Korporacyjny Wielki Brat

624
Pandemia, która zmusiła wielu ludzi do pracy z domu, dała firmom szersze pole do podglądania pracowników i wykorzystywania tego do swoich celów FOTO: PEXELS.COM

Monitorowanie, często określane podglądaniem, jest dziś tak powszechne, jak nigdy wcześniej. Dobrze to czy źle? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.

Wszechobecne, wychwytujące każdy centymetr publicznej i prywatnej przestrzeni kamery śledzą nasze ruchy, co można odbierać jako ingerencję w naszą prywatność, a co najmniej pozbawienie anonimowości. Wkradanie się Wielkiego Brata do naszego życia nie wszystkim przeszkadza i nie wszyscy widzą w nim zagrożenie. Mówią, że to nic złego, niech sobie będzie, przynosi nawet korzyści, bo pozwala na szybsze złapanie przestępców, uchwyconych na klatkach filmowych. Policja przyklaskuje temu narzędziu, bo ułatwia ono jej pracę i zwiększa jej efektywność.
Ja jednak mam z tym problem właśnie z powodu „trzymania łapy” nad ludźmi, czego doświadczaliśmy za rządów komunistycznych. Ale nie ten temat chcę tu poruszyć – dotknę kontrolowania pracowników przez pracodawców, które w czasie pandemii koronawirusa uaktywniło się na szeroką skalę i rozwija się w najlepsze.

Przez ostatnie miesiące większość z nas pracuje z domu, jeżeli charakter naszego zatrudnienia pozwala na taką możliwość. Gdy używamy łącza z firmowym serwerem, każde stuknięcie w klawisz komputera, poruszenie myszką, otwarcie listu elektronicznego, wejście na tę czy inną stronę internetową jest rejestrowane, do którego właściciel ma pełny wgląd. Tylko od jego widzimisię zależy, czy wykorzystywać to przeciwko pracownikom, którzy używają jego urządzenia do prywatnych celów. I wykorzystują.
Niedawne badania firmy Gartner, zajmującej się studiami opinii publicznej, wykazały, że w pierwszych ośmiu tygodniach pandemii nastąpił 16-procentowy wzrost sprzedaży oprogramowania komputerowego, przeznaczonego do zdalnego kontrolowania pracowników.
Zapewne w gronie ich nabywców znalazł się szef agencji reklamowej, w której pracuje mój kolega. Na rutynowym zebraniu firmy, odbywającym się za pomocą Zooma, powiedział pracownikom, żeby nie dokonywali zakupów sprzętu kempingowego w godzinach pracy. Kolega od razu wiedział, że zwracał się do niego, bo parę dni wcześniej zamówił przez internet menażki, kuchenkę gazową, dmuchany materac i płachtę biwakową.
Gdy mi się skarżył na wścibstwo szefa, spytałem, czy koniecznie musiał dokonywać zakupów korzystając ze służbowego komputera? Nie musiał, nawet nie pomyślał, że może mieć w związku z tym jakieś kłopoty, po prostu tak mu było wygodniej. Za wygody się płaci – skwitowałem.
Zawsze mnie dziwi infantylność ludzkich zachowań, szczególnie osób inteligentnych i wykształconych. Wszędzie wokół słychać o kontrolowaniu pracowników siedzących przed ekranem komputera, ale jakoś do wielu z nich to nie dociera. Od dawna podejrzewałem, że taka praktyka może mieć miejsce w moim biurze i dlatego nie używam służbowego urządzenia do prywatnych celów. Nie chcę jednak powiedzieć, że przez cały dzień nie sięgam po swoją komórkę. Jak najbardziej. Mając wi-fi, mogę pogrzebać w sieci, wysłać list elektroniczny czy przeczytać krótki artykuł, nic nie tracąc z miesięcznej dawki korzystania z internetu. Może wolniej wbija się litery, ale przynajmniej mam pewność, że to, co robię, nie znajdzie się w rękach szefostwa.

Pandemia, która zmusiła wielu ludzi do pracy z domu, jednym dała wygodę (siedzenie w dolnej części pidżamy) i zaoszczędziła czas na dojazd i jego koszty, innym zabrała niezastąpione doświadczenie działania w zespole, od którego można się wiele nauczyć. Firmom dała szersze pole do podglądania pracowników i wykorzystywania tego do swoich celów.
Mając w osobistych kartotekach ich nazwisko, adres, wiek, stan cywilny, liczbę dzieci, wykształcenie, zainteresowania, zarobki, liczbę godzin pracy, teraz, dzięki łączom wideo, dorzucą informacje, jak wygląda ich mieszkanie lub dom, czy mają domowe zwierzęta, czy mieszkają z nimi starzejący się rodzice, a jeżeli korzystają ze służbowego komputera, czy prywatnego podłączonego do owego za pomocą wirtualnej prywatnej sieci (VPN), mogą się dowiedzieć, jakie kupują artykuły spożywcze, lekarstwa czy uprawiają jogę itp. Jeżeli pracownik korzysta z oferowanego przez firmę ubezpieczenia zdrowotnego, to kolejna porcja informacji trafia w ręce pracodawcy.
Ktoś spyta, do czego je wykorzystują? Używając algorytmów, firmy mogą decydować, do jakich zespołów przydzielać pracowników, czy planują potomstwo lub do ważnego projektu asygnować kogoś innego, ponieważ ten może mieć kłopoty życiowe, które destrukcyjnie będą wpływały na jego pracę.
Co się stanie, gdy algorytmy odkryją, że ludzie pijący whisky, a nie wino, czytający „Wall Street Journal”, a nie „New York Timesa”, grający w golfa, a nie w tenisa, są naturalnymi liderami i ich należy awansować? Czy nie będzie to oznaczało, że ci drudzy to nieudacznicy i nie należy dawać im szansy pomimo dobrych wyników w pracy?
Nie martwię się o siebie, martwię się o młodzież, przed którą przyszłość nie mieni się różowo, bo podgląd szefostwa będzie jeszcze bardziej inwazyjny niż jest obecnie. Witamy w świecie korporacyjnego Wielkiego Brata.