Koegzystencja dla przyszłości

144
Kolejna karawana złożona z tysięcy mieszkańców Ameryki Centralnej przekracza rzekę Suchiate, by wejść na teren Meksyku, przez który zamierza dostać się do Stanów Zjednoczonych FOTO: EPA

Jedziemy do szkoły, ruch na ulicy jak zawsze koszmarny, cztery pasy narodu zderzak przy zderzaku i co najmniej 99,9 procent kierowców już w jakiś sposób gdzieś spóźniona, więc z włączonym trybem kombinuję. Oznacza to skręcanie na czerwonym, zajeżdżanie drogi na widok większego odstępu między autami lub nieoczekiwane zmiany pasów, oczywiście bez włączania sygnalizacji.

Trzeba mieć oczy dookoła głowy i nerwy na wodzy, żeby przeżyć.
– Mamo, jak ja wyglądam?!
– Normalnie.
– Ale ty na mnie nie patrzysz! – rzuca oskarżenie Młodsza.
– Jak zacznę patrzeć na ciebie, a nie przed siebie, to za chwilę zamiast do szkoły będziemy jechały na lawecie na złomowisko – wyjaśniam.
Stanęłyśmy na czerwonym, w końcu patrzę. Młodsza ma w jednym ręku korektor, w drugim grzebień.
– Ten korektor jest straszny. Czerwienieje mi od niego skóra. Nie mam żadnego korektora. Nie mogę tak iść do szkoły. Czy masz w samochodzie jakiś inny korektor? Dlaczego u ciebie w samochodzie nigdy nic nie ma? Dlaczego ja w ogóle muszę używać korektora? I dlaczego moje włosy w ogóle się nie błyszczą? Dlaczego ja nie mam tak jak powinnam?
O lala.
– A co to znaczy mieć jak powinnaś? – ryzykuję cichutko ripostę.
– Już ty wiesz co!
Wiem. Wychowuję nastolatkę numer dwa, choć więc jest to znów przejażdżka kolejką górską nad przepaścią, tyle dobrego, że cały wachlarz sytuacji, postaw, opinii i reakcji, w tym zwłaszcza tych, gdzie pojawia się kontestacja zastanego świata, już znam.
– Wyglądasz dobrze, ale zapiszę cię na wizytę do dermatologa, na pewno coś poradzi.
– Nic nie poradzi! Nic mi nie da i w ogóle ja już w nic nie wierzę. Tylko dlaczego ja tak mam, a inni nie?
Inni mają dużo gorzej, odpowiadam, oczywiście tylko w myślach. W zaciszu domowych ścian (nie wiem jak to jest poza domem) Młodsza potrafi być empatyczna, myśli logicznie i przyjmuje całkiem racjonalną postawę wobec faktu, że światem rządzi różnorodność.
Nikt mi jeszcze nie wyjaśnił zadowalająco, jak to działa, że nawet najbardziej racjonalny nastolatek w grupie rówieśniczej wyłącza część swego mózgu i zaczyna myśleć kategoriami większości, dążyć do osiągnięcia tego samego wyniku co inni i szczerze wierzyć, że właśnie ten wynik powinien być i jego priorytetem. Oraz odczuwać z tego powodu realną, bolesną presję.
Nie odkryję nowego lądu postulując, że młodzi mają dziś trudniej, niż miało jakiekolwiek pokolenie przed nimi, bo presja idzie nie tylko od rówieśników, z którymi wchodzą w interakcje face a face, ale, oczywiście, także z niezliczonej ilości kanałów medialnych za pośrednictwem cyberprzestrzeni.

Mam bujną wyobraźnię, która lubi wymykać mi się spod kontroli, gdy więc docieramy pod szkołę, do krawężnika, przy którym trwa nieustanna rotacja aut, a z nich, niczym strumień ludzkiej wody, wypływa na zewnątrz młodzież, wyobrażam sobie, że oto jest wokół mnie cały świat w pigułce. Jest w tym sens.
Ponad połowa mieszkańców naszego globu to faktycznie ludzie poniżej 20. roku życia. Zdecydowana większość z dostępem do internetu, a więc z szeroko otwartym oknem, przez które widać, co robią i posiadają, jak pracują i jakie dostają szanse i możliwości od losu oraz gospodarczej koniunktury swych krajów i kontynentów inni. Odczuwają zazdrość. Odczuwają presję. Odczuwają złość. I przede wszystkim występują jako grupa, głoszą grupowe sądy i wartości. W grupie własny rozsądek ulega wyłączeniu, w najlepszym razie wyciszeniu.
Wpadła mi w ręce śmieszna opowiastka o zdeterminowanym fakirze, który przyleciał do Ikei w Paryżu, by nabyć łóżko wybijane gwoździami. Autor powieści Romain Puértolas z rozmysłem tworzy komedię pomyłek, więc czytelnik towarzyszy dobrodusznemu Indusowi w podróży przez Europę. W pewnym momencie biedny Indus jedzie zamknięty w szafie na przyczepie ciężarówki Eurotunelem do Wielkiej Brytanii. Jest z nim szóstka nielegalnych imigrantów z Afryki, którzy też na tej przyczepie wylądowali, z tym, że w przeciwieństwie do fakira wniesionego tam przez nieświadomych jego obecności w szafie tragarzy, Sudańczycy zostali w przyczepie zainstalowani przez zawodowego przemytnika ludzi. Czas ich opowieści o tym, jak i dlaczego znaleźli się w Europie, stanowi odstęp od komediowej fabuły. Puértolas oddaje w tym momencie głos ludziom, którzy sami o sobie mówią iż „urodzili się po niewłaściwej stronie Morza Śródziemnego”, lecz, że mają tego świadomość, musieliby być głupcami bez ambicji, by nie spróbować ten stan rzeczy zmienić.

