Kibice awanturnicy

233
Dzieci starają podczas meczów zachować zasady uczciwej rywalizacji sportowej, ale niestety ich rodzice-kibice nie dają im dobrego przykładu FOTO: PEXELS

Dzieci lubią, gdy ich wyczyny podziwiają rodzice, i często podkreślają, że obecność takich kibiców na widowni motywuje ich do większego wysiłku.

Jednak jeśli dzieciaki robią, co mogą, żeby zachować zasady uczciwej rywalizacji, to nie można tego powiedzieć o dorosłych, którzy wykrzykują obraźliwe epitety pod adresem sędziów i trenerów drużyny przeciwnej, a nawet rzucają się na nich z pięściami czy rzucają przedmiotami, które mają pod ręką. Akty napaści na arbitrów, których zatrudnia się do uczciwego sędziowania i utrzymania porządku na boisku czy parkiecie, nie należą do odosobnionych przypadków, przeciwnie, trafiają się z nadmierną częstotliwością, co spowodowało ich ucieczkę z tego typu imprez o 70 procent w ostatnich trzech latach, jak podaje Narodowe Stowarzyszenie Sędziów Sportowych. W rezultacie tego exodusu nastąpił drastyczny niedobór sędziów, co zmusiło ligi do odwołania wielu meczów i skrócenia sezonu.

Co stoi za tym, że rodzice na meczach swoich pociech zachowują się nagannie? Czy pozwoliliby sobie na to w miejscu pracy, w towarzystwie, w kościele?

Trudno ocenić, jakie czynniki decydują o tym, że słowne szyderstwa przeradzają się w czynną napaść. Najbardziej prawdopodobne to erozja szacunku do autorytetów i mentalne załamanie spowodowane pandemią. Nie brakuje też uzurpujących sobie większe prawa uprzywilejowanych rodziców, którzy wydają ciężkie pieniądze na to, aby ich dzieci grały w niezwykle konkurencyjnych ligach z nadzieją na otrzymanie stypendium sportowego najlepszych uniwersytetów.

W 2014 roku mieszkaniec florydzkiej Tampy Darryl Stidham, który prowadził drużynę bejsbolową Little Leauge, został poproszony o sędziowanie dwóch meczów. Zgodził się i od tego czasu regularnie sędziował spotkania młodzików na poziomie międzystanowym. W kwietniu br. porzucił ulubione zajęcie. Powód: przemoc ze strony rodziców i trenerów, a nawet graczy. O odejściu rozmyślał od dawna, ale czara goryczy przelała się, kiedy musiał ratować się ucieczką przed jednym z rozwścieczonych ojców, który doskoczył do niego krzycząc: „Twoją pracą jest przyjmowanie od nas zniewag”. Powodem tego zachowania wobec Stidhama było usunięcie przez niego z ławki trenera, który nie zgadzał się decyzjami sędziego i wykrzykiwał zniewagi pod adresem.

Stidham jest właścicielem dobrze prosperującej agencji ubezpieczeniowej, a za mecz otrzymywał skromne 45 dolarów, co ledwo wystarczało na pokrycie kosztów benzyny i kanapkę, więc nikt nie może powiedzieć, że sędziował dla zarobku.

W stanie Missisipi sędzia softballu (dziewczęca/kobieca wersja bejsbolu) otrzymała cios pięścią w twarz od kobiety w koszulce z napisem „Matka Roku”. W czasie meczu Małej Ligi w Denton w Teksasie sędziego głównego powalił na ziemię trener jednej z drużyn. W Georgii prowadzący spotkanie został pobity przez graczy – rany wymagały założenia trzydziestu szwów. W niedzielę wielkanocną arbiter w Thornton w Kolorado doznał obrażeń cielesnych. Filmik ze zdarzeniem wrzucono na Tik Toka, który obejrzało setki tysięcy widzów. Co więc należy zrobić, żeby wyeliminować nagminne przypadki brutalnych zachowań rodziców kibicujących swoim dzieciom? Ze względu na szkody, jakie powodują, czy nie należałoby wysyłać na mecze policjantów, bo sytuacja, kiedy wściekły ojciec wyciągnie spod koszuli pistolet i zacznie strzelać, wisi na włosku? Kto jednak miałby za obecność policji płacić? Pieniądze mogłyby pochodzić z budżetu miasta/gminy, jeżeli jednostkę administracyjną na to stać, bądź mogłyby być zbierane przez ligi organizujące rozgrywki. Dlaczego młodzieżowe zawody sportowe mają być pozbawione choćby minimalnej ochrony policyjnej, gdy inne imprezy, typu demonstracje, parady i różne uroczystości rocznicowe, mają ją zapewnioną? Może obecność stróża porządku odstraszy rodziców-kibiców od rękoczynów, które nie tylko wyrządzają ofiarom szkody cielesne, ale także wypaczają piękno sportowej rywalizacji młodych ludzi.