Jestem subkulturą, czytam książki

82
FOTO: PEXELS.COM

Nigdy nie myślałam, że stanę się kiedyś subkulturą. I to kiedy? Wcale nie w młodych latach, okresie do subkulturowania najlepszym, ale jako matka prawie dorosłych dzieci! Wiadomość spadła na mnie jak przysłowiowy grom z jasnego nieba. Obracałam w rękach opiniotwórczy tygodnik, który uprzytomnił mi moją nową pozycję w społeczeństwie i na świecie, i zastanawiałam się, jak bardzo powinno mnie to martwić.

Śpieszę z wyjaśnieniem: w moim wyglądzie nic się nie zmieniło. Mówię „nic”, bo znamion czasu na cielesnej powłoce człowieka nie traktuje się, póki co, jako oznak identyfikacji z subkulturą. Geniusze z Krzemowej Doliny jeszcze nie wynaleźli sposobu ani na wieczną młodość, ani na nieśmiertelność, więc dojrzałość i starość to stany, których nikt z nas nie uniknie, nikt nie ma w tej gestii żadnego innego wyboru. Subkultura tymczasem to wybór, wolna wola. I poniekąd również odwracalność tego wyboru, o ile tylko nie dotyczy tak drastycznych zmian w wyglądzie, że muszą pozostać z człowiekiem do końca życia – np. pozbycie się (mówimy, rzecz jasna, o przypadku całkowicie skrajnym) jakiejś kluczowej części ciała. Największą siłą woli nowa noga, ręka czy ucho nam nie odrosną.

Mam wszystkie ręce, nogi, uszy. Okularów wciąż nie noszę. Od kilku lat noszę przy sobie komórkę w jaskrawym, turkusowym etui. To akcesorium jest dziś jednak na wyposażeniu zdecydowanej większości populacji na całym świecie, więc też trudno klasyfikować je jako wyróżnik w służbie subkultury.

Moja subkultura ukryta jest całkowicie w środku. Jest niewidoczna dla oka, choć świetnie widoczna dla gości w moim domu. Jej atrybutami są biblioteczne półki i inne powierzchnie opanowane przez książki. Przynależę, jak oświecili mnie eksperci wypowiadający się w artykule dla opiniotwórczego tygodnika, do SUBKULTURY CZYTELNIKÓW. I bardzo proszę, nim zaatakują mnie Państwo, że czytelnictwo to też nie subkultura, czytanie jest przecież umiejętnością, jaką nabywa każdy współczesny człowiek, śpieszę z kolejnym wyjaśnieniem. Umiejętność czytania – i owszem. Dostępna jest każdemu w krajach rozwiniętych i coraz większej liczbie ludzi w pozostałych. Czytanie a czytelnictwo nie są jednak kręgami, które się zawsze ze sobą zazębiają. Były czasy, że zazębiały się całkiem nieźle – w epoce przedkomputerowej i przedinternetowej. Są wciąż miejsca, gdzie nadal zazębiają się całkiem przyzwoicie – w krajach, gdzie POMIMO ostrzału artyleryjskiego z działek kultury ekranowej i obrazkowej intensywnie, z premedytacją i planowo czytelnictwo się promuje i w nie inwestuje. Dotyczy to zarówno patronatu nad działami gospodarki związanymi z publikowaniem i sprzedażą książek, jak nad autorami i artystami, którzy je tworzą. W Europie dobrym przykładem są kraje skandynawskie, a za nimi: Szwajcaria, Luksemburg, Francja, Estonia i Czechy. Ameryka swoje cele czytelnicze realizuje po swojemu, więcej tutaj inicjatyw i patronatów prywatnych niż federalnego parasola nad czytelniczą sferą życia, ale ważne, że o ten cel też się walczy i też widać tego efekty. We wszystkich wymienionych krajach co najmniej 70% społeczeństwa deklaruje, że w minionym roku przeczytało przynajmniej jedną książkę. W Polsce, jak zaraportowała niedawno Biblioteka Narodowa, w roku 2018 próg ten wyniósł 37%. Jak by nie patrzeć, z której strony by nie gryźć – niestety mniejszość. Mniejszość, czyli subkultura.

