Koniec naszego świata

1
Gigantyczne pożary niszczą od 6 miesięcy Australię FOTO: EPA

„Innego końca świata nie będzie” – pisał Czesław Miłosz. Koniec naszego świata nie będzie wyglądał tak, jak jest to przedstawiane w filmach science fiction. Nie będzie to katastrofa jednego dnia, ale proces, w którym już właśnie bierzemy udział. Aż któregoś dnia w najlepszym wypadku będziemy się dusić z braku tlenu na wielkim wysypisku śmieci. Naszych śmieci.

Zastanawiam się, dlaczego tak naprawdę nic nie robimy, tylko pozorujemy działania? Na konferencji w Davos politycy są pouczani przez multimilionerów, jak produkować więcej, szybciej, taniej… W Europie przywódcy porozumieli się w Brukseli w sprawie osiągnięcia przez UE neutralności klimatycznej do 2050 r., ale „Polska uzyskała zwolnienie z zasady zastosowania neutralności klimatycznej w 2050 roku”. Blokujące wraz z Polską pół roku temu neutralność klimatyczną Węgry i Czechy tym razem zgodziły się na ten cel. My nie. My będziemy dumnie dokładać swoje węglowe cegły do katastrofy ekologicznej. Przecież nas to nie dotyczy! Taka choćby Australia węglem stoi, wydobywa go i eksportuje po wielokroć więcej niż my, i co? To Polacy mają zamykać kopalnie? Oooo! Co to, to nie, prawda?

Tylko Australia już płonie! Po Indonezji, Amazonii, Syberii, Kongu gigantyczne pożary niszczą od 6 miesięcy najmłodszy kontynent. Ogromna chmura dymu dotarła już nawet do odległej Nowej Zelandii, a jej powierzchnia jest równa wielkością Europie! Zginęło ponad pół miliarda zwierząt, a ile jeszcze pochłonie żywioł? Jeśli nie przebudujemy podejścia do wielkich zasobów przyrodniczych Ziemi na poziomie polityki międzynarodowej, to w ciągu kilkunastu lat utracimy bezpowrotnie nasze płuca. To więcej niż zagrożenie ekologiczne – to zagrożenie egzystencjalne, a my jak dzieci droczymy się, że nie do 2050, a może raczej do 2070 uda nam się osiągnąć neutralność pod względem emisji CO2. Tylko prawda jest taka, że ogólne modele klimatyczne, które prezentowano w 2018 r. na szczycie klimatycznym ONZ, nie gdzie indziej, ale w Polsce właśnie przewidują, że wzrost globalnej temperatury o dwa stopnie Celsjusza zagrozi życiu setek milionów ludzi, a tyle możemy osiągnąć jeszcze przed kluczowym 2050, biorąc pod uwagę narastającą dynamikę zmian. Naukowcy zapowiadają, że jeśli rządy na całym świecie nadal będą tylko pozorować zmiany lub wprowadzać je tak powolnymi krokami jak dotychczas, to doprowadzimy do nieodwracalnych zmian. Susze, powodzie i pożary traw, buszu i lasów wymkną się spod kontroli. Około jedna trzecia lądu na świecie stanie się pustynią, część zostanie też zatopiona w skutek podniesienia się wód po stopieniu lodowców. Bezpowrotnie będą zanikać kolejne ekosystemy: rafy koralowe, dżungle, puszcze, arktyczne pokrywy. W ślad za nimi pójdzie oczywiście rolnictwo. Zniszczenie upraw, farm oraz pastwisk wygoni z domów miliard ludzi, którzy w poszukiwaniu zdatnych do życia warunków zaleją inne regiony. Upadną przemysł i handel. Rosnące dysproporcje społeczne oraz próby forsowania granic w poszukiwaniu szansy na ratunek doprowadzą do konfliktów, mordów, wojen.

Czy nam się to podoba, czy nie, jedynym sposobem na uniknięcie ziszczenia się takiej wizji niedalekiej przecież przyszłości jest wspólne wzięcie się przez nas samych poważnie do roboty! Rządy i wprowadzenie radykalnych zmian to jedno, ale my musimy uświadomić sobie, że cywilizacyjne beztroskie wakacje się skończyły! Zacznijmy od siebie. Musimy się nauczyć kupować mniej rzeczy. Zacznijmy od tego. Takie spóźnione postanowienie na nowy rok. To niby mało, ale to ogromny krok. Ogromny! I każdy z nas na tym zyska. Odwiecznym prawem natury jest to, że gatunki przeżywają swoją dominację i upadek. Przerażające, że ten upadek jest tak bliski!