, to tylko część tej pokręconej – a zdaniem mojej rodziny coraz bardziej tragicznej – historii. W miejscu, które się tak nagle zapala i płonie od ognia zachcianek tych, których stać na wszystko, ofiarami padają wszystkie branże i zawody, które nie należą do najlepiej opłacanych, bez względu na to, jak są nam nieodzowne. Na przykład nauczyciele.

– Myślę, że tutaj nie można już teraz przeżyć na pensji poniżej 100 tys. dolarów. Nauczyciele zarabiają średnio połowę tej sumy – wyjaśnia mi rodzina.

Szkoła podstawowa, do której uczęszczają moi mali siostrzeńcy, od ubiegłego roku „straciła” 30 procent nauczycieli. Dyrekcja łata w tej chwili dziury kadrowe młodzieżą akademicką. Szkoły muszą jednak istnieć, podczas gdy przedszkola już nie. I istnieć w uroczym Bozeman właśnie przestały. Prywatna opiekunka to koszt 40-50 dolarów za godzinę opieki nad dzieckiem. Ludzi bez wielkich pieniędzy zdecydowanie na takie stawki nie stać.

Zakończę pewną sceną, której byłam świadkiem…

Ze względu na coraz bardziej dotkliwy brak pracowników (Walmart już oferuje 21 dolarów za godzinę, a chętnych i tak brak!), kolejne restauracje na uroczej Main Street albo pozostają w wybrane dni tygodnia zamknięte, albo redukują godziny otwarcia. Mijałam jedną z nich – była sobota! – gdy przed drzwiami stanęła elegancko ubrana para. Chcieli wejść. Drzwi nie chciały ustąpić. Naciskali klamkę po wielokroć – nadaremno. W końcu kobietę zdenerwowało to do tego stopnia, że kopnęła drzwi czubkiem swego kosztownego buta.

– Czekaj – złapał ją w tym momencie za rękę mężczyzna. – Coś tu jest napisane. Że z braku rąk do pracy będą otwarci tylko co drugi weekend.

– Też coś! – fuknęła kobieta. – Wszystko jest tylko kwestią ceny. Powinni więcej płacić, to mieliby pracowników. Czy w tym mieście nikt nie wie, jak się robi biznes?

Odeszli bardzo wzburzeni.

Ja też poszłam w swoją stronę, rozmyślając o artykule, który akurat przeczytałam. Mówił o tym, że większość planów rozwojowych miasta na chwilę obecną to tereny przeznaczone pod budowę kolejnych osiedli luksusowych apartamentów lub domów jednorodzinnych z górnej półki. Oraz że zwolennicy inwestycji w tańsze mieszkalnictwo i szerzej – bardziej zrównoważony rozwój miasta są póki co miażdżeni, by nie rzec brutalnie rozjeżdżani, przez entuzjastów wolnego rynku i wolności rozumianej wyłącznie poprzez prawo do odpowiedzi temu, kto da więcej. I kto by pomyślał, że życie w raju może się tak szybko zmienić w życie zupełnie gdzie indziej?