Jak zniszczyć naród – poradnik praktyczny

12

Mamo, mamy lockdown drill. Na strzelaninę. Wszędzie policja. Chyba mam atak paniki. To jest takie realne… Chcesz, żebym przyjechała? Nie wiem. Mam przyjechać? Nie wiem. Napisz coś. Dlaczego nic nie piszesz? Co się dzieje?!

SMS-y docierają do mnie na ulicy. Wiem, że nie powinnam nawet sięgać po telefon, ale sięgam i sprawdzam co kilkanaście sekund. O próbie ewakuacji na wypadek strzelaniny wiedziałam od kilku dni. Szkoła przysłała informacje, powiedziała zawczasu o obecności policji, straży pożarnej, szeryfa. To odpowiedź na ostatnie masakry w szkołach na Florydzie i w Teksasie. 
Mimo wszystko, mimo zapowiedzi, Starsza nie będzie jedyną, która wróci tego dnia do domu roztrzęsiona, załamana, w nocy długo nie będzie mogła zasnąć. Po raz kolejny wymienię się z innymi matkami informacjami na temat metod pomocy naszym dzieciom. Jakie środki uspokajające? Czy te naturalne pomagają? Pół tabletki nasennej od czasu do czasu też nikomu jeszcze nie zaszkodziło. Joga. O tak, to dobry trop. Gdzie najlepiej? I medytacja, też warto.

Nie przyjeżdżaj.
Już lepiej?
Nie.
To może jednak przyjadę.
Nie.
Co tam się dzieje?
Co się dzieje?

To jest bardzo niedobry dzień. Taki dzień, gdy usiłuję sobie przypomnieć, co myślałam, gdy przybyłam do Ameryki? Jak wyobrażałam sobie moje tutejsze życie? Jakie miałam oczekiwania względem przyszłości?
Odpowiedzi na te pytania nie są trudne. Emigrację zaczęłam od Kalifornii i, choć wszystkim, zwłaszcza w Polsce, wydawało to się raczej dziwne i niepojęte, Złoty Stan nie rzucił mnie na kolana, wręcz przeciwnie. Bardziej od cudów natury, galerii handlowych przyprawiających o oczopląs czy restauracji oferujących wszystkie smaki świata interesowali mnie ludzie. Sposób, w jaki organizowali swoje prywatne i publiczne życie. To, co myśleli o sobie i o świecie. Interesowało mnie, dlaczego przez osiem miesięcy życia vis a vis bardzo miłej sąsiadki w moim wieku nie udało mi się ani razu dostać zaproszenia do jej mieszkania. Wpadając na siebie na mieście obcałowywałyśmy się i gadałyśmy jak najlepsze przyjaciółki. W momencie, gdy chciałam przenieść naszą znajomość na kolejny, normalny, jak mi się wydawało, poziom koleżeńskiej zażyłości, a więc na przykład szłam podzielić się z nią świeżo upieczonymi ciastkami z nadzieją, że jeżeli akurat będzie wolna, może wypijemy u niej razem herbatę lub kawę, lepiej się poznamy, znajoma nieodmiennie trzymała mnie na wycieraczce. Podobne sytuacje powtarzały się ciągle, wymieniali się w nich tylko ludzie. Rozpracowywałam amerykańską mentalność rozbijając ją z uporem jak orzech, aż w końcu do mnie dotarło. Tu chodzi nie tylko o praktyczne zastosowanie w życiu maksymy o fortecy we własnym domu, ale o coś więcej. Tu chodziło o strach. Strach przed bliskością, to pewne. Strach przed zbytnim „obnażaniem się” przed drugim człowiekiem, bo odkrywanie przed innymi naszych słabych punktów jest w amerykańskim kodeksie obyczajów wyjątkowo mocno piętnowane. Słabość to nieudacznictwo, a człowiek-nieudacznik to już w Ameryce regularny margines, postawa sprzeniewierzania się duchowi swego kraju i przodków. Wielkość i wyjątkowość Ameryki na tym przecież polega, że oferuje ona niekończący się sznur szans i możliwości, i tylko od nas zależy, czy będziemy się tego sznura trzymali, zaciskali na nim mocno pięści, nieskończenie cierpliwi i z niewyczerpywalnymi złożami nadziei w mający przytrafić nam się sukces, czy sznur puścimy i zmienimy się w nieudaczników właśnie.

