Manowce kontrargumentacji

170
Śmierć George'a Floyda wywołała dyskusję o rasizmie, nie tylko w Stanach Zjednoczonych FOTO: EPA

Każdy argument ma swój kontrargument. To oczywistość. Nie jest jednak ani oczywiste, ani automatyczne, że każda kontra będzie mądra i sensowna. Przyglądam się z przykrością wyścigowi, jaki trwa w obrębie polskich społeczności, i w Polsce, i poza jej granicami, o laur pierwszeństwa w konkurencji na kontrargumenty, dlaczego walka z rasizmem jest… niesprawiedliwa!

Jako dziennikarze, osoby zawodowo trudniące się relacjonowaniem bieżących wydarzeń, jesteśmy w ten wyścig wciągani z głową, czy to się nam podoba, czy nie. To zrozumiałe. Każdy medal ma dwie strony, a my, jako rzecznicy informacji publicznej, mamy obowiązek pokazywać obie te strony. Stąd kontry: dlaczego ze śmierci jednej czarnoskórej osoby robi się burdę na cały świat, ale gdy umiera biały – w identycznych okolicznościach, tylko odwrócone są role ofiary i oprawcy – to nawet w lokalnych mediach nikt o tym nie wspomina? Dlaczego nie rozmawiamy o przemocy kolorowych wobec białych? Dlaczego w mediach w USA w ogóle nie mówi się o dramacie białych farmerów w RPA, gdzie jak najbardziej mamy do czynienia z rasizmem, tylko odwrotnie? Dlaczego, wyciągają się w naszym kierunku oskarżycielskie palce, wy, dziennikarze, tak rzuciliście się robić światu rachunek sumienia, skoro zginął złodziej i narkoman? Policzyłam, dostałam od „życzliwych” już kilkanaście przekazów informujących mnie o kryminalnej przeszłości George’a Floyda. I argument, zdaniem kontrargumentujących, absolutnie najsilniejszy: gdyby to biali w imię sprawiedliwości rasowej tak palili, niszczyli i łupili w biały dzień, to wie pani, co by się stało? To by ich policja, i to wcale nie kolorowa, a biała, w trymiga wzięła za mordy, wsadziła do więzienia i jeszcze wszyscy odtrąbiliby wielkie zwycięstwo praworządności i zdrowego rozsądku nad elementem przestępczym.

Korzystając z platformy, do której mam tu dostęp, odpowiem. Wcale nie uważam, że fakt, iż bezpodstawny mord, i w ogóle przemoc, na osobie czarnoskórej jest ważniejszy i bardziej godny czyjejkolwiek uwagi niż taki mord na osobie białej. Żółtej, zielonej. Jakiejkolwiek. Tego typu przypadek nie powinien w ogóle mieć miejsca, nieważne, jakiego koloru są uwikłani w niego ludzie. Media, jeśli szczerze dążą do obiektywizmu i sprawiedliwego rozdziału uwagi, jak najbardziej powinny kierować swe reporterskie oczy wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z wydarzeniem wartym relacji. Przemoc i przestępczość w każdym wydaniu i każdego koloru jest takim materiałem. Czy wolałabym, żeby zachowana była większa równowaga reporterska? O tak. Czy chciałabym, by każda warta uwagi sprawa, nieważne, kto za nią stoi, otrzymywała tyle samo miejsca na medialnych platformach i miała taką samą widoczność dla odbiorcy? O niczym bardziej nie marzę. Zapewniam też, że takiego zdania jest absolutna większość moich koleżanek i kolegów po fachu. Wszyscy oczywiście nie, bo media to nie tylko organy stawiające sobie za cel obiektywizm, jest rzesza takich, które świadomie praktykują polityczne i ideologiczne odchylenia w różnych kierunkach.

Jeśli jednak w odpowiedzi na doniesienia o tym, co dzieje się obecnie na naszych ulicach, już nie tylko w USA, ale i wielu innych miejscach na świecie, ktoś odczuwa potrzebę użycia kontrargumentów, jakie przytoczyłam, znaczy to, że albo my, dziennikarze, źle jednak wykonujemy naszą pracę, nie docieramy do sedna sprawy i nie przedstawiamy jej wystarczająco jasno, albo osoba szafująca rzeczoną kontrargumentacja nie umie lub nie chce zobaczyć całego kontekstu, który stanowi ramy dla trwających protestów. Jaki to kontekst? Ano taki, że na amerykańskim lądzie to jednak nie człowiek czarny z białego, a biały z czarnego uczynił niewolnika i trzymał go takim przez kilkaset lat. Jak wyglądały relacje między posiadaczami a ich własnością – nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Wątek strukturalnego rasizmu pomimo abolicji i poprawek do konstytucji. Wątek uwłaczających ludzkiej godności praw Jimmy Crowe’a i segregacji obowiązującej w Ameryce przez dziesięciolecia po wojnie domowej. Ruchów cywilnych sprzed lat sześćdziesięciu, które w końcu zlikwidowały, przynajmniej w oczach prawa, nierówności obywatelskie między poszczególnymi kolorami skóry. I wątek wciąż żywego rasistowskiego fermentu, który nigdy nie opadł, a ostatnio, za sprawą najwyższych władz w państwie, ma się lepiej niż kiedykolwiek w ostatnim półwieczu.

