Kraina zwycięzców, kraj połamanych

63
W Ameryce dalej mamy „survival of the fittest”. Uporczywa apoteoza tradycji odcinania pępowiny z chwilą, gdy człowiek kończy 18 lat, to dowód, że ten szaleńczy wyścig trwa i wciąż ma się świetnie FOTO: PEXELS.COM

Połowa życia spędzona w Ameryce upoważnia, a nawet obliguje człowieka do tego, by ten kraj mniej więcej rozumieć. A jednak wciąż łapię się na tym, że nie rozumiem. Albo raczej: pewnych rzeczy nie chcę zrozumieć, bo są dla mnie jak wyjęte z pudełka z napisem: szaleństwo. Kto rozumie szaleństwo, ten sam szaleńcem się staje.

Gdy przeprowadziłam się do miasta, w którym mieszkam do dziś, byłam młodą, bezdzietną mężatką. Wynajęliśmy malutkie mieszkanie i szybko zaprzyjaźniliśmy się z grupą innych młodych i bezdzietnych z naszego bloku. Zimą wybraliśmy się całą grupą na narty, a dla okrojenia kosztów ulokowaliśmy się w jednym mieszkaniu w kilku sypialniach. Przy którymś śniadaniu czy kolacji rozmowa zeszła na zaplecze edukacyjne w naszym mieście.

– Nam się tam podoba, miasto wydaje się bardzo przyjazne rodzinie. I nawet jest uniwersytet. Zawsze cierpiałam, że na studia musiałam wyjechać daleko od domu i tułać się po wynajętych pokojach i akademikach. Moje dzieci by nie musiały! – dorzuciłam moje trzy grosze do rozmowy.

Tylko mój mąż pokiwał głową, bo wiedział dokładnie, o czym mówię. Reszta spiorunowała mnie zdumionymi spojrzeniami.

– O ile twoje potencjalne dzieci będą chciały zostać przy tobie w domu. Najprawdopodobniej jednak nie! – padła pierwsza odpowiedź, a potem kilka innych w tym samym stylu. Wszystkich bardzo rozśmieszyła moja nieznajomość amerykańskich obyczajów.

To fakt, mój własny mąż Amerykanin spędził lata studiów w Europie, z tym, że zawsze tłumaczył mi, że było to związane z finansami. W rodzinie się nie przelewało, do wykształcenia były jeszcze dwie młodsze siostry, a w Anglii studia wychodziły o połowę taniej, włączając w to przeloty do domu na święta.

Starsza, jak przystało na rodowitą amerykańską nastolatkę, już w pierwszej liceum zakomunikowała, że na studia wyjeżdża w siną dal za górami, za lasami. W porywach sprawdzała nawet oferty w Szkocji i w Australii, przez większą część licealnej edukacji nastawiona była na uniwersytet w południowej Kalifornii. W maturalnej klasie, gdy trochę bardziej dojrzała, a jej relacje z nami, rodzicami, przestały przypominać bieg po krawędzi urwiska, jej zapał do opuszczania rodzinnego domu stopniowo stygł. Ostatecznie osiągnęliśmy kompromis. Studia dalej, nie na tyle jednak, by nie dało się dojechać w jeden dzień samochodem, oraz tam, gdzie mamy bliską rodzinę. Gdy już po pierwszym miesiącu akademickiego życia przyszedł kryzys – rzecz normalna i spodziewana – Starsza doceniła rodzinne wsparcie bardziej, niż chciała się do tego przed nami przyznać. Dziś sama doradza młodszym znajomym, by przed przeprowadzką za góry, za lasy zastanowili się, czy na pewno ją udźwigną. Kilka dni temu właśnie nas poinformowała, że kolejna jej współlokatorka z akademika nie udźwignęła i wraca do domu. To już czwarta od ubiegłego roku.

Dzisiejsze uczelnie prowadzą z rodzicami studentów intensywną komunikację i co miesiąc w mojej skrzynce emailowej ląduje po kilka zbiorczych listów od rektora, dziekanów, psychologów. Połowa to dobre rady, jak, jako rodzice, możemy lepiej wspierać nasze dzieci, by wytrwały na studiach aż do dyplomu. I nieustanne przypominanie, że większość spośród tych, którzy do dyplomu nie dotrwają, rzuca studia nie dlatego, iż nie radzi sobie z nauką, lecz z samodzielnym życiem z dala od domu.