Nigdy się z tą filozofią nie utożsamiałam, a wręcz widziałam w niej mnóstwo brzydkich pułapek i zwykłego oszukaństwa, ale jako emigrantka, outsiderka, przyzwyczaiłam się do jej obecności wokół. Być może nawet zaakceptowałabym tę obecność, gdyby nie jedno. Gdyby strach, który buduje egzystencjalne fundamenty amerykańskiej tożsamości, nie zaczął na moich własnych oczach ewoluuować w formy, które poczynają zagrażać ludzkiemu bezpieczeństwu. I to też w wymiarze jak najbardziej egzystencjalnym. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza strach, który do tej pory w amerykańskiej historii można było opisać słowami: „ogólny strach przed tym, co niesie przyszłość i czy mi się uda”, wyewoluował w bardzo klarowny „strach przed obcym” i znalazł ujście w masowym zbrojeniu się społeczeństwa. Reperkusje tej ewolucji, której najbardziej dramatycznym objawem jest eskalacja przemocy z użyciem broni i oczywiście masowe strzelaniny, są niszczycielską siłą rozsadzającą Amerykę od wewnątrz.

Sprawa nie jest, oczywiście, prosta. Broń w USA to kultura, to obyczaj, tym stawiać czoło najtrudniej. Ale proste jest przynajmniej jedno. Za zwiększonym apetytem Amerykanów na broń z jednej strony, a nasilającą się w społeczeństwie paranoją w związku z tzw. osobistym bezpieczeństwem z drugiej (cokolwiek ono znaczy, sęk w tym, że w dzisiejszym spolaryzowanym politycznie i obyczajowo społeczeństwie znaczy bardzo wiele różnych rzeczy, które coraz trudniej sprowadzić do wspólnego mianownika) stoi najzwyklejsza propaganda, obliczona na czyjeś wymierne korzyści materialne. Nie ma dla mnie bardziej odrażającej i prymitywnej twarzy amerykańskiego kapitalizmu niż ta właśnie.

Zastanawia mnie od dawna i naprawdę chciałabym usłyszeć na ten temat jakieś wiążące argumenty: czy nikt nie widzi, że ten apetyt jest autodestrukcyjny? Że jak najgorsza gnida uwielbia przy tym strzelać w tył głowy najbardziej bezbronnym i niewinnym? Nigdzie indziej w cywilizowanym świecie nie ma sytuacji, że siadające w szkolnych ławkach dzieci zadają sobie pytanie: czy, choć nie ma wokół wojny, a one nie są żołnierzami, nie są nawet członkami żadnej grupy przestępczej i nie zrobiły nic złego, nie dostanie im się akurat dzisiaj kulka w łeb? Just because. Trudno się dziwić, że coraz więcej z nich nawet na próbę ewakuacyjną reaguje paniką, popada w stany depresyjne i lękowe, i niesie potem ten bagaż w dorosły świat, pracując tym samym na dalszą eskalację wyniszczających ich jako jednostki i jako społeczeństwo strachów i paranoi.

Historia pełna jest zapisów o narodach, które same siebie rozdeptały. Starożytny Egipt zbyt uparcie trwał przy swych przyzwyczajeniach i wierzeniach, ignorując potrzebę postępu. Podobnie było z Imperium Osmańskim. Rzym, Kalifat Arabski oraz Imperium Majów – wszyscy padli ofiarą politycznych przepychanek między żądnymi władzy i sławy, które przesłoniły większe niebezpieczeństwa czyhające z zewnątrz bądź ze strony samej natury. Eksperci nie od dzisiaj prześcigają się w predykacjach, od czego i kiedy upadnie Ameryka. Czy zwalą ją z nóg Chiny? Rosja? A może wojna z terroryzmem? Mnie na to pytanie nasuwa się całkiem inna odpowiedź.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney