Kotwice

0
5

Nigdy wcześniej nie myszkowałam po samochodzie po wypadku. Zdumiało mnie dogłębnie, gdy brodaty pracownik pozostawił mnie bez słowa i całkiem samą na parkingu dla skasowanych aut. Nie o pytania ani nie o wyjaśnienia mi chodziło. Auto córki przyholował tu po wypadku nie on, a jego współpracownik. Co więc mógłby mi powiedzieć, czego jeszcze nie wiedziałam?

Ale przynajmniej jakaś rada? Przestroga? Na przykład: co zrobić, by strzaskana szyba, przykrywająca w tym momencie deskę rozdzielczą na kształt osobliwej serwety, nie obsunęła mi się na głowę, gdy będę na czworakach przeczesywać podłogę pod siedzeniami? Może najpierw powinnam ją zabezpieczyć jakąś specjalną taśmą? Czy pana firma nie wyposaża klientów w taką taśmę, panie brodaty? A jeśli się pokaleczę? Jeśli przy wyciąganiu buta czy książki spod zmiażdżonego fotela obsunie mi się na głowę jakiś obluzowany element? Jeśli doznam załamania psychicznego, zasłabnę, zemdleję – nic pan na taką okoliczność nie przewiduje? Złamanego bandażyka, plastra, soli trzeźwiących?

– Tylko pani śmieci na zewnątrz nie zostawia. Czego nie bierze, to z powrotem do środka. A brać, niech bierze wszystko, ja co chciałem, to już se wziąłem. Reszta na blachę idzie, więc. No! – To było wszystko co od niego usłyszałam i to jeszcze w biurze, przed odjazdem na parking.
Może dostrzegł w moich oczach coś, co go uspokoiło, że nie doznam załamania psychicznego, nie zasłabnę i nie zemdleję? Wiotkość mojej postury, dodatkowo zwiotczona przez kilka ostatnich dni na skutek zaciśniętego z nieustającej niewiary wymieszanej z szokiem i bólem jadłowstrętu, uspokoiła go, że w razie rozsypujących się w pobliżu szyb, spadających na głowę części, umknę. Wyślizgnę się z każdego pokiereszowanego wraka jak wąż. Stawię czoło temu wyzwaniu, bo jestem matką.

Jest plecak z książkami. Córka była taka dumna, że udało jej się kupić używane. Podręczniki akademickie kosztują krocie.
Są szalik, spodnie, bluzki, ale tylko jeden kapeć.

Są czekoladki rozgniecione na tylnej wycieraczce, jakby ktoś nastąpił na nie butem.
I buty są. Całe. Tylko końcówki sznurówek posiekane jak nożem.

Schowek z przodu, o dziwo, nie tknięty paluchem destrukcji. Tam: zdjęcia, szminka, spinki do włosów i elegancki długopis z wygrawerowanym imieniem, prezent na zakończenie liceum. Po przyjęciu, wieczorem oglądałam ten długopis i zastanawiałam się: co go czeka? Błyszczał, o jak on ślicznie błyszczał w promieniach zachodzącego słońca! Miałam serce pełne dumy i ulgi, choć, oczywiście, także strachu. Ale był to strach wymieszany z ciekawością. Z rodzaju, który dodaje sił. Dodawał mi wtedy sił.

Strach, który czuję dzisiaj, dusi mnie i odbiera oddech. Nie wiem, skąd wzięłam siły na to, by wyjąć, wyciągnąć, oczyścić i przenieść każdą znalezioną rzecz do mojego własnego auta. Czarne worki wypełnione atrybutami życia mojego córki z ostatnich miesięcy. Skrupulatnie i cierpliwie, jak tylko matka potrafi, wysupływać z zakamarków każdy jeden po kolei – łyżeczkę do herbaty i gumkę do włosów – o ile tylko mogły się jeszcze do czegoś „nadać”, miały jakieś znaczenie. A przecież potrzebowałam tej siły całkiem sporo. Ta osobliwa akcja zajęła mi prawie dwie godziny. Dodatkowe cztery na jazdę w tę i z powrotem na parking firmy holownicznej. Do wypadku doszło dwie godziny drogi od naszego miasta. Myślę, że w istocie to nie była siła, a słabość. Mam jej w nadmiarze i w stałej gotowości do mobilizacji, jak to u matki. W sprawach dotyczących moich dzieci nie widzę tego, co jest, a to, czego one potrzebują.

