Jak ugryźć szkołę

0
0

Zmiana poglądów nie przyszła nagle, była procesem, i trudno mi nawet powiedzieć, kiedy dokładnie ten proces się rozpoczął, choć wiem, że trwa już od lat. Pamiętam zdumienie i niedowierzanie, gdy Polska zdecydowała się zrezygnować z ośmioletniej podstawówki na rzecz gimnazjów. Mieszkałam już wtedy w USA i byłam świadkiem zupełnie innej debaty przetaczającej się przez tutejsze fora edukacyjne.

Eksperci i psycholodzy bili na alarm, że gimnazja to zły pomysł. W newralgicznym wieku 11-tu, 12-tu lat większość dzieci to wciąż dzieci, jeszcze nie młodzież i na pewno nie nastolatki, i by efektywnie funkcjonować, potrzebują więcej, nie mniej oparcia w świecie i zjawiskach, które już znają. Wyrywanie ich ze znajomego kontekstu dzieciństwa i rzucanie na siłę na spienione wody kultury młodzieżowej skutkuje tym samym, co przesadzanie owocujących drzew. Na kilku owoce się zachowają, na większości nie, spora część w ogóle się nie przyjmie i uschnie, zmarnuje swój potencjał. Badania potwierdzały, że system ośmioklasowy był, z punktu widzenia i psychologicznego, i intelektualnego rozwoju ucznia, o wiele dlań korzystniejszy niż system z gimnazjami.

O gimnazjach nie od dzisiaj mówi się w Ameryce, że to „poczekalnie”. I uczniowie, i nauczyciele dokładają starań, by je przede wszystkim „przeczekać”. Nikt się nie łudzi, że w ciągu trzech gimnazjalnych lat nastąpią jakieś przełomowe postępy w nauce. Nie bez przyczyny prywatne szkolnictwo w USA nigdy nie poszło tą samą drogą, co publiczne. Większość szkół katolickich do dzisiaj funkcjonuje w systemie 8-letnich podstawówek i 4-letnich liceów.
Polska szkoła właśnie zaniechała swego gimnazjalnego eksperymentu i chwała jej za to. Mam jednak mieszane uczucia, że to wystarczy, by ją naprawić, nawet po tym, gdy minie okres transformacyjnego bałaganu.

Pamiętają może Państwo akcję z ważeniem plecaków polskich uczniów na początku tego roku szkolnego? I protest rodziców, gdy okazało się, że akcja była ustawiona, plecaki dzieci ważone przez panią minister edukacji Annę Zalewską celowo odchudzone na tę okazję, by udowodnić to, co zostało z góry zaplanowane? Myślę o tym w kontekście rozmiaru „wiedzy”, jaką waga plecaków ma symbolizować. O liczbie przedmiotów, jakie współczesny uczeń w Polsce ma do opanowania. Wszystkie te podstawy, nazwy, liczby, zjawiska, terminy i same treści, szufladkowane do tego w oddzielnych przegrodach, przegródeczkach, bo polska szkoła wciąż bardzo przegrodami i katalogowaniem stoi.

Kolejnym symbolem rozmiaru tej wiedzy jest czas spędzany przez ucznia w szkole. Wspominając własne pięcio- czy sześciolekcyjne dni, które figurowały w moim rozkładzie lekcji jeszcze nawet w liceum i pozwalały mi wracać do domu w okolicach godziny 13-tej, od zawsze narzekałam, że sztywny, siedmioipółgodzinny „dzień szkolny” moich córek (powroty do domu codziennie po 15-tej) jest zbyt długi, niepotrzebnie długi, jeśli i tak dzieci przynoszą do domu niebagatelną pracę domową. Dowiaduję się od coraz bardziej zrozpaczonych rodziców w Polsce, że pięć lekcji dziennie to dzisiaj rzeczywistość spotykana już tylko w zerówkach. Rówieśnik mojej młodszej córki, ósmoklasista, ma co dzień po osiem lekcji i wraca do domu o 16-tej. Dlaczego? Bo inaczej szkoła nie wyrobi się z wklepaniem do uczniowskich głów wszystkich informacji, które się tam znaleźć – zdaniem szkoły – muszą.

