Kłamstwa z lśniącego miasta na wzgórzu

232
Foto: EPA

Pierwszy felieton w nowym roku poświęcę historii. Historii w życiu nigdy nie za dużo, zwłaszcza jeśli ta bieżąca szczególnie boleśnie wybija nas poza orbitę komfortu i zmusza do szukania odpowiedzi na pytania, którym pozwalaliśmy do tej pory leżeć odłogiem, by nie psuć sobie dobrego nastroju.

Większość czytelników na pewno doskonale kojarzy frazę „lśniące miasto na wzgórzu” – od angielskiego „a shining city upon the hill” – wyrażenie spopularyzowane przez Ronalda Reagana, a jednocześnie symbol Ameryki jako kraju wyjątkowego, lepszego od innych i świecącego przykładem dla reszty świata.

Narodowa mitologia utrzymuje przy tym, że wyjątkowość i ambicje przywódcze miała Ameryka w swych genach od zarania, gdyż powyższa fraza wyszła z ust już jej „najpierwszych” białych osadników. Nie było więc żadnym przypadkiem, że od początku budowana była roztropnie i z dalekowzrocznością, której efekty odczuwamy do dziś. Dowodem na to jest choćby żywotność tutejszej konstytucji. USA to w chwili obecnej bodaj jedyne państwo na świecie wciąż posługujące się konstytucją stworzoną przed setkami lat.

Wróćmy jednak do historii osławionej frazy. Jako pierwszy rzeczywiście użył jej przybysz-pielgrzym, dokładnie zaś John Winthrop, lider grupy osadników, która w 1630 r. zawinęła do brzegów w zatoce Massachusetts i dała zalążek dzisiejszemu Bostonowi. Niestety, z miejsca mamy poprawkę. Winthrop i s-ka nie byli pierwszymi Europejczykami po tej stronie świata. Istniały już wtedy osadnictwa w Jamestown oraz Plymouth uważane za „fundament” przyszłych Stanów Zjednoczonych, a co ciekawe protestanccy fundamentaliści pod wodzą Winthropa, którzy w istocie szukali dla siebie ustronia, by stworzyć mini-teokrację wedle własnych, wyśrubowanych standardów religijnych, postrzegani byli przez resztę ówczesnego światka białych kolonizatorów jako pozostający poza kolonizacyjnym mainstreamem.

Poprawka nr 2. Fraza o mieście na wzgórzu to w istocie cytat z Biblii, z ewangelii św. Mateusza, jednak w oryginale nikt nic nie mówi o żadnych blaskach. Słówko „lśniące” zostało tu wklejone dopiero przez Reagana. Do tego, jak dowodzi Van Engen w swojej najnowszej książce „City on a Hill: A History of American Exceptionalism” intencją Winthropa posiłkującego się w kazaniu metaforą o „mieście na wzgórzu” bynajmniej nie było świadome wylewanie fundamentów pod nową, wyjątkową nację w historii świata, a po prostu potrzeba wyczulenia swojej społeczności na wyzwania, jakie niesie ze sobą etykieta religijnych i społecznych outsiderów. Jako tacy, przestrzegał Winthrop, będą dla swoich sąsiadów widoczni niczym „miasto na wzgórzu”, tym ważniejsze więc staje się dla wszystkich mieszkańców przestrzeganie przyjętych norm i przepisów, by pokazać krytykom, że da się zorganizować wokół nich funkcjonalne życie społeczne.

I wreszcie poprawka nr 3, może najważniejsza. Kazanie Winthropa przeleżało w archiwach ponad 200 lat, nim historycy w ogóle zwrócili nań uwagę. Wzięli je pod lupę szukając materiałów nadających się na narzędzia państwotwórcze w okresie intensywnej ekspansji Ameryki na zachód (pierwsza połowa XIX w.). Potrzeba było jednak kolejnych stu lat, by historyk Perry Miller ogłosił, że symbolika użyta przez Winthropa to w istocie definiujący moment Ameryki jako państwa i narodu – i dowód na jej wyjątkowość właśnie.

Od tej pory wyrażenie przypuściło prawdziwy szturm na przestrzeń publicznego dyskursu w roli argumentu (i wymówki zarazem) na to, że jako wyjątkowe miejsce na mapie świata Ameryka ma prawo, wręcz obowiązek, światu przewodzić. Sięgnął poń JF Kennedy w swoim inauguracyjnym przemówieniu w 1961 r. I sięgnął – prokurując nowe reperkusje – Ronald Reagan, który upiększył od siebie Amerykę wspomnianym już „lśnieniem”. Proces domalowywania obrazkowi elementów, które się jego pierwotnemu autorowi nawet nie śniły, był zakończony. Podsumowując: jeden z najsłynniejszych ideowych symboli Ameryki to fabrykat wymyślony na potrzeby państwowej propagandy.

