Ludziom nie dogodzisz

217
Konsul generalny RP w Nowym Jorku Adrian Kubicki składa życzenia i podziękowania kpt. Mieczysławowi Madejskiemu

Ludzi nigdy nie zadowolisz, więc nawet nie ma co! – powiadała moja śp. babcia. Moja mama, choć sama chadzała własnymi ścieżkami, była przywiązana do innej mądrości, mianowicie: „No bo co ludzie powiedzą”. Gdy jako nastolatka wchodziłam z nią w związku w konfrontację, przeważnie ucinała dyskusję słowami: „To tylko dla twojego dobra”.

Reakcje na rozmaite zjawiska, którym przyszło nam stawiać czoło w dobie pandemii koronawirusa, to świetna okazja, by weryfikować obie mądrości moich przodkiń.

Dużym newsem kilka dni temu był raport, że już do trzech milionów wzrosła w USA liczba młodych ludzi w wieku 18-24 lat, którzy mieszkają w chwili obecnej z rodzicami. Przyczyną jest oczywiście zamknięcie kampusów uniwersyteckich z jednej strony, z drugiej utrata pracy przez rzesze młodych zatrudnionych na stanowiskach „entry level” w branżach, które zamrożenie gospodarki rozjechało szczególnie mocno, a więc handlu, usługach, hotelarstwie czy sektorze restauracyjnym. Autorzy raportu wyrażali swój wielki niepokój, że mamy do czynienia z całym pokoleniem ludzi niezdolnych do samodzielnego życia, a więc na pewno także i mniej przedsiębiorczych oraz ambitnych. Co to wróży dla przyszłości kraju – niech każdy dopowie sobie sam. I gdzie się podziało tamte myślenie, kiedy to wyprowadzka z rodzinnego domu była dla każdego młodego Amerykanina najważniejszym i najszczęśliwszych dniem młodości? Wszak cóż może być piękniejszego, niż w końcu przejąć za siebie odpowiedzialność, samemu na siebie zarabiać i wydostać się spod toksycznej (z jakichś przyczyn relacje między pokoleniami w Ameryce zawsze są „toksyczne”) kurateli rodziców. A potem, żeby nie wiem co, nigdy już pod rodzinny dach nie wracać. No może z wyjątkiem Dziękczynienia, ale to raczej tylko po to, by upewnić się, że krewni nadal są nie do zniesienia i spędzenie z nimi dwóch godzin przy stole raz w roku to naprawdę szczyt ludzkiej wytrzymałości.

Ledwie rok lub dwa temu czytałam zupełnie inną analizę. Odsetek młodych Amerykanów mieszkających z rodzicami i dziadkami wzrasta właściwie nieprzerwanie od czasów Wielkiej Recesji sprzed ponad dekady. Amerykanie nie są zresztą w tym trendzie odosobnieni. Identycznie zachowują się młodzi we wszystkich krajach wysoko rozwiniętych. Stoją za tym oczywiste czynniki ekonomiczne, takie jak eskalacja kosztów utrzymania, ale i społeczne, a nawet – antropologiczne. Współczesny człowiek dłużej się kształci, dłużej więc – w związku z tym i zarazem poprzez to – wchodzi w dorosłość, spędzając więcej lat w okresie, który psycholog Jeffrey Arnett opatrzył w roku 2000 fachowym terminem „wschodzącej dorosłości”. Nie powinniśmy jednak wcale desperować, postulowali tamci autorzy. Raczej się cieszyć. W końcu więzi rodzinne w Ameryce od dawna pozostawiają wiele do życzenia – ludzie skarżą się na samotność i brak wsparcia nawet ze strony najbliższych. Wynikają z tego dramatycznie wysokie na tle innych części świata statystyki depresji, nie wspominając nawet o przekładni tego stanu rzeczy na kondycję ekonomiczną. W grupie zawsze lżej i taniej, pojedynczo człowiek tylko przepłaca, przypomina ludowa mądrość. Wielopokoleniowa rodzina, zakończyli swoje wywody autorzy, bez względu na to, czy sklejana dobrowolnie, czy pod przymusem, przyda się w Ameryce w dzisiejszych czasach zwłaszcza młodym pracującym rodzicom. Na pewno dopóty, dopóki nie doczekają się uniwersalnego prawa do urlopu rodzicielskiego i chorobowego. I wisienka na torcik – badania potwierdzają, że regularny kontakt seniorów z wnukami wydatnie poprawia nie tylko nastrój, ale i zdrowie oraz kondycję fizyczną emerytów.