Nierówności między ludźmi definiowały nasz świat od jego zarania. W każdym momencie ludzkiej cywilizacji istniały ośrodki, państwa i całe połacie kontynentów żyjące w większym dostatku i wygodzie niż inne. Do niedawna jednak dostęp do wiedzy, gdzie i komu żyje się lepiej czy gorzej, posiadała relatywnie niewielka grupa ludzi: podróżnicy oraz czytelnicy prasy i książek. Przekaz telewizyjny pojawił się zaledwie 80 lat temu. Możemy się oburzać, że młodzi Afrykańczycy i Honduranie (właśnie formuje się kolejna karawana złożona z tysięcy mieszkańców Ameryki Centralnej) przypuszczają szturm na granice Europy i USA, bo nagle wydaje im się, że należy im się tak samo dostatnie i wygodne życie, co mieszkańcom Europy i USA. Zastanawiamy się, dlaczego nagle gotowi są tak masowo rezygnować ze swoich rodzin, domów, kultury. Przecież, w porównaniu z naszym standardami, żyli w swojej biedzie przez tysiąclecia! I nie nazywali nawet tego biedą. Czy nie mogliby dalej zadowalać się tym, co mają?
W prymitywnych (określenie Młodszej) czasach mojej młodości też cierpieliśmy na wypryski skórne i nosiliśmy włosy, które nie błyszczały. Nikt nie słyszał o korektorze ani o kosmetykach zdolnych najbardziej matowym włosom nadać połysk wypolerowanego srebra. Jednak nigdzie wokół nie widzieliśmy ani korektorów, ani nabłyszczaczy, spokojnie akceptowaliśmy więc swój wygląd, tym bardziej że nietuszowane wypryski i matowe włosy nosiliśmy wszyscy, bez wyjątku.
Wracając do sprawy migracji. Nieważne, czy jako ludzkość powiedzieliśmy „A”– uruchomiliśmy machinę, która sprokurowała ruchy migracyjne w ich dzisiejszym wydaniu – świadomie czy nieświadomie. Czy zadaliśmy sobie, czy nie, trud refleksji, jak wynalazki technologii przełożą się na ludzkie zachowanie i świadomość. Czy to się nam podoba, czy nie, musimy teraz powiedzieć „B”. Paradoks sytuacji polega na tym, że jeśli tego nie zrobimy, zrobi to za nas ktoś inny. Tylko że wtedy możemy nie mieć żadnego wpływu na to, czym owo „B” będzie. Z „B”, które by odpowiadało naszym interesom, może nie mieć nic wspólnego.

Migracja mas ludzkich, zwłaszcza młodych ludzi, pod granice bogatych państw i kontynentów stała się faktem, którego nie zmienimy. To, co my uważamy w obliczu tego kryzysu za racjonalne i wykonalne, ma takie same szanse trafić na podatny grunt myślowy u migrujących mas, co u naszych nastolatków. Tak jak nastolatki, one też bowiem „wiedzą swoje”, a poczucie niesprawiedliwego rozdania kart bierze górę nad wszystkim innym. Metoda kontroli oraz odpychania owych mas za pomocą murów, karabinów i deportacji – obecna forma wypowiadania przez nas „B” – z uporem maniaka nie chce przynieść oczekiwanych efektów.
Ilu najbardziej liczących się przywódców świata zachowuje się jak mądry rodzic i inwestuje w rozwiązania, które będą najlepsze i dla nastolatka, i dla rodzica? Ja zaraz po szkole zabrałam Młodszą do drogerii, gdzie wybrała dwa nowe korektory, oba włożyłyśmy do schowka na rękawiczki. Ponadto włożyłyśmy tam: dwie szczotki do włosów, gumki, dezodorant, parę skarpet i bielizny, nożyczki, wodę, owsiane batoniki i przybornik do szycia. Wszystko w pudełku, który Młodsza nazwała: pomocnik-awaryjnik. Koegzystencja z Młodszą w moim aucie powinna odtąd przebiegać bardziej harmonijnie.
Ale co z koegzystencją ludzkości?