Jeszcze będzie przepięknie, choć niekoniecznie normalnie

124
FOTO: EPA

Pożar Dixie w północnej Kalifornii już przeszedł do historii jako trzeci największy (szybko może stać się największym) w historii tego palącego się ostatnio niemal non stop stanu. Nam zafundował dymy nad głową i smutne deja vu sytuacji z ubiegłego roku, kiedy to pożarowy smog pozamykał nas w samym środku lata w domach.

Siedzimy jak na szpilkach, bo choć w Kolorado czerwiec przyniósł trochę błogosławionych opadów, to jednak od ponad miesiąca upały nie próżnują i nikt jeszcze nie powiedział, że do Dixie nie dołączą za chwilę i pożary lokalne. Złość na dymy Dixie, które w przedostatni dla naszych dzieciaków weekend przed odmarszem do szkoły pokrzyżowały wszystkim plany na ostatki wakacji, jest w istocie złością z obawy czy to nie zapowiedź jeszcze czegoś gorszego.

– Normalnie nie wierzę – zaesemesowała kuzynka, która kilka dni przyjechała do naszego miasta z małoletnimi dziećmi, szukając oddechu od pożarowych dymów właśnie.

Na co dzień mieszka w Bozeman w Montanie, gdzie świeże i czyste powietrze to taka sama „oczywistość” jak to, że jeszcze w czerwcu potrafi tam spaść śnieg, a piękne, choć króciutkie lato niemal idealnie wstrzeliwuje się w wakacyjne okienko szkolnej populacji. Już od września wracają ataki chłodu i pierwsze śnieżyce potrafią zaatakować nawet w pierwszych tygodniach szkoły.

Tak w każdym razie było dotąd. W tym roku wiosna zawitała do Montany już w marcu, a upalne lato przygniotło stan niczym duszący koc już z końcem maja, przynosząc ze sobą niespotykane tam w tych miesiącach suche, tropikalne powietrze i rekordowe temperatury. Gdy od czasu do czasu skarżyłam się Starszej, studiującej w Bozeman i zapisanej w tym roku na semestr letni, jak to dopiekały nam czerwcowe upały w Polsce, rewanżowała się własnymi screenshotami z danymi o stanie pogody i wygrywała. Niestety radość tych, którzy z euforią zacierali ręce na myśl o potencjalnie dłuższym w tym roku dla Montany sezonie outdoorsowym była przedwczesna. Na początku lata zaczęły się bowiem palić skrajnie wysuszone północno-zachodnie rubieże USA (Oregon), a przybywające stamtąd nad Montanę dymy w połączeniu z przesuszonym powietrzem, przełożyły się na rzadko tam oglądany pożarowy smog. Jednym słowem – przebywanie na świeżym powietrzu groziło zatruciem.

Szklanka zawsze może być pełna, pewnie więc powinniśmy się cieszyć, że w drodze do nas (9 godzin samochodem przez Wyoming) kuzynka „zdążyła” zaliczyć z dziećmi jeden udany dzień w parku wodnym, a wszystkim razem udało nam się zaraz po jej przyjeździe „wyskoczyć” na jedno popołudnie nad nasze lokalne jezioro. Z rozpędu zaplanowaliśmy „epic weekend”, ale cóż, natura zaplanowała inaczej. W weekendowy poranek nad Kolorado nadciągnęły „epic smokes”, które nie tylko zamknęły nas w domu, ale wygoniły do piwnicy po oczyszczacze powietrza. Kto nie wie, to informuję: w sobotę 7 sierpnia stan zanieczyszczenia powietrza w moim 200-tysięcznym mieście był najwyższy na świecie spośród wszystkich miast tej wielkości. Denver wskoczyło jednocześnie na pozycję lidera w tej samej kategorii, jeśli chodzi o metropolie ponadmilionowe.

– Co ci mam powiedzieć? – odesemesowałam kuzynce. – U nas też bunty i masakra.

Nie zwisała mi, co prawda, z ramienia dwójka małych, aktywnych chłopców, którzy na hasło „siedzimy w domu i proszę, załóżcie maseczki” zareagowali jak najbardziej prawidłowo – rykiem, ale i moje rodzicielskie wyzwanie tego poranka nie było lżejszego kalibru. Mniejsza bowiem najpierw rzuciła o podłogę kilkoma krzesłami, a potem zamknęła się w pokoju – też z rykiem! – oskarżając wszystkich dorosłych, w tym jak najbardziej własnych rodziców, o to, że przegraliśmy jej przyszłość w karty naszego zbiorowego hedonizmu, środowiskowej ignorancji i ekologicznego nicnieróbstwa.