I przykład drugi.

Wiemy już dzisiaj, że koronawirus nie u wszystkich prowadzi do choroby objawiającej się konkretnymi, możliwymi do zaobserwowania objawami. Niektórzy zarażeni nie dostają nawet kataru, stając się tzw. cichymi nosicielami i tym samym największym zagrożeniem dla otoczenia. Najwięcej cichych nosicieli jest wśród dzieci i młodzieży. Zamknięcie szkół i uniwersytetów, i przeniesienie nauki w wymiar online miało na celu o tyleż ochronę zdrowia najmłodszych, co ochronę przed wirusem tych grup, u których rozwój choroby po zakażeniu jest najbardziej prawdopodobny – ludzi starszych i osób z chorobami przewlekłymi. Do tych ostatnich należą zarówno dziadkowie, w wielu miejscach na świecie zwyczajowo mieszkający z wnukami w rodzinach wielopokoleniowych, jak i sami nauczyciele oraz pracownicy szkół. Kilka miesięcy nie wystarczyło, by pandemia nas opuściła. „Koronaznużenie” i „koronazniecierpliwienie”, stojące za zjawiskiem masowego porzucania maseczek i innych praktyk ostrożności w miejscach publicznych, przywiodły nas wręcz do sytuacji, że po chwili ozdrowienia znów lecimy na łeb na szyję w czeluść masowych zakażeń. Statystyki robią się jeszcze gorsze niż w czasie najtwardszego lockdownu. A jednak… jak Ameryka długa i szeroka rodzice podpisują listy protestacyjne przeciwko zdalnej szkole, a nawet nauczaniu hybrydowemu. Żądają pełnego otwarcia szkół po wakacjach, kropka. Co z kadrą nauczycielską? Co z chorymi i starymi członkami własnych rodzin? Przytoczę odpowiedź mojej własnej szwagierki, która taką listę podpisała. Zapytałam ją, czy pomyślała o swoich rodzicach mieszkających cztery ulice od niej. O dziadku i babci jej dzieci, którzy do tej pory regularnie pomagali w opiece nad nimi. I dodałam, że bardzo trudno jest mi sobie wyobrazić, iż nie dojdzie między nimi do żadnych spotkań ani kontaktów przez następne miesiące.

– No tak, to rzeczywiście może być problem. Nie myślałam o tym… – odrzekła szczerze zaniepokojona.

Podobnych sprzeczności jest mnóstwo:

… fajnie jest pracować z domu, ale jednocześnie chciałbym już móc wrócić do biura.

… siedzenie w domu źle mi robi na psychikę, ale już dawno nie czułem się tak cudownie wolny i wyspany.

… nie lubię, gdy moje dziecko spędza tyle czasu przed ekranem, ale szkoła online nie jest wcale złym pomysłem, dziecko pracuje we własnym tempie i często dużo szybciej przerabia materiał niż w normalnej szkole!

Zakończmy dychotomią wyborczą: w czasie pandemii Trump potwierdził, że nie zasługuje na drugą kadencję, ale będziemy na niego głosować, bo jesteśmy republikanami. Pandemia bez wątpienia obciążyła nas dodatkowym bagażem: postawiła przez całą rzeszą nowych wyborów, od których nie ma ucieczki, trzeba ich dokonywać, niektórych każdego dnia od nowa. Nowych lęków i niepewności. Wielkich zmian w codziennym życiu i obyczajach, które na dodatek, tak dywagują socjolodzy, mogą z nami zostać na zawsze. Mnie chaos, który nas otoczył, bardziej jednak skłania do uchylenia kapelusza przed maksymą babci. Widzę w niej dużo więcej sensu. I to pomimo świadomości, że w tak spolaryzowanych ideologicznie czasach reperkusje, jakie mogą mnie spotkać na skutek ignorowania maksymy mojej mamy, są większe niż kiedykolwiek.