Maruderzy

45

Miniony tydzień zaczął się od Święta Malkontentów (Blue Monday), a upłynął nam pod znakiem seniorów. Znaczy – w Polsce upłynął, gdzie akurat, zaraz po sobie, wypadały Dni Babci i Dziadka.

Co się – w zasadzie – łączy dość harmonijnie, bo tak się jakoś składa, że „narzekactwo” i obrażanie się na „czasy współczesne” zwykliśmy uważać za domenę ludzi pamiętających ostatnią wojnę światową. A jak nie wojnę, to przynajmniej wychowanych w Peerelu.

Tymczasem takie hurtowe uznawanie seniorów za maruderów (od marudzenia), to nic więcej, jak szkodliwy stereotyp. Bo, okazuje się, autorami wyjątkowo „postępowych” poglądów, pomysłów i działań, okazali się ostatnio ludzie w okresie życia określanym – jakże nieelegancko – jako „przedemerytalny”.

Nad Wisłą od tygodnia mówi się głównie o tak zwanej pigułce po. I to wcale nie dlatego „po”, że jej wprowadzania do aptek bez recepty broni właśnie PO (nazwa zobowiązuje?), ale z powodu, że jest to stosunkowo bezpieczny środek antykoncepcyjny do zastosowania „po fakcie”, który nie ma działania aborcyjnego. Ułatwienia w dostępie do pigułki zarządziła Unia Europejska.

Awantura wybuchła niemal natychmiast, od razu okazało się też, że w Polsce – o czym mówił już nasz najsłynniejszy w dziejach błazen Stańczyk – na medycynie świetnie znają się wszyscy, zwłaszcza osoby duchowne, publicyści oraz politycy. „Narzekaczy” było jednak zdecydowanie najwięcej wśród… młodszych roczników! Najbardziej żarliwym krytykiem rządowego projektu poluzowania procedur w sprawie pigułki okazał się zaś dziennikarz Tomasz Terlikowski, stosunkowo młody, ojciec licznej gromadki potomstwa, ciągle zdolny do dalszego powiększania rodziny.

Natomiast najwięcej obrońców i obrończyń „uwolnienia pigułki” objawiło się w gronie „babć i dziadków”, których problem antykoncepcji już – w zasadzie – nie dotyczy.

Zwolennicy „świadomego rodzicielstwa” zyskali zresztą dość nieoczekiwane poparcie ze strony, z której trudno się go było spodziewać, bo akurat teraz wypowiedział się w tej kwestii także, młody już tylko duchem, papież Franciszek. Oczywiście nie zmienił zdania wobec antykoncepcji, wciąż uważając za dopuszczalne jedynie metody „naturalne”. Ale publicznie stwierdził, że chrześcijanie wcale nie muszą się „rozmnażać jak króliki”, i że powinni podchodzić do kwestii rodzicielstwa odpowiedzialnie, optymalizując liczbę potomstwa pod względem zdolności do zapewnienia dzieciom właściwego wychowania i opieki. Tym bardziej że istnieją naturalne metody kontroli płodności. Uff…

Nasz młody obrońca życia określił tę wypowiedź głowy Kościoła jako zasmucającą. Mało tego. Redaktorowi Terlikowskiemu wyraźnie puściły nerwy, gdy sugerował, aby papież wskazał, które z jego dzieci jest „nieoptymalne”. Po czym stwierdził, że stanowisko papieża jest… niezgodne z Ewangelią.

To właśnie jest jeden z przypadków, gdy ktoś bywa „bardziej papieski od papieża”…

Na z pozoru szalony krok zdecydował się też ostatnio dziadek nastoletniej już wnuczki, szef SLD Leszek Miller, który dokonał wyjątkowo brawurowego wyboru kandydatki partii do wyborów prezydenckich. Postawił na Czarnego Konia w osobie Młodej Blondynki – Magdaleny Ogórek. Pani

Magda jest śliczna jak z obrazka, młoda i wykształcona (ma doktorat z historii Kościoła) i pracuje w telewizji. Wcześniej była przez chwilę modelką i ma też za sobą epizody aktorskie w kilku serialach. Czyli jest głównie celebrytką. A politykiem, o ile w ogóle, tylko ze względu na miejsce zatrudnienia. Fala krytyki decyzji Millera podniosła się więc wyżej niż tsunami, idąc zresztą w poprzek podziałów partyjnych. Padły słowa o „malowanych lalach”, „paprotkach”, „blondynkach”, a nawet o „mizerii”, ale to już nie tyle w kontekście osoby kandydatki co, generalnie, polskiej polityki, która oto zeszła na Pudelki (to aluzja do popularnego portalu plotkarskiego, który szydzi z celebrytów).

