Jasność, jasność chcę widzieć

151
FOTO: PEXELS.COM

"To nie jest tak, że mam coś przeciwko tej osobie, tylko obawiam się, że słyszałam jej wystąpienie już wiele razy. W każdym razie – bawcie się dobrze!" – odpowiedziałam niedawno znajomej, która zapraszała mnie na babskie spotkanie online z udziałem jakiejś ponoć znanej, choć mnie osobiście nieznanej, guru od przenoszenia w życiu gór i osiągania rzeczy nieosiągalnych.

Z całego serca popieram ludzi, którzy chcą i potrafią inspirować innych, a w przeświadczeniu, że wystarczy tylko chcieć, by móc, są niczym zamienieni w kamienne posągi rycerze spod Giewontu, tak samo twardzi, nieustępliwi i nie do ruszenia z mentalnego okopu, w którym się zagnieździli. Oczywiście chwała im za to. Kto zarabia na życie własną postawą, nie może sobie pozwolić na wątpliwości w swój światopogląd czy skalę wartości. Nic jednak na to nie poradzę, że z biegiem czasu doznaję dziwnego deja vu niemal za każdym razem, gdy mam do czynienia z radami fachowców od rozmaitych aspektów mojego życia – od stanu nirwany mentalnej po zachowanie optymalnego zdrowia, po nirwanę w sypialni wreszcie. Ubrane w inne słowa i przedstawiane jako inne opowieści wydają się mówić o dwóch i wciąż tych samych sprawach. Po pierwsze, że należy dokonać zmiany. Po drugie zaś – wytrwać w tej zmianie nie oglądając się za siebie. Niektórzy dodatkowo pogłębiają przekaz o dyrektywę, że należy w ogóle odciąć się od naszego starego „ja” i dawnych nawyków, a szczególnie tych wspomnień i doświadczeń, które ciążą nam niczym walizy, niedające się nawet przesunąć z miejsca, nie mówiąc o możliwości pociągnięcia ich za sobą.
Udziału w spotkaniu więc odmówiłam, i to mimo wielce obiecującego spoilera, że będzie o taktykach nabierania pewności siebie oraz wytyczania granic. Może jednak przegapiłam szansę? Może pani coach okazałaby się prezenterką elastyczną i dała trochę zwieść się na manowce? Na kanwie mantrowania o wymianie toksycznych znajomych na prawdziwych przyjaciół, a toksycznych nawyków na takie, które są dla nas zdrowe i i rozwijające, dałaby się wciągnąć w dyskusję i o tym, jak mamy żyć ze zmianami, które przyniosła nam pandemia A.D. 2020? Zmian tych nikt z nas nie wybierał, a przecież ciężkie są jak diabli! Niektórym z nas testują wytrzymałość i zdrowie psychiczne do absolutnych granic. Może od mówienia „nie” nieuczciwym ludziom do konstruktywnego planu odbudowy – budowy? – przyszłości w realiach postpandemicznych, w niej zaś wizji naszego nowego „ja”, wcale nie byłoby podczas tych babskich pogaduch tak daleko?
Kilka dni później wpadło mi w ręce niedawne wydanie magazynu „The Atlantic”, a tam artykuł o dwóch Amerykankach, które poznały się dzięki projektom wykopalisk na zgliszczach rodzinnych historii. Po latach narastającej w środku potrzeby obie postawiły sobie za cel rozwikłanie zagadek życia swoich babek, kobiet, jak się okazało, pochodzących z tego samego niemieckiego miasta i o podobnie traumatycznych doświadczeniach w czasie wojny. Obie straciły w wojnie najbliższych i obie po zakończeniu wojny wylądowały nie tylko w nowych domach, ale i w całkiem nowych ojczyznach. Wnuczki pragnęły zrozumieć, co pomogło babciom nie tylko pokonać traumy, lecz wręcz zbudować zupełnie udane życie w świecie „po”.