Obrona jest zachowaniem instynktownym. Cieszyłoby mnie i uspokajało, gdyby w kontrargumentacji, którą wzięłam pod lupę, chodziło tylko o to. Wiadomo, w chwili ataku szukamy obrony. Sięgamy po nią, nawet jeśli wiemy, że przeskrobaliśmy. Przypomina mi się pewne zdarzenie. W sklepie spożywczym na osiedlu, gdzie się wychowywałam w późnym PRL-u, wisiała na gwoździu przy drzwiach wejściowych tzw. książka skarg i zażaleń. Była po to, by klienci wpisywali tam swoje uwagi, a personel – czy raczej kierownictwo – zapoznawał się z nimi i reagował. Kiedyś w mojej obecności ekspedientki kartkowały zeszyt, pewnie prócz mnie nie było w pawilonie nikogo innego i korzystały z chwili, by to uczynić. Czytały na głos. Ktoś napisał, że obsługa sklepu sprzedaje swoim znajomym bez kolejki i po chamsku odpowiada na uwagi innych klientów. Chwilę trwała konsternacja, wreszcie pani, która trzymała zeszycik, wyrwała z niego kartkę. Druga podskoczyła, że tak nie wolno, a człowiek ma w sumie rację, ale pierwsza nie miała zamiaru jej słuchać.

– Donosiciel mi się tu znalazł, phi! – Zgniotła kartę i wcisnęła do kieszeni fartucha.

Kontrargumenty, o których piszę, wydają mi się, wypisz wymaluj, reakcją pani ekspedientki z SAM-u. Gestem instynktownej samoobrony w sytuacji, która jest dla nas niekomfortowa. To odpowiedź na wypowiedź. Czy mądra? Czy ma sens, nawet jeśli jest wynikiem logicznej dedukcji w myśl założenia: niewinny aż do chwili udowodnienia winy? Tu właśnie pojawiają się schody. Czy kontrargument, że rasizm (a właściwie to rozwińmy ten termin: praktyka rozmyślnego krzywdzenia drugiej osoby w wyniku myślenia kategoriami rasowej supremacji lub odwetu) działa i w drugą stronę, jest mądry i ma sens w kontekście tego, o co naprawdę chodzi w protestach i manifestacjach? O ile wszystko byłoby prostsze, gdyby faktycznie chodziło tylko o to, że biały policjant zabił czarnoskórego człowieka.

Co martwi mnie, a właściwie przeraża, gdy patrzę na postawy wielu naszych rodaków. Wcale się z tym nie kryjąc, poważni, szanowani skądinąd ludzie, doprawiają te kontrargumenty komentarzami w stylu, że Ameryka zejdzie na psy, jeśli zacznie „przepraszać czarnuchów”. Oraz że Murzyn powinien znać swoje miejsce. I na dokładkę jeszcze superśmieszny mem, cha, cha! W Ameryce przed czarnoskórym mężczyzną klękają z kwiatkami trzy kobiety, a w Polsce najbardziej znany blokowy cieć Stanisław Anioł wręcza czarnemu łopatę do roboty. Czy ci ludzie uważają się za rasistów? O, w życiu! Mają się za racjonalistów i trybunów mądrości, tym większych, że przecież wywodzących się z narodu, który sam tyle przeszedł i wycierpiał. Nie rasizm przez nich przemawia, a zwykła troska o to, że na naszych oczach kończy się w Ameryce cywilizacja. To już nie kontrargument, to cała ideologia wyrosła na gruncie strachu i desperacji. Zgodzę się z nimi. Jest się czego obawiać, jak najbardziej. Polecam im jednak wielką refleksję nad sobą, nad dziejami świata, nad naturalnym prawem człowieka do walki o swoją godność i sprawiedliwość.

Jeśli nie postąpimy mądrze myśląc właśnie o kontynuacji cywilizacji, rzeczywiście może zostać zniszczona. Zginie w pożodze ognia ziejącego z niezagojonych ran i niezałatwionych spraw. Nie odczynimy tego, co już się stało. Jedyne, co możemy zrobić, to wziąć za to odpowiedzialność. Mądrą odpowiedzialność. Taką, gdzie porozumienie, układ dotyczą wszystkich stron jednakowo. Gdzie nie ma miejsca na licytacje i żadne wyścigi. Inne nacje zdają się to rozumieć o wiele lepiej niż my, Polacy. Co za wstyd dla narodu, który znany był kiedyś w świecie z największej tolerancji i gościnności, bez względu na kolor skóry, język i religię.