List do kanapowych ekspertów

125
Protesty i zamieszki po śmierci George’a Floyda, od dwóch tygodni newsowa wiadomość na całym świecie, to temat, obok którego trudno przejść obojętnie FOTO: EPA

Nigdy jeszcze w historii ludzkości nie mieliśmy do czynienia z tak wielką liczbą ekspertów co dziś. Wszystko, oczywiście, dzięki technologii, która umożliwiła nam dostęp do informacji na skalę właściwie niewyobrażalną. Siedząc na kanapie w mieszkaniu w Nowym Jorku czy Warszawie możemy oglądać na żywo choćby i zapis z kamery ustawionej w środku dżungli. A że uwielbiamy, jako ludzie, mieć o wszystkim własne zdanie, wystarczy tylko połączyć zasłyszaną wcześniej informację o erozji ściółki leśnej z obrazkiem stada tapirów i – voila! – jesteśmy ekspertami w temacie niszczycielskiego działania dzikich zwierząt na poszycie kostarykańskiej dżungli.

Czy nasza opinia w tej sprawie będzie warta uwagi, to już inna sprawa. Nie każdy pogląd nadaje się do powtarzania. By zyskać miano faktycznie wartościującego, powinien być zweryfikowany i potwierdzony przez dużo większą, pracującą niezależnie od siebie i wiedzy o sobie grupę ludzi, i to takich, którzy zajmują się danym zagadnieniem zawodowo i cieszą się renomą fachowców w swej dziedzinie. W świetle tych kryteriów widać doskonale, dlaczego nie każdy, kto odpali sobie w komputerze stronę z zapisem z kamery w dżungli Corcovado, a następnie przeczyta wpisy o tapirach i ściółce leśnej w Wikipedii, stanie się ekspertem od problemów środowiska naturalnego w Ameryce Centralnej. Może, oczywiście, wypowiadać się na ten temat, ale wpieranie komukolwiek, że wie więcej i lepiej niż lokalni ekolodzy, wystawi go jedynie na pośmiewisko. I dobrze się skończy, jeśli nie zaskarbi mu etykiety ignoranta na dużo dłużej.

Protesty i zamieszki po śmierci George’a Floyda, od dwóch tygodni newsowy lead na całym świecie, to temat, obok którego trudno przejść obojętnie. Tym bardziej że w przeciwieństwie do informacji o kostarykańskich tapirach czy tamtejszej dżungli jest nam podawany w mediach non stop, i to pod postacią wyjątkowo atrakcyjną i łatwo przyswajalną, bo obrazków oraz filmów. O co dokładnie w tych protestach chodzi? Czy to policja w Ameryce zrobiła się już tak zwyrodniała, że morduje ludzi w biały dzień na oczach przechodniów, czy jednak mamy do czynienia z czymś dużo więcej, a jeśli tak, to z czym dokładnie? Pytania same cisną się na usta, ale to dopiero odpowiedzi pokazują, z jakim naprawdę kryzysem mamy do czynienia.
Mam wiele wyrozumiałości i szacunku dla ludzi, którzy poszukują i błądzą. Błąd jest wpisany w naturę śledztwa i dochodzenia. W połączeniu jednak z cierpliwością w zdobywaniu wiedzy oraz eksploracją możliwości, które mogą doprowadzić do celu, daje duże szanse na to, że cel zostanie osiągnięty. Nie mam żadnej cierpliwości, nie mówiąc o wyrozumiałości (sic!), dla nikogo, kto odpaliwszy komputer przebiega oczami po co bardziej mięsistych nagłówkach i galeriach fotoreportażu, i z miejsca ogłasza się ekspertem od relacji rasowych w USA. Daleko jestem od przyrównywania tego zagadnienia do kwestii wyzwań ekologicznych Kostaryki, ale fotelowi eksperci w obu przypadkach są tej samej miary. Są jednakowo żałośni i wystawiają się na pośmiewisko. Historia amerykańskich niewolników, a co ważniejsze dla tej sprawy – historia systemowej dyskryminacji, z jaką czarnoskóra populacja USA do dziś się tutaj mierzy, nie jest tematem, który można zrozumieć siedząc przed telewizorem, zwłaszcza przed telewizorem w Polsce.