Zaraz, zaraz, można by się jednak usiłować tu kłócić. Jedna jaskółka nigdy wiosny nie czyni. Może po prostu ubiegły rok był… nieurodzajny? Zdarza się każdemu. Subkultura to jednak coś więcej niż przelotna pogoda, pojedynczy chuch wiatru. Musimy odpowiedzieć na pytania: czy naprawdę mamy do czynienia z trendem trwającym wystarczająco długo? Ze zjawiskiem krzepnięcia materii w pewnej formie, z której już ruszyć jej się nie da, lub przynajmniej będzie to bardzo trudne? Czy, jeśli czytelnictwo, które spełnia w społeczeństwie pewne konkretne role, utraciło na znaczeniu i funkcjonuje już tylko jako subkultura zrzeszająca społeczne nisze, to widzimy efekt tych zmian? Odpowiedzi na te pytania brzmią: tak, tak i tak.

Przełomowy dla statystyk czytelnictwa spadek w Polsce nastąpił w latach 2004-2008. Był to kluczowy moment, gdy większość stała się mniejszością. Od tamtej pory zjazd w dół nie jest już tak dramatyczny, mówimy o 2-3% rocznie, ale to wystarcza, by w A.D. 2019 stan był taki, jak właśnie podała Biblioteka Narodowa. Przytoczę, bo myślę, że jest to ciekawa informacja, komentarz polskiej bibliotekarki Barbary Morawiec na temat raportu BN: „To, że zainteresowanie czytaniem książek nie rośnie, ma zapewne wiele przyczyn; należą do nich m.in. style życia i sposoby spędzania czasu wolnego, popularyzacja rozrywki cyfrowej, niewielkie przełożenie czytania książek w dorosłym życiu na powodzenie na rynku pracy, a także fakt, że za sprawą przemian w dziedzinie technologii komunikacji książki nie są dziś jedynym źródłem wiedzy i informacji”.

Ze swojej strony dodałabym tylko jeszcze wątek o stanie rynku wydawniczego i księgarskiego w Polsce. Ten stan jest istotny, bo trudno opędzić się od myśli, że bardziej przypomina on igrzyska śmierci niż jakąkolwiek formę racjonalnej umowy, gdzie każda ze stron jednocześnie ma weń wkład, ale i korzyść. Wydawcy dobijają pisarzy głodowymi umowami, klienci dobijają wydawców i pisarzy nie kupując książek, które są drakońsko drogie, a całe państwo dobija księgarzy, wydawców i pisarzy opodatkowaniem tego segmentu tak, że równie drakońskie co ceny książek przepisy o ich rozprowadzaniu wymiatają z rynku kolejne punkty sprzedaży, zwłaszcza te mniejsze i niezależne, niczym miotła kurz. Współczesne państwo polskie o swojego czytelnika bowiem nie zabiega i tym mocno różni się od krajów, w których czytelnictwo ma się dobrze, bo tamtejsze państwa rozumieją wagę słowa pisanego w procesie edukacyjnym, a także: społeczno-, intelekto- i obywatelsko-twórczym. W Polsce państwo nawet się z tym nie kryje, że nieustannie od prawie 30 lat ma inne, ważniejsze cele do realizacji niż opieka nad stanem umysłu swoich obywateli. Celowo urwę tu tę myśl, by każdy sam dopowiedział sobie, jak te ważniejsze cele przekładają się na faktyczny stan tegoż umysłu.

Nie ma więc wyjścia, nie ma rady. Jestem Polką, przeczytałam w ubiegłym roku przynajmniej jedną książkę, więc, czy to mi się podoba, czy nie, jestem w świecie polskojęzycznym subkulturą. Na razie się trzymam. Nie stałam się jeszcze celem ataków, szyderstw ani wytykania palcami, ale kto wie? W końcu często noszę przy sobie książki w torbie czy plecaku, łatwo też namierzyć mnie, jak odwiedzam księgarnie i biblioteki. A skoro już tak definitywnie, przez fachowców i ekspertów zaklasyfikowana zostałam jako subkultura, to lepiej być czujnym i gotowym na wszystko.