Kreatywność, głupcze!

30
Nauczyciele i wizytujący szkoły eksperci doradzają wszystkim uczniom, by wykierowali się w życiu na technokratów, bo to obecnie jedyna branża, w której jest i praca, i jakieś nie najgorsze pieniądze FOTO: PEXELS.COM

Na spotkanie launchingowe miejskiej sieci superszybkiego internetu przybyła prawie setka gości. Wszyscy, którzy w jakiś sposób przyczynili się do realizacji projektu, dzięki któremu mieszkańcy mojego miasta zyskają jeszcze jedną opcję podłączania się do sieci, co najważniejsze – tańszą niż porównywalna oferta od dostawców komercyjnych.

Wiele osób doskonale znałam z innych spotkań społeczności lokalnej, z lokalnej prasy i eventów. Burmistrz dziękował niekończącej się liczbie ekspertów, fachowców, doradców, inwestorów i samym instalatorom. Przez podium przewinął się cały wachlarz mówców, nie tylko technokratów odpowiedzialnych za strukturalny design systemu, by wszystkie czipy i przewody działały jak należy i współgrały z resztą infrastruktury miejskiej. Byli więc nauczyciele, aktorzy, muzycy i handlowcy. Byli lekarze i pracownicy socjalni – przyszli beneficjenci projektu, którzy zaangażowali się weń, rozumiejąc korzyści, jakie przyniesie ich własnej pracy.
W pamięci pozostały mi zwłaszcza słowa dyrektora lokalnego związku artystów: „Technologia może i powinna służyć nam tak, jak tego chcemy. Wtedy rozkwita wszystko, wszystkie profesje i dziedziny naszego życia, a przede wszystkim nasza kreatywność, najcenniejsza rzecz, jaką w życiu posiadamy”.
W szkole Młodszej od początku roku z kopyta ruszyły zajęcia uczące młodzież, jak pisać „atrakcyjne” CV, i poddające szkolną gawiedź niekończącym się testom na osobowość oraz zdolności pod kątem wyboru przyszłej profesji. Pomóc ma praca z raportami i analizami, które oceniają wybrany zawód pod kątem dostępności zatrudnienia, wysokości oferowanych zarobków i rozwoju danej branży w przyszłości. Lekcja nie jest niczym nowym. Tego typu „ocenianie” rozpoczęło się u moich córek już w ostatnich klasach szkoły podstawowej, potem regularnie do niego powracano w każdym kolejnym roku szkolnym. Od bardzo wielu lat oglądam więc rozmaite wyniki testów córek i zaleceń odnośnie zawodów, które powinny wziąć pod uwagę. Od bardzo wielu lat słucham jednocześnie ich opowieści o tym, jak to nauczyciele i wizytujący szkoły eksperci doradzają absolutnie wszystkim, nie tylko osobom wykazującym uzdolnienia w dziedzinie STEM (Science Technology Engineering and Math), by wykierowali się w życiu na technokratów, bo to obecnie jedyna branża, w której jest i praca, i jakieś nie najgorsze pieniądze. A jeśli nie na technokratów, to przynajmniej na pracowników służby zdrowia. Mamy wielkie zapotrzebowanie na research, jak skuteczniej leczyć tzw. choroby starości, i jeszcze większe na samych lekarzy oraz opiekunów osób starszych. W realiach starzejących się społeczeństw to priorytety, na które nikt nie szczędzi wydatków.
Starsza – już studentka, a do tego miłośniczka historii, socjologii, języków i stosunków międzynarodowych – trzyma się dzielnie, ale wiem, że czasami bywa jej ciężko. Trzy języki obce, olimpiady przedmiotowe (ale nie nauki ścisłe), planowane staże w instytucjach międzynarodowych i dyplomatycznych, planowany dyplom przynajmniej magistra, ale czy to wystarczy? Czy z wykształceniem humanistycznym dostanie pracę? Czy będzie w stanie się utrzymać? Życzliwe dusze podpowiadają, by jednak zmieniła kierunek studiów i dołączyła do technokratów. Praca może i będzie nieco nudniejsza i niezgodna z jej pasjami, ale łatwiejsza do zdobycia i o niebo mniej stresów finansowych.