Co przywodzi nas z powrotem do kwestii pytań bez odpowiedzi, od których zaczęłam ten tekst. Czy napompowane wiarą w swoją wyjątkowość ego Ameryki ratuje ją czy gubi?

Zadam to pytanie także inaczej.

Ilu z państwa nie mieści się w głowie, że Ameryka stała się największą ofiarą koronawirusa? Gdy piszę te słowa liczba zgonów właśnie przekroczyła 350 tys., a ponoć to zaniżona statystyka i w istocie być może jest to nawet i pół miliona. Mamy najwyższą śmiertelność i najwyższą transmisyjność. Ameryka jest w chwili obecnej absolutnym wyjątkiem na tle reszty krajów wysokorozwiniętych i mocno zdystansowana przez wiele innych uważanych za dużo słabiej rozwinięte.

Mamy jednak przy tym najwyższy na tle reszty globu odsetek społeczeństwa przekonanego, że padliśmy ofiarą czyjegoś makabrycznego spisku, czy to depopulacyjnego w wykonaniu ekokomunistów czy finansowego zaaranżowanego przez światową finansjerę z Gatesem i Sorosem na czele. Komu nie mieści się w głowie, że można, w obliczu tylu już śmierci i cierpienia, wciąż szydzić z ludzi zakrywających twarz maseczkami lub rezygnujących z wyjazdów i urlopów w obawie o zdrowie własne i najbliższych? Przeświadczenie, że narodowi tak wyjątkowemu jak Amerykanie katastrofa na taką skalą po prostu przytrafić się nie mogła bez udziału jakiś tajemnych, wrogich sił, ma tu wiele, by nie rzec, wszystko, do powiedzenia. Ono jednocześnie sprawia, że Ameryka, na podobieństwo zbuntowanego kilkulatka odmawia spojrzeć w lustro i zobaczyć  w nim swoją twarz taką, jaka jest naprawdę: nie autoreklamy, lecz urojeń, które spychają ją coraz głębiej i głębiej w kryzys. Pandemia brutalnie obnażyła amerykańskie słabości i praktykę wypierania ze świadomości niewygodnych faktów jako antidotum na niepowodzenia, lecz przecież kryzys trwa nie od dzisiaj. Różnica polega na tym, że zdaje się, iż tym razem dotarliśmy do muru, nie mamy już więcej czasu, by odkładać odpowiedzi na trudne pytania.

Zatapiający nas kryzys jest niewyobrażalny, nie wiadomo już nawet na czym się skupiać, co ratować w pierwszej kolejności. Mój instynkt podpowiada mi, że powinniśmy ratować przyszłość, czyli nasze dzieci. To kłamstwo, że pandemia obeszła się z nimi łagodnie. My tylko dostajemy taki przekaz, by usprawiedliwić działania naszych „liderów” wciąż bredzących o amerykańskiej wyjątkowości definiowanej przez ekonomiczne statystyki i polityczne przepychanki koło sterów władzy. Jestem matką dziecka, które przeszło covid i pół roku od choroby wciąż nie doszło do siebie – nie daje rady normalnie funkcjonować, ani się uczyć. Takich dzieci są setki tysięcy. Dzieci, które zapłaciły i płacą dalej straszliwą cenę za rojenia tutejszych włodarzy. Dzieci do tego często odcięte od pomocy i od leczenia ze względu na ich koszt. Pozamykane za to w rodzinach kipiących przemocą i dewastowanych biedą, zapadające się więc coraz bardziej w czarne dziury swoich depresji, lęków i rezygnacji. Znajoma Amerykanka, również matka nieletniego ozdrowieńca, który po dziś dzień nie funkcjonuje normalnie powiedziała mi  wprost: – Gdyby koronawirus zabijał dzieci tak jak starszych, a nie tylko je „okaleczał”, może bylibyśmy teraz w zupełnie innym miejscu. Może to by otrzeźwiło koronasceptyków, ustawiło nam narodowe priorytety. Może szkoda, że nie zabija, może wtedy byśmy się ocalili? Nie ma silnych, przecież musi w końcu iść ku lepszemu! – tego  się trzymamy wchodząc w nowy rok. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że lśniąca fasada odpadła od miasta na wzgórzu na dobre.  Zostało to, co zostało: rozlatujący się środek teraz już wystawiony na widok całego świata. Jeśli faktycznie ma być lepiej trzeba się nim zająć. Zaakceptować jego faktyczny stan i zacząć remont.