Postronny obserwator może dostrzegłby w moich działaniach zwykłą farsę, krótki film jak ze starego kina, gdy taśma kręci się za szybko i wszyscy na ekranie biegają jak w ukropie, przywodząc na myśl armię nadpobudliwych, komicznych w swej zapobiegliwości mrówek. My znamy koniec filmu i wiemy, że to ich z mozołem wzniesione mrowisko, te igiełki i kawałki liści przenoszone na plecach z jednego końca lasu w drugi, rozniosą się za chwilę w pył przetrącone kijem w ręku zbieracza grzybów. Trwałość konstrukcji jest złudzeniem. Przywiązanie do elementów, z których się ją wznosi, pryncypialnym niezrozumieniem sensu najważniejszych spraw.

Nic nie poradzę, z mojego punktu widzenia wyglądało to inaczej. Wydawało mi się, że właśnie tak mogę pomóc – zwracając córce jej rzeczy: zwyczajne, znoszone, znajome towarzystwo jej dnia codziennego, o którym myślała, że przepadło na zawsze. Nie sens i przyczynę, nie odpowiedź, dlaczego ani po co, a po prostu rzeczy. To, czego można dotknąć, użyć, na co popatrzeć, wziąć w dłoń i poczuć pod palcami jego fakturę, ciężar, kruchość lub niezdzieralną stal.

Rozpłakałam się tylko raz – grzebiąc wśród miazgi ręcznie malowanych ozdób na choinkę, które córka wiozła do domu, za kilka dni miały spocząć pod choinką jako prezenty dla naszej rodziny. Może to one wbiły mi się w ciało, może to ten „domowy brokat” robiony z tłuczonych bombek uwierał mnie w palce przez całą drogę powrotną, gdy tylko mocniej zaciskałam dłonie na kierownicy? Dziecięce ręce umazane klejem i brokatem, kuchenny stół, przy którym nie miejsca na spożycie posiłku, bo rosną na nim góry ręcznie robionych prezentów – czy to przypadek, że wracając wspomnieniami do świąt z przeszłości właśnie ten obrazek od zawsze pierwszy przychodzi mi na myśl?

Gdy brodaty stróż wypuszczał mnie i zamykał za mną bramę, na jego twarzy dalej nie było nic, żadnej emocji, uśmiechu, grymasu. Ręka nie uniosła się do góry w rutynowym „good bye” – rzecz po tylu latach życia w USA niezwykła, rzucająca się w oczy. Grzeczność, nawet jeśli tylko wymuszona, to przecież znak rozpoznawczy tego kraju. Nie miałam mu jednak tego za złe. Jestem prawie pewna, że gdyby okazywał swoim „klientom” więcej zainteresowania, skazywałby się niezamierzenie na wysłuchiwanie wciąż tej samej opowieści, ubranej tylko w inne słowa i inne tło akcji. Może kiedyś tak robił, a teraz nie ma już na to ochoty ani cierpliwości? A może po prostu rozumie, że zabierana z powrotem do domu szczoteczka do zębów, nawet jeśli tam powędruje prosto do kosza na śmieci, to – zważywszy na okoliczności – najważniejsza rzecz chwili, to centralny bohater celebracji, jaka musi się odbyć w człowieku samotnie, i nikomu nie można w takim akcie przeszkadzać.

Życie po wypadku najbliższej osoby w niemal lustrzany sposób odbija wypadek. Tak jak auto ono też wypada z kursu, dachuje, gnie się, tłucze i pęka na wielu frontach. Jego naprawa będzie trwać. Wchodzę w ten nowy rok z wdzięcznością, że moja córka trwa. Że bije jej serce, że chodzi, oddycha, jest. Wchodzę z tym większą pokorą przed rozmiarem nieszczęść, którym stawiamy czoło, każdy z nas, choć na szczęście nie jednocześnie. Ale wchodzę weń także i z nową fascynacją dla rzeczy – tak, właśnie rzeczy!

Tych nieruchomych, martwych, poddających się naszej woli, często w ogóle niezauważanych przedmiotów. Tych, w które obrastamy jak ptak w pióra i jak rośliny w liście potrzebne do oddychania. W krytycznych momentach mogą okazać się najlepszymi kotwicami, trzymającym nas w obrębie portu, na posterunku i przy obowiązkach. Tu i teraz. Pozwalając zapomnieć o tym, co było, nie myśleć, o tym co być mogło, ani o tym, co ma być lub będzie.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney