Lokalne – najważniejsze, o co powinniśmy walczyć!

2
Potrzeba kompleksowej ochrony naszej prywatności online, sens pogoni za sztuczną inteligencją, nasze zdrowie w zderzeniu z nadmiernym kontaktem z ekranami – to tematy, które zabrzmią z dużą siłą w nadchodzącym roku FOTO: PEXELS.COM

Od początku wiedziałam, że środkowa Kalifornia z sercem w Krzemowej Dolinie to prawdziwy inkubator i tester przyszłości, która za chwilę będzie dotyczyła wszystkich. Nie na chwilę, nie na czas trwania „mody” na to czy tamto, ale długofalowo i globalnie. Lecz że niestety będzie to bardziej „nowy, wspaniały świat” z powieści Huxleya niż świetlana przyszłość, jaką zapowiadali technokraci.

Był środek lat 90. ubiegłego wieku. Świeżo po studiach wylądowałam w Krzemowej Dolinie. Miejsce kipiało energią, optymizmem, innowacjami. Otaczali mnie bez wyjątku ślepi entuzjaści cudów i mocy sprawczej nowych technologii. Sama pracowałam w firmie trudniącej się dizajnem i sprzedażą nowej elektroniki, zmieniającej na moich oczach sposób, w jaki pracujemy i żyjemy. Wtedy faktycznie widać były jedynie zalety tych zmian – tym trudniej więc przychodziło mi znajdować twarde, przekonujące argumenty na to, że „świetlana przyszłość” może być okazać się bardziej niebezpieczna i dużo mniej jasna, niż oczekujemy.
Mogłam dyskutować ze znajomymi technokratami i nie przepuściłam ku temu okazji. Towarzystwo patrzyło na mnie z przymrużeniem oka. Po pierwsze byłam z Europy. A Europa, wiadomo, zbytnio już się postarzała i miała stępione wiekiem zmysły, by pojąć w pełni, o co naprawdę chodzi młodym geniuszom z USA. Po drugie byłam z Europy Wschodniej, a więc wychowana na wzorcach centralnie sterowanego społeczeństwa homogenicznego. Jakie w takim razie mogłam mieć odnośniki umożliwiające im uczciwą ocenę potencjału (wraz z jej cudotwórczymi mocami!) owego kulto-etno-języko-obyczajowego miszmaszu, jakim Krzemowa Dolina stała się na długo, nim stały się nim inne „kieszonki” świata, najpierw metropolie, a dziś powoli już każde większe miasto na Zachodzie, włączając w to i Polskę. Wreszcie – byłam humanistką. Próbując zrozumieć własny emigracyjny los także samozwańczą socjofilozofką. Z filozofii i jej pytań o „sensy” Krzemowa Dolina śmiała się wtedy w twarz. Algorytmy nie potrzebowały filozofów. Potrzebowały sprawnych techników i inżynierów, którzy znają się na kodach i szyfrach, i umieją zapisać rzeczywistość jako szereg cyfr i liter, które z kolei wykwitną nam na ekranie pod postacią obrazków i dźwięków. Nikt jeszcze nie myślał, że technologia może stać się najgroźniejszym narzędziem propagandy, a nawet zarzewiem najprawdziwszych wojen. Globalna wioska była ideałem bez skazy, nikt nie słyszał o prekaryzacji, dochody miały się nam globalnie wyrównywać, a nie oddalać ku przeciwnym biegunom i dzielić nas na jeszcze bardziej na obóz skrajnie mających i tych skrajnie bez szans.

Do dziś, myśląc o wyprowadzce z „zagłębia przyszłości”, używam słowa „ucieczka”, choć oficjalnie pozostałam przy argumencie, że było to po prostu „niewłaściwe dla mnie” miejsce do życia.
Mój instynkt – czy cokolwiek to było, co wygoniło mnie z Krzemowej Doliny – okazał się w dużej części słuszny. Rozmawiając dziś z kalifornijskimi technokratami słyszę, że większość z nich też chętnie spakowałaby się i opuściła to miejsce, gdyby tylko, rzecz jasna, gdzie indziej równie łatwo było o porównywalne warunki tzw. rozwoju zawodowego. Rzecz najciekawsza: ci sami technokraci, którzy włożyli nam do ręki smartfony, stworzyli pierwszą w dziejach ludzkości generację zdolną funkcjonować w dwóch równoległych rzeczywistościach (pokolenie dzieci internetowych), a w związku ze swymi obowiązkami zawodowymi wciąż nas przekonują, że im więcej w naszym życiu ekranów oraz sztucznej inteligencji, tym dla nas lepiej, prywatnie, po godzinach walczą jak lwy, by ich własne dzieci spędzały przed ekranami oraz na komunikacji ze sztuczną inteligencją tak mało czasu, jak się da. Optymalnie – wcale. Odsyłam do rosnącej liczby reportaży i wywiadów na ten temat.

Z tegorocznej wyprawy do kalifornijskiego inkubatora przyszłości wróciłam jeszcze smutniejsza niż zwykle. Spełniło się bowiem kolejne z moich oniegdysiejszych „proroctw” – o tym, że świat przyszłości oferując wszystko będzie w istocie oferował coraz mniej, aż do poczucia życia na pustyni. Krzemowa Dolina już sprawdza ten stan na własnej skórze. Jedną z ważnych przyczyn jest zanik lokalnych mediów.
Możliwe, że już Państwo słyszeli o tym „trendzie”. Czarne chmury wiszą dziś złowieszczo nad lokalnymi mediami wszędzie. W przeciwieństwie do mediów ogólnokrajowych, które też mają się kiepsko, ale wciąż walczą, choćby dlatego, że mają do dyspozycji więcej narzędzi, w tym dostęp do ogólnokrajowego rynku reklam, media lokalne padają jak głuche i ślepe muchy, na które niepotrzebna nawet łapka, bo można je bez wysiłku zgnieść palcem. W środkowej Kalifornii – jak przystało na inkubator przyszłości – lokalne media JUŻ UPADŁY. Zostawiły po sobie tuziny miast, niemałych, bo mówimy o liczbie mieszkańców po kilkaset tysięcy każde, takie jak Freemont, Santa Clara, Sunnyvale, Oakland czy Vallejo, które stały się wobec tego – i nie ma w tym krzty przesady – ziemią niczyją. O tym co-gdzie-kiedy można obecnie dowiedzieć w jakichś szczątkowych, bardzo okrojonych formach tylko z tzw. lokalnych dodatków do dwóch największych tygodników Kalifornii, czyli „San Francisco Chronicle” oraz „Sacramento Bee”. Nie są to jednak żadne prawdziwe „głosy lokalnych społeczności”, raczej jeszcze jedna forma reklamy czyichś biznesów bądź przedsięwzięć. Istnieją, oczywiście, rozrzucone po sieci strony i portale internetowe, gdzie administratorzy i ochotnicy „wrzucają” informacje i treści, ale – jak to bywa z takimi inicjatywami – ich celem zawsze jest promocja jakiegoś partykularnego interesu, tzw. służba publiczna jest produktem ubocznym.

Nie piszę tego wszystkiego, bo sama to wymyśliłam i zdiagnozowałam. Tak się złożyło – zapewne zbliżający się koniec roku skłaniający do tradycyjnych refleksji i podsumowań – że wpadła mi w ręce cała seria lokalnych komentarzy na ten temat. Technokraci są dziś często pierwszymi, którzy spieszą z krytyką zmian własnej rewolucji. Zanik lokalnych mediów uznają za szczególnie alarmujący i niepożądany. Jeżeli media społecznościowe nie zaspokajają – a jednak! – naszych potrzeb bycia częścią szerszej społeczności, realizującej ważne i wspólne dla tej społeczności cele i zadania, to właśnie znaleźliśmy się w świecie, w którym innych opcji już nie ma, bo je sami wyeliminowaliśmy. Czy jest możliwość ponownego przywrócenia ich do życia? Tego nie wie nikt. Zburzyć zawsze jest o wiele prościej i szybciej, niż odbudować. Co gorsza ogólnoludzkościowo wciąż jesteśmy na etapie zapadania się w coraz większą hipnozę przeświadczenia (zamiast się z niej wydostawać!), że dziennikarstwo online powinno być za darmo, bo online’wy content może przecież tworzyć każdy, dlaczego więc powinno się za niego płacić? Nie przyjmujemy do wiadomości, że jeśli my za te informacje nie zapłacimy, to zapłaci ktoś inny, a co za tym idzie – szanse na to, że będzie to treść przekazująca nam prawdę i szczerze służąca naszemu interesowi, rozpuszczą się jak mydło w wodzie.

Inne refleksje, które wpadły mi w oko i w ucho z końcem roku, każą mieć nadzieję, że z początkiem trzeciej dekady drugiego tysiąclecia następuje jednak jakieś szersze przebudzenie. Potrzeba kompleksowej ochrony naszej prywatności online, sens pogoni za sztuczną inteligencją, która nas zastąpi w każdej pracy i czynności, nasze zdrowie w zderzeniu z nadmiernym kontaktem z ekranami, zwłaszcza zdrowie naszych dzieci, samotnych i pogubionych w świecie własnych wyborów i wartości bardziej niż kiedykolwiek – to tematy, które zabrzmią z o wiele większą siłą w nadchodzącym roku, nie mam co do tego wątpliwości. Nie wiem, ale mam nadzieję, że dołączy do nich także sprawa zrewidowania naszego stosunku do lokalnych mediów. I że jednak z powrotem świadomie w nie zainwestujemy, nim wszyscy, jak Krzemowa Dolina, obudzimy się na pustyni – w świecie niczyim, z głową wypchaną informacjami o wszystkim, a bez elementarnej wiedzy na temat tego, kim są ludzie, z którymi dzielimy ulicę, osiedle, miasto. Co dzieje się w szkołach, do których uczęszczają nasze dzieci, w klinikach, w których się leczymy, w sądach i na policyjnych posterunkach, gdzie dochodzimy sprawiedliwości, a także w ławach lokalnych polityków i samorządowców. Bez dostępu do wiedzy, która stanowi trzon naszej lokalnej tożsamości, utwierdza w przekonaniu, że dobrze, lub na odwrót – źle wybraliśmy miejsce do życia i przez to jesteśmy nieszczęśliwi. Warto pamiętać, że realiów prawdziwego świata nie da się, jak komputera czy telefonu, po prostu wyłączyć, by się z nich wydostać, gdy przychodzi przeciążenie.