Obserwuję technokratów od dawna, rzecz bardzo prosta, bo mam z nimi kontakt na co dzień przez męża. Mam dla nich, jako grupy, ogromny podziw i szacunek, i dużo wyrozumiałości. Zdaję sobie sprawę, że uogólnienia i stereotypy to najgorsze z możliwych narzędzi walki o cokolwiek, ale tutaj akurat, na bazie moich osobistych doświadczeń, ze spokojnym sercem mogę się o nie pokusić. Technokraci to grupa tak głodna „życia” i każdego jego przejawu, który nie jest tym, czym zajmują się na co dzień w pracy, a więc elektroniką i technologią, że momentami aż robi mi się przykro i żal. Z tej grupy rekrutuje się największa liczba znanych mi melomanów, amatorów historyków, wolontariuszy, podróżników, nawet poetów! To dzięki technokratom scena artystyczna w moim średniej wielkości mieście kwitnie, oni bowiem regularnie wykupują sezonowe karnety na przedstawienia teatralne i muzyczne. Technokraci częściej niż inni odwiedzają księgarnie i zaopatrują się w książki, i tłumnie uczestniczą w wydarzeniach kulturalnych miasta. To mój własny mąż-technokrata zwrócił mi ostatnio uwagę na recenzję najnowszej powieści Salmona Rushdiego w „Ekonomiście”. Zaintrygowała go informacja o surrealistycznym wątku głównym i odautorskich przypisach na temat współczesności w ramach wątków uzupełniających. Z tego co widzę, technokraci, jak żadna inna grupa zawodowa, wydają się mieć maksymalnie wyostrzoną świadomość ubóstwa, w jakie popadłby świat, gdyby zabrakło w nim kulturalnego, edukacyjnego i artystycznego „naddatku”, tworzonego przez nietechnokratów: przez artystów, humanistów, psychologów, dyplomatów.
Rozumiem motywy nauczycieli, którzy chcą dla naszych dzieci jak najlepiej i doradzają, jak wydaje się im to słuszne. Kłamałabym mówiąc, że nie śledzę z niepokojem trendów na rynku pracy, a strach o przyszłość moich dzieci nietechnokratów już dzisiaj nie przyprawia mnie o przyspieszone bicie serca. Pocieszam się jednak. Zachowanie znanych mi technokratów pozwala wierzyć, że gdyby świat w którymś momencie zredukował się, na własne życzenie, wyłącznie do inżynierów i pracowników branży zdrowotnej, to sami technokraci i funkcjonariusze medyczni postarają się, by przywrócić mu barwy i różnorodność. Z najgłębszej potrzeby własnego serca i duszy.
I druga rzecz, która pociesza mnie nawet bardziej. Znana na całym świecie grupa konsultingowa McKinsey opublikowała niedawno raport pod wymownym tytułem „Future work in America”. Choć pierwsze trzy największe rejony wzrostu zatrudnienia pojawią się w najbliższych latach w dziedzinie STEM i medycyny, na czwartym miejscu mamy jednak „Creatives and Arts Management”. Kreatywne i artystyczne zawody wyprzedzają na wykresie biznes, prawo, edukację, transport, usługi i rynek nieruchomości.
Nauczyciele i doradcy młodzieży! Więc może jednak warto zastanowić się i nad tym, jak bardziej wspierać oraz katalizować rozwój kreatywności i zmysłu artystycznego w młodym pokoleniu? Wraz z nim – wrażliwość na różnorodność i empatię dla tej różnorodności. Żadna roślina, by osiągnąć maksymalny wzrost i rozmiar, nie pnie się do góry pod postacią wyłącznie pojedynczej łodygi. Rozrasta się na wiele stron, poi życiodajnymi sokami boczne gałęzie, liście, często produkuje mnóstwo kwiatów, z którym potem wyspie się kroci nasion. Mam nadzieję, że jednak nie przyjedzie mnie ani moim dzieciom żyć kiedyś w świecie, w którym wszyscy są tacy sami, robią to samo i, co najgorsze, posiadają takie same umiejętności oraz myśli.