Wiadomo, że przygotowanie dziecka do samodzielnego życia z dala od domu to naczelne i najważniejsze rodzicielskie zadanie. Trafiają się, rzecz jasna, osoby gotowe na samodzielność już w wieku 14-15 lat, ale działa tu ta sama zasada indywidualności, co u biegle czytającego i piszącego trzylatka czy dziesięciolatka na studiach. Gros populacji musi jednak na tę dojrzałość poczekać dużo dłużej, bo nie da się jej przyspieszyć na życzenie tylko dlatego, że tak by nam było na rękę. Większość 17-18-latków, wiek, w którym dzieci rozpoczynają po tej stronie świata studia, do żadnej funkcjonalnej samodzielności gotowa nie jest, w tym nawet osoby o wysokiej inteligencji i wysokich umiejętnościach społecznych. Paradoksalnie, i potwierdzają to badania, młodzi szybciej stają się samodzielni, jeśli w miarę potrzeby otrzymują wsparcie i przewodnictwo. W roli przewodnictwa najlepiej zaś sprawdza się dobry przykład i doświadczanie go z pierwszej ręki, na co dzień konsekwentnie. 17- i 18-latki wciąż tego przykładu potrzebują jak tlenu, na ich niekorzyść działa niska liczba przeżytych lat i niewystarczająca ilość doświadczeń z rodzaju, jakie zbieramy dopiero będąc ludźmi w pełni dorosłymi i dojrzałymi. Uprzedzę tu ewentualny argument, że jest wartość w uczeniu się na błędach. Oczywiście, że jest, i oczywiście, że są tacy, który udaje się ta nauka bez krwawych ran zostawiających blizny do końca życia. Mam jednak, jako rodzic, instynktowną pewność, że dobry przykład i wsparcie w granicach rozsądku zdolne uchronić moje dziecko przed ranami i bliznami, wyjdą wszystkim – i mnie, i moim dzieciom – wyłącznie na korzyść. Moje dotychczasowe doświadczenia na razie to potwierdzają.

Co przywodzi mnie z powrotem do uświęconego amerykańskiego obyczaju uciekania na studia na koniec świata i ideologii, która ten obyczaj sankcjonuje. Jeśli o mnie chodzi, to ideologia bardzo obłudna, bo mówiąc o skrzydłach pokazuje wyłącznie te rozpostarte do lotu. Te złamane, poszarpane, te, które się nigdy już dobrze nie zrosną – przemilcza, jakby nie było ich wcale. W istocie mamy więc do czynienia nie z mitem nawet, lecz jawnym nakazem: masz być silny, samowystarczalny i masz to osiągnąć za wszelką cenę, do tego w ściśle wyznaczonym czasie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że choć Dziki Zachód dawno za nami, Indianie na nikogo nie wyskakują z tomahawkiem zza krzaków, a gargantuiczne przemiany cywilizacyjne i ekonomiczne, jakich doświadczyliśmy w ostatnich 200 latach, po oczach wręcz biją wołaniem, iż prawdziwa siła i wartość jest dziś we współdziałaniu, wspólnocie i złączeniu, w Ameryce dalej mamy „survival of the fittest”. Uporczywa apoteoza tradycji odcinania pępowiny z chwilą, a nawet wcześniej – zależy od daty urodzin! – gdy człowiek kończy 18 lat, to dowód, że ten szaleńczy wyścig trwa i wciąż ma się świetnie.

Kilkoro amerykańskich znajomych, też rodziców dzieci, które wybrały się na studia z dala od domu, słuchało onegdaj z dobrotliwym, jeżeli nie pogardliwym uśmieszkiem na ustach, gdy opowiadałam o niekończących się targach ze Starszą, by przy wyborze uczelni brała pod pod uwagę zaplecze rodzinne. Byłam w ich oczach nadopiekuńcza, Starsza – ponieważ poszła na układ z rodziną – za słaba. Tylko jedno z grupki dzieci tychże znajomych wciąż studiuje z dala od domu. Reszta z podkulonymi ogonami już dawno wróciła na uniwersytet w naszym mieście, jedno wprowadziło się nawet z powrotem do rodzinnego domu. Gdy rozmawiamy dzisiaj, przez głowę by mi nie przeszło patrzeć na nikogo z dobrotliwym uśmieszkiem. Nie ma wstydu przeciwstawiać się szaleństwu. To raczej dobrze pojęty zdrowy rozsądek.