Komedia na Ukrainie

132
EPA

Tuż za wschodnią granicą Polski, w kraju, w którym oficjalnie toczy się konflikt zbrojny, wybory prezydenckie wygrał aktor komediowy. To nie część scenariusza serialowego, a realna sytuacja, która wydarzyła się w ostatni weekend na Ukrainie. Obywatele tego państwa wybrali na swego przywódcę osobę bez politycznego doświadczenia, za to z osiągnięciami aktorskimi. Czy to początek końca Ukrainy, czy może szansa na jej odnowę?

Nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski wszedł do ukraińskiej polityki niedawno. Popularność zdobył dzięki występom komediowym i serialowi „Sługa narodu”, w którym grał rolę zwykłego obywatela, który zostaje prezydentem Ukrainy. W kampanii unikał spotkań z mediami i nie przedstawił jasnego programu wyborczego. Ostatecznie Zełenski otrzymał ponad 70 procent głosów w drugiej, decydującej turze wyborów. Jego kontrkandydat, starający się o reelekcję prezydent Petro Poroszenko, uzyskał około 25 procent. Po ogłoszeniu danych exit poll Wołodymyr Zełenski dziękował wyborcom, rodzinie oraz ludziom ze swego sztabu, wojskowym, ale przede wszystkim Ukraińcom, którzy wzięli udział w wyborach – zarówno tym, którzy na niego głosowali, i tym, którzy dokonali innego wyboru. Wołodymyr Zełenski obiecał Ukraińcom, że nigdy ich nie zawiedzie. Zaznaczył też, że dopóki jeszcze nie jest oficjalnie prezydentem, chce zwrócić się do wszystkich obywateli krajów byłego Związku Radzieckiego. „Popatrzcie na nas. Wszystko jest możliwe” – stwierdził w siedzibie swego sztabu wyborczego.

Petro Poroszenko uznał swoją porażkę i pogratulował nowemu prezydentowi elektowi. Jak mówił, „zostaje w polityce i będzie walczył o Ukrainę, a on i jego ekipa muszą bronić osiągnięć, które wspólnie z ukraińskim narodem udało się wywalczyć w nadzwyczaj trudnych warunkach”. „Musimy bronić europejskiej i euroatlantyckiej strategii. Bo są to pryncypia i cele, o które walczyliśmy przez ostatnie 5 lat, a które obecnie niestety są zagrożone” – podkreślił Poroszenko, który rozpoczął swoją prezydenturę w 2014 roku, po zwycięstwie Rewolucji Godności i po rosyjskiej agresji na Krymie i w Donbasie. Uzyskał wówczas w wyborach ponad 50 procent poparcia. Za jego prezydentury wzmocniono ukraińską armię, rozpoczęto też wiele reform. Krytycy Petra Poroszenki zarzucają mu jednak, że tolerował układy korupcyjne, również w swoim najbliższym otoczeniu.

Od kilku dni wielu ludzi, także i w Polsce, zadaje sobie pytanie, jaka będzie przyszłość Ukrainy i jak będzie wyglądał stosunek nowego prezydenta do przywódcy Rosji Władimira Putina. Do tej pory Zełenski o stosunkach z Rosją, mimo toczącego się konfliktu zbrojnego i aneksji Krymu, wypowiadał się zdawkowo, zresztą jak o wszystkim. Na koniec kampanii w jedynej debacie pomiędzy kandydatami Zełenski nazwał rosyjskich najemników walczących na wschodzie Ukrainy “powstańcami z Donbasu”, sugerując, że to Ukraińcy walczą z Ukraińcami, a więc w kraju jest raczej wojna domowa niż konflikt zbrojny z innym krajem. Oficjalnie na Ukrainie prorosyjscy bojówkarze określani są mianem terrorystów i rosyjskich najemników. Zełenski podczas debaty na kijowskim stadionie olimpijskim zasugerował, że w racjach żywnościowych prorosyjskich oddziałów w Donbasie znajdują się słodycze z ukraińskich fabryk Roshen, której właścicielem jest były prezydent Ukrainy. „Czy to prawda, że cukierki Roshen są dawane powstańcom z Ługańskiej i Donieckiej Republik Ludowych?” – zapytał swego rywala. Poroszenko odniósł się do tej wypowiedzi później, podczas debaty w telewizji publicznej, na którą Zełenski nie przyszedł. Ukraiński prezydent nazwał słowa swego kontrkandydata przerażającymi. Jak zaznaczył, termin „powstańcy DNR” oznacza, że na terytorium Ukrainy nie ma Rosji i że Ukraińcy walczą między sobą w wojnie domowej. Jak ocenił, jest to totalna niekompetencja albo świadome wykorzystanie rosyjskiego dyskursu. „Panie Zełenski, u nas nie ma powstańców. U nas jest rosyjska agresja” – podkreślił Poroszenko. Niepokojące są także słowa rosyjskiego premiera Dmitrija Miedwiediewa, który komentując wybory na Ukrainie, oświadczył, że istnieje szansa na poprawę stosunków tego kraju z Rosją. Ocenił, że wymaga to „pragmatycznego podejścia”, uwzględniającego „realia polityczne” na wschodzie Ukrainy.

Ukraina to niepodległy kraj, w którym obywatele podejmują demokratycznie decyzje. Problem w tym, że to, co się dzieje w tym kraju, ma olbrzymie znaczenie dla tego, co dzieje się w Polsce i innych krajach graniczących z Ukrainą. Stwierdzenie rosyjskiego premiera o “pragmatycznym podejściu” brzmi co najmniej niebezpiecznie. Z pragmatyzmu Rosja zajęła Krym, teraz może pójść o krok dalej i realistycznie oceniając możliwości może porozumieć się z nowym ukraińskim prezydentem i połączyć się w jeden związek. Coś, co do tej pory było komediowym scenariuszem, dziś stało się realnym zagrożeniem. Komedia, ale jakoś śmiać się nie chce.