Kłamstwa aplikacyjne

858

Przyjęcia na studia to w Ameryce zawsze gorący temat, a zainteresowanych rozpala do czerwoności, gdy trwa proces wysyłania podań i podejmowania decyzji, którą uczelnię wybrać.

Obecnie jest na ustach wszystkich z innego powodu: skandalu związanego z przekupieniem i oszustwami na egzaminach, w który zamieszane są znane osobistości, w tym hollywoodzkie aktorki, finansiści, prawnicy i przedsiębiorcy.

Bogaci rodzice wydali 25 milionów dolarów na nieuczciwe firmy konsultacyjne przygotowujące kandydatów na studia, które podstawiały swoich ludzi na egzaminach SAT i ACT, przekupywały sprawdzających testy, którzy poprawiali odpowiedzi zdających, płacono także trenerom za przyjęcie do drużyn sportowych dzieci, którego sportu żadnego nie uprawiały. Pięćdziesiąt osób w sześciu stanach, w tym 33 rodziców i dziewięciu trenerów, zostało formalnie postawionych w stan oskarżenia. W większości przypadków uczniom nie przedstawiono żadnych zarzutów, gdyż nie uczestniczyli w procederze.

Skandal po raz kolejny pokazuje, że nie wszyscy mają równe szanse w dostaniu się na wymarzoną uczelnię. Mniej istotne są takie czynniki, jak zdolności, stopnie, ciężka praca, zaangażowanie społeczne, zainteresowania pozaszkolne. Liczą się przywileje, głównie dotacje finansowe na rzecz uczelni, i… przekupstwo odpowiednich osób. Jeżeli te praktyki mało były znane ogółowi, teraz zostały wyeksponowane z nawiązką.

Ale nie o tym chcę pisać, chcę przybliżyć powszechny proceder koloryzowania życiorysów uczniów, w celu zwiększenia ich szans przyjęcia w poczet studentów.

Wraz ze zwiększającą się konkurencyjnością dostania się na wybrany uniwersytet, kiedy najbardziej elitarne uczelnie przyjmują zaledwie 4-5 procent starających się, wzrasta presja wykazania się czymś szczególnym, czym nie mogą wykazać się inni. Ponieważ składający podanie ma obowiązek dołączyć esej na dowolny temat, możliwość ta jest przez nich wykorzystywana do opisywania chwytających za serce przeżyć, których doświadczyli w swoim krótkim życiu.

Nic nie sprzedaje się lepiej jak tragedia, więc uczniowie uśmiercają matki, które w kwiecie wieku wydały na ich oczach ostatni dech, pozbawiając ich nie tylko rodzicielskiej ręki, ale także środków do dalszej egzystencji, opłakują ojców, którzy z miłości do ojczyzny porzucili dobrze płatne stanowiska i dobrowolnie zgłosili się do armii, żeby zostać wysłanym do Afganistanu, gdzie zginęli w zasadzce zorganizowanej przez talibów.

Wyznają także, że w dzieciństwie byli bici, głodzeni i molestowani seksualnie przez rodziców, wujków, nauczycieli, trenerów i księży.
Jeden z administratorów pracujący w biurze przyjęć uznanego uniwersytetu, który prosił o nieujawnianie jego personaliów, powiedział mi, że jak się czyta eseje kandydatów, to odnosi się wrażenie, że prawie żaden nie miał normalnego dzieciństwa i okresu dorastania, nękały ich tylko nieszczęścia i tragedie.

Kandydat na studenta University of Pennsylvania do aplikacji dołączył poruszający esej o, jakże by inaczej, śmierci rodzicielki. Został przyjęty, choć nie wiadomo, czy dzięki wypracowaniu. Przed rozpoczęciem roku akademickiego ktoś z uczelni zadzwonił na domowy telefon świeżo upieczonego studenta. Słuchawkę podniosła jego matka, która żyła i miała się dobrze. Przyjęcie zostało cofnięte.

Ile takich i podobnych kłamstw zostaje wychwyconych przez przeglądających podania i eseje kandydatów? Niewiele. Dlaczego? Pracownicy uniwersyteccy zakładają, że to, co czytają, jest prawdą, więc nie asygnują ludzi do weryfikowania, bo jest to czasochłonne i kosztowne. Jeżeli wyłapują jakieś kłamstwa, to zwykle przez przypadek. Szukają niespójności faktów, czy wyniki testów odpowiadają stopniom, czy niektóre słowa i sformułowania bardziej przylegają do dorosłych niż do nastolatków? Czy pozaszkolne zajęcia, zwłaszcza wyniki sportowe, nie są zbyt dobre, żeby były prawdziwe?

Aby zminimalizować retuszowanie, ubarwianie, czy wręcz kłamanie w przedłożonych komisji rekrutacyjnej esejach, niektóre uniwersytety wymagają podpisania oświadczenia, że podaje się prawdę, pod groźbą oskarżenia prokuratorskiego, którego zwykle nie dochodzą.
Przykro słuchać o kłamstwach tworzonych przez młodych ludzi, a jeszcze bardziej o wymyślanych przez dorosłych. Głównymi winowajcami są oczywiście rodzice, którzy za wszelką cenę chcą zwiększyć szanse potomka dostania się na dobrą uczelnię  Ale w tym procederze nie tylko oni grają pierwsze skrzypce. Grają je konsultanci szkolni, pomagający uczniom w procesie aplikacyjnym. Nierzadko odpowiedzialność ponosi dyrekcja, która w ten sposób chce pokazać, że jest dobra, bo jej absolwenci dostają się na prestiżowe uniwersytety.

Kilka miesięcy temu głośno było o T.M Landry College Preparatory School w Luizjanie, w której fabrykowano eseje uczniów i ubarwiano ich życiorysy, żeby zdobyli miejsca na uznanych uczelniach. Takie jak ten przypadki nie zdarzają się zbyt często, ale pokazuje on, jak daleko posuwają się zainteresowani, żeby dopiąć swego. Rodzi też pytanie, co robić z kandydatem, który nie jest głównym winowajcą fałszerstw aplikacyjnych, choć jest ich beneficjentem?

Nie mam na to właściwej odpowiedzi, ale wiem, że każdy przyjęty, który dostaje się na studia dzięki nieuczciwym posunięciom, zabiera miejsce kandydatowi, który ma czyste ręce. I to boli, a gdy jest nim własne dziecko, boli jeszcze bardziej.