Od dawna nie wierzę w przypadkowość najbardziej przypadkowych zdarzeń w naszym życiu, dlatego zarówno oferta babskich pogaduch, którą odrzuciłam, jak i „przypadkowy” artykuł o rodzinnych archeolożkach zjawiły się dokładnie wtedy, gdy zjawić się miały.
W przeddzień Dnia Matki w Polsce rozmyślam, na pewno zresztą nie ja jedna, o losie mojej matki. O jej wyborach, życiowych zwycięstwach, a zwłaszcza klęskach. Rozmyślam tym mocniej, że nie mam pewności, czy będzie mi dane jeszcze kiedyś ujrzeć mamę żywą. Rozmowy z nią od dłuższego czasu są trudne i trudniejsze, bo ingeruje w nie chochlik demencji. Do tej pory mogłam jednak, wystarczyło kupić bilet lotniczy do Polski, polecieć do niej w odwiedziny. Wtedy choćby się do niej przytulić, potrzymać ją za rękę czy zjeść ugotowaną przez nią zupę. W lepszych dniach, gdy jej umysł ogarniała większa jasność, a język rozwiązywał się do zwierzeń, mogłam też słuchać jej opowieści, poznawać wyciąganych z nieznanych mi dotąd kurhanów i usypisk ludzi i zdarzenia, które były częścią jej życia, a więc częścią opowieści, w której i ja uczestniczę. Potrzeba, by zrozumieć, co moją matkę ukształtowało, i co potem stało za jej rodzicielskimi wyborami w stosunku do mnie, miała szansę na zaspokojenie, przynajmniej teoretycznie. U progu tegorocznych wakacji wiem, że odwiedziny w Polsce w najbliższych miesiącach będą niemożliwe. Jesienią czeka nas druga fala pandemii. To straszna myśl, z którą się mierzę, ale trudno ją odgonić. Pogrzeb ojca zmarłego dosłownie na moment przed wybuchem pandemii, może stać się w tej opowieści ostatnią chwilą, jaką spędziłam z mamą w moim życiu.
Pani dobra rado – jak mówić „nie” toksycznej energii pompującej we mnie poczucie niesprawiedliwości, bólu i zwyczajnej niezgody na obecny stan świata? Wnuczki ocalałych z wojennej pożogi kobiet, którym udało się, przynajmniej z pozoru, posiąść tajemnicę oswojenia destrukcji i zmiany – czy zadowalają was odpowiedzi, z którymi wróciłyście do domu? Poszukujemy metod i odpowiedzi tymczasem może zawsze istniała tylko jedna droga: świadomie lgnąć całym sercem tylko do tego, co jest jasne i pozytywne? I jednocześnie świadome odrzucać to, co zabiera nam naszą dobrą energię? Podróżujące śladami swych babek wnuczki doszły, jeśli poczytać trochę między wierszami, do wniosków, które można uznać, za zbliżenie się do tej teorii. Niektórzy modni coache od lifestyle’u również (choć, niestety, nie dowiem się już nigdy, czy zoomowy gość na babskich pogaduchach także) zdają się słać ku nam tego typu przesłania, i to mimo baniek z blichtru, w jakie często opakowują swoje argumenty. Moja własna matka na pewno próbowała, z bardzo różnym jednak skutkiem, co odcisnęło swoje piętno na mnie i do dzisiaj leży u podłoża wielu moich postaw oraz decyzji.

Jest o czym myśleć i jest nad czym pracować. Pandemia dużo nam odebrała, na szczęście jednak i trochę dała. Mnie dała wyostrzoną świadomość przemijalności absolutnie wszystkiego. Mam jednak córki i bardzo nie chciałabym przeminąć w ich oczach jako człowiek, który w obliczu nieuchronności losu tylko rozpadł się jak zamek z piasku i tyle. Na tym, by poszły w świat rozumiejąc moje życiowe wybory, zależy mi bardziej niż na czymkolwiek. Choć więc zabrzmi to jak komunał zamknięty z bańce w blichtru – przepraszam wrażliwych intelektualistów – od dziś zaczynam świadomie szukać jasności i pozytywnej energii w otaczającej mnie świecie.