Amerykańska szkoła zawsze, jeśli chodzi o objętość tych „wklepywanych” uczniom do głów informacji, pozostawała w tyle, przynajmniej szkoła publiczna. Skutkowało to rozmaitymi niuansami. Prześmiewcze docinki, że Amerykanie to naród ludzi „niedouczonych”, szczególnie w dziedzinach nauk miękkich, takich jak historia i geografia, były na porządku dziennym na całym świecie, i były ku temu podstawy. Dzisiaj „luzy” się skończyły, bo nawet jeśli godzin geografii czy historii wciąż amerykański uczeń ma niewiele, jego czas w szkole i tak jest wypełniony po brzegi. Chodzi na lekcje, o których ja w mojej młodości nie wiedziałam nawet, że się kiedyś pojawią.

Nowe przedmioty, nie tylko z zakresu technologii, ale też np. socjologii czy ekologii (np. relacje na świecie w dobie globalizmu, energia odnawialna), to produkt zmienionych czasów, w jakich żyjemy, a jednocześnie odpowiedź – właściwa! – na potrzebę wyposażania dzisiejszych uczniów w całkiem nowe pakiety wiedzy i umiejętności. Z każdym mijającym rokiem, z każdym kolejnym wynalazkiem, który usprawnia, lecz przecież i wywraca nam życie do góry nogami, z każdą nową firmą, która w swym triumfalnym pochodzie po sukces posyła do kosza na śmieci obowiązujące do tej pory normy i standardy, widać przecież coraz wyraźniej, że nasze dzieci będą żyć i pracować w świecie dość różnym od obecnego.

Amerykańska szkoła, choć daleko jej do ideału, o wiele śmielej niż polska poczyna sobie i z nowym kanonem kryteriów w doborze podstaw nauczania, i w sposobie oceny wiedzy i umiejętności ucznia. Zachęcona finlandzkim przykładem eksperymentuje nawet z likwidacją przedmiotów na rzecz zaznajamiania dziecka ze światem jako całością o współpracujących i oddziaływujących na siebie elementach. W szkole polskiej, na ile to rozumiem, wprowadzenie nowych przedmiotów odbyło się bez adekwatnego odchudzenia poprzedniej podstawy programowej. Efektem jest szkoła nie do ogarnięcia i sama bardzo nieogarnięta – jak uzupełniają polscy rodzice.

Jeśli ktoś kiedykolwiek miał możliwość znaleźć się w mieszkaniu człowieka, który przez całe życie niczego nie wyrzucał, a jedynie dokładał do sterty otaczających do rzeczy i sprzętów, wie, jak takie mieszkanie wygląda. Przychodzi moment, po którym razi już nie tylko jego estetyka, ale i niefunkcjonalność, gdyż nie sposób cokolwiek znaleźć. Zamiast lepsze i wygodniejsze ze względu na zgromadzoną liczbę przedmiotów użytkowych, życie w takim miejscu staje się trudniejsze i coraz bardziej frustrujące.

Czy się na to zgadzamy, czy nie, proces rozwoju umiejętności poznawczych i intelektualnych u naszego ludzkiego gatunku nie dotrzymuje kroku szybkości rozwoju technologicznego, jaki wymyśliliśmy. Jest, mówiąc wprost, wciąż bardzo taki sam, jak był 50 i 300 lat temu. Jeśli okazuje się, że zaczyna nam brakować godzin w ciągu doby, by wtłoczyć dziecku do głowy wszystko to, co wydaje nam się konieczne, oznacza to jedno.

To i tak się tam nie zmieści, trzeba dokonać cięć i adiustacji. Ja też jestem za rozwojem czytelnictwa i nabyciem podstawowych umiejętności prawidłowej wypowiedzi pisemnej, ale jeśli zależy nam na tym, by nasze dzieci posiadły w trakcie swej szkolnej edukacji także umiejętności programowania oraz obsługi coraz bardziej skomplikowanych programów komputerowych, o które na pewno będzie je pytał pracodawca podczas rozmowy o pracę, trzeba przemyśleć, co można im odpuścić. Zwłaszcza że trzymają w rękach (i raczej się już ich nie pozbędą) smartfony z dostępem do światowej bazy informacji. W razie potrzeby będą mogły te informacje bez problemu sprawdzić, po co więc mają zapamiętywać je na kolejną klasówkę? Bywa, że mniej znaczy więcej. Szkoła, zwłaszcza polska, powinna o tym pomyśleć.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney