Loteria

485
Reklamy loterii, które powinny być czystą informacją o produkcie, są czymś więcej – kuszą, wabią, przyciągają. Sprzedają sny o bogactwie, beztrosce i bajkowym życiu. FOTO: PIXABAY.COM

Jeszcze do nie tak dawna hazard traktowany był niemal na równi z takimi czynami, jak zażywanie narkotyków czy prostytucja. Część graczy wstydziła się w swoim środowisku przyznać, że spędza czas na rzucaniu kości, kręceniu ruletką, czy siedzeniu przy stole z kartami w ręce. Jednak kasyna powstawały jak grzyby po deszczu, ponieważ było na nie zapotrzebowanie. Ale państwowa kasa niewiele z tego miała, więc ktoś w końcu wymyślił loterię, która jest zalegalizowaną formą hazardu, prowadzoną przez legislatury stanowe.

Przed rokiem 1964 tego typu gier nie było w USA, zaś dzisiaj tylko pięć stanów ich nie posiada, a większość zezwala na loterie międzystanowe, jak Powerball, gdzie główna wygrana osiąga zawrotne sumy. Przyciągają one najwięcej chętnych szybkiego, choć niewymagającego wysiłku i zdolności, zarobku.

Przychody z loterii dochodzą do 80 miliardów dolarów. Na czele stoi tu stan Nowy Jork, gdzie wpływy ze sprzedaży kuponów loteryjnych wynoszą 10 miliardów. Jak każda forma handlu, loterie opierają się na reklamie, opłacanej z funduszy publicznych, dokładniej – z pieniędzy podatnika, która żeruje na słabości nałogowców i na naiwnych, którym wmawia się, że z dnia na dzień mogą stać się milionerami, wystarczy tylko trafnie skreślić kilka numerów, a wszystkie ich finansowe bolączki znikną.

Wiele stanów wykorzystuje loterie, aby wypełnić swoje sakiewki. W 2016 r. Rządowy Instytut Rockefellera podał, że średnio loterie dostarczają dwa procent do stanowego budżetu. W Nowym Jorku liczba ta wynosi 2,9 procent, w Oregonie, Dakocie Południowej i Georgii przekracza ponad pięć procent.

Reklamy loterii nie są kierowane do bogatych i do klasy średniej, bo ta część społeczeństwa nie wierzy w szansę wygrania, woli inwestować na giełdzie, gdzie ryzyko strat jest duże, ale za to zarobek bardziej przewidywalny. Biedniejsi obywatele żyją w przekonaniu, że wcześniej czy później los się do nich uśmiechnie. Ale żeby o tym nie zapominali, należy im regularnie tę myśl przypominać.

Wspólną regułą stanowych loterii jest przedstawianie ich jako narzędzia czynienia dobra, np. powszechnej edukacji, co jest nadużyciem, gdyż przychody z nich wędrują do głównej kasy i mogą być użyte do różnych celów, niekoniecznie związanych z interesem społecznym.

Reklamy loterii, które powinny być czystą informacją o produkcie, są czymś więcej – kuszą, wabią, przyciągają. Sprzedają sny o bogactwie, beztrosce i bajkowym życiu. W biednej dzielnicy Chicago tablica reklamowa loterii pokazuje, jak do tego dojść: „Kup kupon, żeby się stąd wydostać”. Gdzie indziej widziałem hasło: „Ktoś musi wygrać”. Nietrudno nie zauważyć, że ich sformułowanie daje złudzenie gwarancji wygranej, totalnie bagatelizując znikome szanse powodzenia.

Loterie świadomie dezinformują ludzi, gdyż wiedzą, że są wyłączone z regulacji Federalnej Komisji Handlu o prawdziwości ogłoszeń. Prywatnym reklamodawcom takie praktyki nie uszłyby bezkarnie.

Niewiele się o tym mówi, ale nadużycia reklamowe powiększają problem uzależnienia, jakie powoduje hazard. Ta uznana za chorobę psychiczną aktywność dotyka, według szacunków, około 10 milionów Amerykanów. Ich niepohamowane wydatki na zaspokojenie swojego nałogu powodują napięcia rodzinne, kłopoty finansowe, akty kryminalne, porzucanie szkoły i wiele innych dolegliwości. Wydaje mi się, że gdyby zachęcające do kupowania kuponów loteryjnych reklamy nie rozpalały złudnych nadziei wielkich wygranych, zdrowsze by było społeczeństwo, które i bez tego zmaga się z wieloma chorobami współczesności.