Płonące, wysuszone na wiór zachodnie wybrzeże, zwłaszcza Kalifornia, gdzie ryzyko pożaru dodatkowo podnosi wszechobecność przestarzałej infrastruktury elektroenergetycznej (pożary wzniecają walące się ze starości słupy, czynnik ludzki tej tragedii rzeczywiście jest wielki) od tygodni są stałym tematem w mediach, w ostatnim tygodniu doszły jednak do tego raporty o stanie oceanów. Mniejsza, jak wszystkie dzisiejsze nastolatki, chłonie tego typu newsy z apetytem większym niż na ulubione lody. Ze wspomnianego dowiedziała się, że na kraju załamania właśnie znalazł się system cyrkulacji wód podpowierzchniowych Atlantyku (inne nazwy: globalny pas transmisyjny lub cyrkulacja termohalinowa) odpowiedzialny za „rodzaj” klimatu i stan pogody praktycznie dla wszystkich stref klimatycznych na całym świecie. Co to oznacza dla planety? Nie mniej, ni więcej tylko dalszą ekstremalizację zjawisk pogodowych – by najkrócej i najprościej opisać skutki tego zjawiska.

Jako rodzic czasów pandemii, mam wystarczająco na talerzu, by jeszcze dobierać sobie deserów z pater oferujących zatrute powietrze, powodzie, huragany i inne klęski żywiołowe. Rzekłabym, że moment, by „zawracać” sobie głowę zdrowiem planety jest najgorszy z możliwych. Wystarczy mi wyzwań na polu zdrowia człowieka. Drugim, po skażeniu powietrza, deja vu, które bynajmniej nie wywołuje we mnie dreszczy szczęścia jest bowiem w tej chwili kwestia początku roku szkolnego. Dowiaduję się, że oto mamy już nie tylko covida Deltę, ale i Lambdę, i Kappę, i kto wie ile mutacji jeszcze, a nad tym wszystkim trujące nie gorzej niż pożarowy smog, doniesienia o eskalujących statystykach dzieci walczących o życie pod respiratorami. Coraz to nowe wcielenia przekleńczo nam panującego koronawirusa nie są już bowiem dla najmłodszych tak łaskawe, jak na początku pandemii. Skutecznej broni, która by temu wszystkiemu zaradziła – okazuje się, że jednak nam brak.

Rok temu, po drakońskiej wiośnie spędzonej na lockdownie i lecie pod wspomnianym sztandarem zasłon z trujących dymów nad głowami, władze szkolne poinformowały nas, że dzieci nie wrócą jednak do szkoły. I zrobiły to trzy dni przed planowanym jej otwarciem. To, co nastąpiło potem – niemal rok nauki online, dokonał w młodych takiego spustoszenia, że nie mogę tego opisać inaczej niż po prostu „nóż w plecy”. Czytam, że już co trzeci Amerykanin stracił z powodu Covid kogoś z rodziny lub znajomych. W kręgu moich znajomych rodziców nastolatków absolutnie każdy z nas zna kogoś, lub jest nim sam, kto rozpaczliwie walczy o zdrowie psychiczne swego dziecka, wśród nich całkiem spora rzesza, która do pakietu rodzicielskich doświadczeń dorzuciła w ostatnim roku również to o nazwie: „odratowywanie dziecka z próby samobójczej”. Deja vu bezlitośnie dźga mnie w serce rodzicielskim lękiem na zapas.

Wyliczanki na nic, oczywiście, się nie zdadzą. Trzeba raczej pogodzić z faktem, że zapewne mamy do czynienia z czasami przełomu, kiedy to wyzwania czekają na człowieka absolutnie na każdym kroku i w każdym wymiarze. Praktyka odwracania głowy od problemów, zachowanie, w którym jako ludzkość doszliśmy w ostatnim stuleciu do wielkiej perfekcji, sprawi pewnie jedynie, że tylko będziemy sobie tę głowę rozbijać o kolejne kanty otaczającej nas rzeczywistości, dotąd raczej łagodne, teraz coraz większe i ostrzejsze.

– Rozumiemy twoją rozpacz, jesteśmy winni jak całe nasze pokolenie, ale twoja, nasza złość i rzucanie meblami niczego nie zmieni. Zmienić świat może nasza postawa, edukacja i małe kroczki, jakie zawsze można podjąć – zakomunikowaliśmy Mniejszej wraz z Mężem, gdy już przestała rozpaczać i zjawiła się z powrotem a dole.

– Co proponujecie? – zapytała wciąż mordując nas wzrokiem.

– Wyjazd do lasu. Mamy przeczucie, że tam będzie jednak czym oddychać. Poszukamy grzybów, a do tego pozbieramy śmieci. Tych nigdy tam nie brak.

Kuzynce i kuzynom również ta propozycja bardzo przypadła do gustu.

O dziwo, grzybów znaleźliśmy w lesie więcej niż cywilizacyjnych odpadków, co wprawiło wszystkich w jeszcze lepszy humor. Moc natury czy moc ludzkiego umysłu? Może obie te rzeczy jednocześnie. I choć skala była mikrusowa, rzecz rozgrywała się w malutkim gronie siedmiorga zaledwie istot, które nazywają się ludźmi, w jakiś sposób dało to nam poczucie nadziei, że przyszłość, mimo wszystko, może jednak nie wymknęła się nam tak do końca z rąk. I że jeszcze będzie pięknie. Nawet, jeśli już nigdy nie będzie „normalnie”, czyli tak jak do tej pory.