Głosy niezadowolonych rozłożyły się – co ciekawe – głównie wzdłuż podziałów pokoleniowych, bo starsi wiekiem komentatorzy mieli pani Magdzie za złe głównie okoliczność, że jej program nie przystaje do priorytetów partii lewicowej, podobnie, jak nie przystają do nich jej prywatne poglądy. Blondynce Która Została Koniem (czarnym, który nie mówi) starsi krytycy zarzucili też unikanie wystąpień publicznych. Co politykowi nie przystoi.

Natomiast głosy rówieśników pani Magdy, zamiast na zarzutach merytorycznych, skupiły się na punktowaniu urody kandydatki i jej celebryckiej przeszłości. To spośród tego grona padły sugestie o „paprotkowatości” i niemal wszystkie argumenty ad personam, dotyczące życia prywatnego pani Ogórek. Więc znów – to raczej dziadkowie okazali się bardziej skłonni od młodzieży do ponoszenia politycznego ryzyka, a potem poważnej oceny kwalifikacji raczej niż wyglądu i przeszłości kandydatki.

„Starszaki” nie są też wcale aż tak przywiązane do „tradycyjnych wartości”, jak mógłby sugerować ich wiek, a nawet opcja ideologiczna. Bo oto pisma kolorowe obiegła wieść o rozwodzie „konserwatysty”, byłego wiceministra zdrowia i znanego obrońcy „wartości rodzinnych” na forum publicznym – Bolesława Piechy, który w 61. wiośnie życie zdecydował o rozstaniu z sakramentalną małżonką. Nie on jeden jest nad Wisłą takim późnym rozwodnikiem. Ba, niektórzy „metrykalni dziadkowie”, zamiast niańczyć wnuki, decydują się na kolejne ojcostwo. Jak Ryszard Kalisz, który już niedługo będzie miał wpisaną w dowodzie aż dwójkę niemowlaków, i to każdego z innej mamusi.

Kalisz jest „człowiekiem lewicy”, więc w jego przypadku swoboda obyczajowa nie wydaje się szczególnie szokująca. To trwały element definicji „lewaka”, stworzonej po prawej stronie sceny politycznej. Ale przecież tatą dwójki, i to już po siedemdziesiątce, został też, i też całkiem niedawno, przedstawiciel skrajnej prawicy – Janusz Korwin-Mikke.

Natomiast Mariola Bojarska-Ferenc, pierwsza „trenerka Polaków” sprzed epoki Ewy Chodakowskiej i Anny Lewandowskiej, została… szafiarką! Pani Mariola, osoba – jak sama przyznaje – dobrze po pięćdziesiątce, zainspirowana powodzeniem podobnych przedsięwzięć z Zachodu, postanowiła założyć blog o modzie dla „babć”, oczywiście tylko metrykalnych. Mało tego – sama prezentuje proponowane kreacje dla kobiet w „średnim wieku”, dobrane tak, żeby dojrzałe panie nie wyglądały jak przysłowiowe „własne babcie”. A to spora sztuka.
Znacznie łatwiej jest „trzymać się” dobrze, dopóki jest się młodym ciałem, a nie już wyłącznie duchem, to wiadomo. Tymczasem jak wyglądają niektóre z młodszych nadwiślańskich celebrytek? Jak babcie, to może jeszcze nie, ale jak własne ciocie, to z pewnością. Wystarczy zajrzeć na portale plotkarskie. Ostatnio taką „ciociną” kreację prezentowała na gali fundacji Dziecięca Fantazja jedna z najbardziej popularnych polskich aktorek młodego pokolenia – Katarzyna Cichopek.

W czarnej sukience koktajlowej, czarnych szpilkach i krótkiej fryzurze prezentowała się jak klon Jolanty Kwaśniewskiej. Ale w tym przypadku to nie jest komplement.

Tradycjonalizm, brak polotu, sztywny gorset uprzedzeń obyczajowych, punkt widzenia zamiast horyzontu myślowego… O kim to? O stetryczałych dziadkach i babciach z okazji ich święta i na okoliczność Blue Monday – Święta Malkontenta? No skąd! To o młodzieży nad Wisłą.
I tośmy sobie ponarzekali, na tych młodych, bo ich młodość, to już nie ta, co była za naszych czasów przecież…

Autor: Marian Polak-Chlabicz