Kryzysowa narzeczona

6

„Mogłaś być już na dnie, a nie byłaś. Nigdy nie dowiesz się, co straciłaś” – śpiewa w radiu Lady Pank. Czy dno dla każdego jest na tym samym poziomie?

Moja babcia zwykła mawiać, że kto się pod ławą urodził, ten na ławę nie wlezie… I coraz częściej się przekonuję, że inaczej chyba być nie może… A ci, którym się udało, to albo na chwilę, albo są wyjątkiem potwierdzający regułę. Urodziłam się na początku lat 70. ubiegłego wieku – boshe, jak to brzmi! Jednym z pierwszych słów, jakie poznałam – po „mama, tata, baba, daj” – było słowo „kryzys”. I tak już kryzys odmieniany przez wszystkie przypadki towarzyszy mi przez całe życie. Jak tylko zaczęłam rozglądać się po świecie, zrozumiałam, że wszyscy mi powszechnie wmawiają, że nie mogę mieć tego, co chcę lub mi się należy, bo jest kryzys. Jednocześnie raz do roku, gdy przyjeżdżała moja ciocia ze zgniłego kapitalizmu do kwitnącego socjalizmu, miałam okazję zobaczyć, posmakować i powąchać inny świat. Zewsząd słyszałam, że jak się postaram osobiście i postaram grupowo – kolektywnie, jak zacisnę pasa i zęby, to jeśli tylko wytrwam, wytrzymam, to nastąpi szczęśliwość społeczna, istny raj na ziemi. Póki co, tak czy siak, kryzys był i jest przy mnie jak Anioł Stróż. Z jedną zmianą – wówczas odpowiedzialni za niego byli obcy, zachodni imperializm zrzucający stonkę, która zjadała nasze ziemniaki, a teraz są zawsze poprzednio rządzący. Nadnaturalne prawie zjawisko. Przykład z ostatniej chwili – po dwóch miesiącach od powołania przez rząd PiS został odwołany w aurze skandalu, również przez PiS, komendant główny policji. I kto jest winny? Oczywiście poprzednia ekipa, ponieważ to za jej kadencji odwołany obecnie komendant błyskawicznie piął się po szczeblach kariery.

Jak wspominałam, urodziłam się w latach 70., kiedy nasz kraj finansowany był kredytami zagranicznymi. Była stabilizacja chwilowa. I może ten chwilowy dobrobyt stał się w pewnym sensie impulsem do mojego zaistnienia na tym targanym kryzysem świecie. Potem już nie było tak dobrze. Od 1975 roku, gdy siłą rozpędu i siłami natury urodził się mój brat, zaczęła się prawdziwa kryzysowa jazda bez trzymanki. Towarzyszyła jej jednak silna propaganda sukcesu. Lata 80. Nadal kryzysowe, podobno przejściowo, tak przynajmniej wieść gminna niosła. W kraju były strajki i niepokoje społeczne, ale ja uczyłam się pilnie, bo przecież muszę być przygotowana na sukces gospodarczy. Nic takiego nie nastąpiło z wiadomych przyczyn. Był kryzys i niczego nie było w sklepach, ale przynajmniej nadal była nadzieja, że politycznie się coś zmieni i wtedy ten gospodarczy kryzys się skończy.

Od 89 miało być już po wszystkim. Wprawdzie ciągle pod górkę, ale z nadzieją czekałam, oczywiście nadal ucząc się pilnie przez całe poranki, dnie i wieczory, a nierzadko i noce, na spełnienie zapowiedzi ówczesnych reformatorów, że za jakieś tam 20 lat będzie po kryzysie. Wytrwam – myślałam. Dam radę! Ale przez te wszystkie lata nowej Polski ciągle jednak kryzys powracał. Co kilka lat dosłownie, może nawet co kilka miesięcy, mieliśmy nowy. Stał się on najlepszym wytłumaczeniem wszelkich złych rządów. Jak nie ma dróg – kryzys, jak nie ma pieniędzy na podwyżki – kryzys. Jak bezrobocie – winny kryzys. Teraz słyszę, że z obietnic wyborczych obecnego rządu nic, poza okrojonym programem 500 Plus, nie będzie. Kryzys pożarł obniżenie wieku emerytalnego, darmowe lekarstwa dla emerytów, podwyższoną kwotę wolną od podatku – czyli wszystko, co miało choć w minimalnym stopniu poprawić mój byt teraz lub w najbliższej przyszłości. Ale dlaczego zawsze ja? Dlaczego jest tak, że tylko tym co u władzy kryzys jakoś nie doskwiera? Świat się zmienił, ustrój się zmienił, a kryzys, jako wytłumaczenie na wszystko, przetrwał. „Dziwny jest ten świat…”.

Autor: Beata Wermińska