Kontrowanie argumentacji o rasizmie argumentem, że czarni też przecież zabijają białych, dlaczego nikt w tej sprawie nie urządza marszów i nie profanuje pomników czarnoskórych bohaterów, jest prymitywne, by nie użyć dosadniejszego słowa. Podobnie jak zadawanie pytań, dlaczego rasizm jest wyłącznie biały. Nie jest, drodzy eksperci fotelowi, nie jest jak diabli. I o to też tutaj chodzi, bardziej niż możecie sobie wyobrazić. Jest bowiem przerażającym dowodem na to, że znaleźliśmy się w punkcie, w którym strategia odwetu stała się dla obu stron preferowanym narzędziem komunikacji, po które sięgają, gdy uznają, że czara goryczy znów się przelała. Wreszcie, równie kompromitujące jest szafowanie opinią, że „czarnemu motłochowi” zależy wyłącznie na tym, by odbić białym bogactwo i w końcu go sobie „poużywać”. Pomijając fakt, jak tego typu opinie najzwyczajniej uwłaczają ludzkiej godności, rażący jest brak podstawowej refleksji nad faktem, że Ameryka jest dla tego „czarnego motłochu” takim samym rodzinnym domem jak dla jego białych sąsiadów. Kolorowej populacji USA jak najbardziej więc też zależy na tym, by można było żyć w tym domu najlepiej i najszczęśliwiej jak się da. Budowanie od podstaw, hasło, które towarzyszy ruchowi Black Lives Matter i w ogóle wszelkim ruchom na rzecz równości społecznych i cywilnych, nigdy nie oznaczało, i nie mam wątpliwości, że kiedykolwiek będzie oznaczać, planowe wyburzanie majątku narodowego – w dosłownym tego słowa znaczeniu – do fundamentów. I to jakkolwiek mocno zdają się namawiać do sformułowania takiej opinii medialne przekazy, wprost wyłażące ze skóry, by dostarczyć naszym oczom jak najwspanialszych fajerwerków, jak najwięcej dramaturgii i jak najkrwawszej przemocy.

Aby pojąć o co chodzi, by włożyć w należny kontekst nawet dramat, przemoc i fajerwerki, należałoby znać – i to w szczegółach! – społeczną historię Ameryki, poszerzoną o znajomość tutejszych przepisów i prawa. To żmudne i czasochłonne zajęcie, kurs wymagający od jego adeptów kontaktu z prawdziwą wiedzą, bazą naukową zgromadzoną na przestrzeni wieków. Tego nam dzisiaj dojmująco brak. Nie tak dawno, bo w erze mediów przedpiktogramowych, powszechne i popularne wśród samych czytelników były publikacje w mediach, zwykle natury papierowej, sążnistych tekstów analitycznych, często pisanych przez autorytety w swoich dziedzinach. Fotoreportaż był domeną pism kolorowych, zajmujących się rozrywką i poradnictwem. Media głównego nurtu stawiały sobie za cel bieżące doniesienia, ale i edukację, w myśl idei, że człowiek zawsze potrzebuje kontekstu, by pojąć sens informacji i właściwie ją wykorzystać. Nie mam tu zamiaru tłumaczyć ani jednego ignoranta z jego ignoranctwa. Nawet w dzisiejszych czasach, zdominowanych przez piktokulturę, wierzę, że człowiek poszukujący prawdy nie zniży się do poziomu „kanapowych ekspertów”. Boleję jednak szczerze nad faktem, że grono ignorantów na kanapach rośnie, bo nawet poważne, ambitne media gonią za oglądalnością (bo przecież nie „poczytnością”) i coraz częściej też funkcjonują głównie jako dostarczyciele obrazków. Obrazki wzniecają emocje, ale nie rozpraszają mroków ignorancji.

Jeśli odnieśli państwo wrażenie, że piszę ten tekst, by przypomnieć, że wciąż jest miejsce, bardzo dużo miejsca na pracę dziennikarza, dobrze się państwu wydaje. Jeśli wyczuwają państwo, że mam dość dyskusji z „kanapowymi ekspertami”, zwłaszcza z Polski i zwłaszcza na temat napięć rasowych w USA, również dobrze państwo to odczuli.
Aby zakończyć mocnym akcentem dowodzącym, że prawdziwym kryzysem, z jakim się mierzymy, napędzającym i zło, i niesprawiedliwość na świecie, jest ignorancja właśnie, rzucę hasło: dewastacja pomnika Tadeusza Kościuszki w Waszyngtonie. Czarnoskórym wandalom zabrakło podstawowej wiedzy na temat postawy i poczynań polskiego generała z czasów, gdy walczył na amerykańskiej ziemi. Nie ma nic bardziej ironicznego, niż gdy własna ignorancja strzela kanapowemu ekspertowi prosto między oczy. Życzę sobie i wszystkim, by strzelała jak najczęściej i bolała tak samo mocno, jak rasizm boli ofiarę, która go doznaje. Każdy rasizm, bez względu na miejsce i czas.