Już po wyborach

73
EPA

Wybory parlamentarne – zapowiadane przez wielu, że są najważniejszymi w wolnej Polsce – już za nami. By je ocenić, nie wystarczy jednak tylko spoglądać na słupki poparcia i liczbę zdobytych mandatów. Warto popatrzeć głębiej i wysnuć wnioski, które mogą pokazać nam, jak zarysuje się polski krajobraz polityczny w najbliższych latach.

Choć politycy rządzącej partii oficjalnie tego nie mówili, to większość liczyła, że poparcie dla Zjednoczonej Prawicy w zakończonych już wyborach sięgnie ponad 50 procent. Niektórzy mieli nawet nadzieję na większość konstytucyjną w Sejmie, czyli 307 na 460 miejsc w izbie niższej parlamentu. Powodem tak optymistycznych wizji były transfery finansowe dla Polaków, które otrzymali w ciągu ostatnich czterech lat, poczynając od 500 zł na pierwsze i kolejne dziecko do ukończenia 18. roku życia, 300 zł szkolnej wyprawki dla uczących się dzieci, trzynastej emerytury czy dodatku 500 złotych dla niepełnosprawnych dorosłych osób. W kampanii wyborczej politycy PiS przekonywali, że są gwarantem dalszego funkcjonowania wyżej wymienionych programów, a dojście opozycji do władzy może je zakończyć. Pomimo tego wynik, jaki osiągnęli, mimo że rekordowy, dla partii jest niezadowalający. Mówił o tym, zaraz po ogłoszeniu sondażowych wyników, prezes Jarosław Kaczyński. „Otrzymaliśmy dużo, ale zasługujemy na więcej” – skomentował polityk i zapewnił, że jego ugrupowanie zobowiąże się do przedstawienia kolejnych projektów i „przyjrzenia się potrzebom” tych grup społecznych, które nie poparły PiS. Słowa te wypowiedziane przez głównego stratega rządzącej partii mogą zwiastować zmianę podejścia w polityce i odejście od pomysłów dalszego rozwijania polityki, którą niektórzy nazywają “rozdawnictwem”. Skoro liczba transferów finansowych nie przekłada się na głosy, pójście dalej tą drogą może okazać się ślepą uliczką w następnych wyborach.
Pod znakiem zapytania stoi także to, kto będzie przewodził nowemu rządowi. Wydaje się, że największe szanse ma dotychczasowy premier Mateusz Morawiecki. Rzecznik rządu Piotr Mueller, spotykając się z dziennikarzami przed siedzibą PiS w Warszawie, przypomniał, że prezes Kaczyński już w trakcie kampanii zapowiadał, że kandydatem na premiera będzie Morawiecki. Rzecznik zapytany, kiedy poznamy skład rządu, odparł: “W ciągu dwóch tygodni, tak obstawiam, dwa-trzy tygodnie to wszystko zajmie, jak standardowo przy powołaniu rządu”. Dopytywany, czy wicepremierem może zostać lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro, odpowiedział, że zostanie to rozstrzygnięte przez PiS „niedługo”. “Dajcie państwo czas prezydentowi, żeby desygnował kandydata na premiera” – zaapelował.
O możliwy podział stanowisk po wyborach pytany był także ważny polityk PiS Joachim Brudziński, europoseł i wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości. “Jeżeli utrzymamy większość, to Mateusz Morawiecki w sposób oczywisty wydaje się naszym naturalnym kandydatem na premiera. Jest znakomitym premierem, ma niekwestionowane sukcesy. Dla mnie jest to oczywiste” – ocenił Brudziński.
Są jednak tacy, dla których ten wybór może wydać się mniej oczywisty. W tym gronie jest obecny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Już za pewnik można uznać jego awans na stanowisko wicepremiera. Powód jest prosty – jego partia Solidarna Polska, wchodząca w skład Zjednoczonej Prawicy, w ostatnich wyborach wprowadziła do Sejmu 17 posłów i dwóch senatorów. Podobny wynik osiągnęło Porozumienie Jarosława Gowina, które do Sejmu wprowadziło 18 posłów, a do Senatu także dwóch senatorów. Do tej pory tylko Gowin piastował stanowisko wicepremiera, teraz może się to zmienić. Ziobro, prócz wprowadzenia solidnej liczby posłów ze swojego ugrupowania, którzy stanowią o większości umożliwiającej rządzenie PiS-owi, ma jeszcze jeden ważny argument. W wyborach poparło go ponad 100 tysięcy osób, a Jarosława Gowina zaledwie niecałe 16 tysięcy. Jeśli tylko jeden z nich miałby zostać wicepremierem, będzie to zapewne Ziobro. Niewykluczone także, że w związku z konfliktem, który według nieoficjalnych informacji trwa między Ziobrą a Morawieckim, ten pierwszy, szachując swoją większością, doprowadzi do powrotu Beaty Szydło na stanowisko szefa rządu – to scenariusz absolutnie niewykluczony.
Prócz przetasowań w obozie rządzącym warto popatrzeć także na to, co dzieje się w partiach opozycyjnych. Do Sejmu po czterech latach niebytu wróciła lewica. Będzie zapewne chciała, by jej powrót był nie tylko efektywny, ale i efektowny. Można spodziewać się więc głośnych debat światopoglądowych i nacisków do ukłonów w stronę środowisk LGBT. Z kolei Konfederacja nie przepuści okazji, by pokazywać swoje podejście do spraw narodowych, które będą stawiane na pierwszym miejscu w takich kwestiach, jak choćby w przypadku roszczeń żydowskich do mienia bezspadkowego w Polsce.
Największa partia opozycyjna Platforma Obywatelska, która przegrała wybory do Sejmu, będzie wybierać w lutym swojego przewodniczącego i do tego czasu będą tam trwały zakulisowe wojny między zwolennikami dotychczasowego przewodniczącego Grzegorza Schetyny a jego kontrkandydatami. Oręż w tej walce zdobyła wysunięta na potencjalnego premiera Małgorzata Kidawa-Błońska, która w zakończonych wyborach parlamentarnych osiągnęła największe poparcie w Polsce, bijąc swojego szefa na głowę. To ona swoim wynikiem, ale i walką o przywództwo może przetrzeć sobie szlak do bitwy o Pałac Prezydencki.
Wybory prezydenckie w Polsce odbędą się już w 2020 roku. Jeśli opozycja chce myśleć o powrocie do władzy, kolejnym krokiem po przejęciu Senatu musi być zwycięstwo nad Andrzejem Dudą. Najważniejsze wybory od 30 lat być może odbędą się jednak dopiero… w przyszłym roku.