Miałam gorzej, a żyję!

203
FOTO: PEXELS.COM

Znajoma jest rozwiedziona, pracuje w dwóch różnych miejscach, by związać koniec z końcem, ma spory dług na kartach kredytowych, który spłaca nieregularnie. Opowiada, że gdy jej córka dostanie prawo jazdy, dostanie od niej nowy, „wypasiony” samochód. Znajoma jeszcze się nie zdecydowała, co dokładnie, ale jeździ po salonach i ma już kilka konkretów na oku.

– Nie odbierz tego źle, ale stać cię na to? Na kolejną pożyczkę, która tylko pogorszy twoją sytuację finansową? – pytam ostrożnie.

– Oczywiście, że mnie nie stać. Ale moje dziecko będzie miało lepiej ode mnie. Ja na pierwsze auto musiałam ciężko zapracować w letnie wakacje, a i tak wystarczyło tylko na gruchota, który potem więcej czasu spędzał w naprawach niż na drodze. Pamiętam, jak zazdrościłam koleżankom, które miały majętniejszych rodziców i sprawne, nowe, piękne auta do dyspozycji. Nie chcę, żeby moja córka czuła się jak ja wtedy! – deklaruje znajoma.

– A jak się czułaś?

– No chyba nietrudno się domyślić! Jak ta gorsza, ta, która nie zasługuje, której się nic nie należy…

Znajoma zaczęła litanię, którą wszyscy znamy, a spora część z nas pewnie i przypasowywała w jakimś momencie swojego życia do własnego samopoczucia. Porównywanie się do innych to przecież jedno z naszych ulubionych, ludzkich hobby. W skrajnych przypadkach potrafi nas nawet zupełnie zniszczyć, lub na odwrót – być tak potężnym motywatorem do działania, że mrówkę zmienia w słonia, a żebraka w miliardera.

Inny znajomy, również rodzic adeptki na kierowcę, zarzeka się, że jego dzieci przejdą dokładnie tę samą ścieżkę co on. Z prawem jazdy w kieszeni będą musiały na swoje własne cztery kółka zapracować, on pomoże im tylko w ten sposób, że nauczy je podstaw mechaniki samochodowej – by w razie potrzeby mogły sobie te cztery kółka samodzielnie naprawiać i nie wykosztowywać się na pomoc fachowców.

– Ojciec powiedział, że najlepiej jak sobie kupię trucka, to od razu będę miał transport wyprowadzkowy, jak będę wyjeżdżać z domu. Bo on mnie nigdzie odwoził nie będzie. Dorosłość i bum! Mam być totalnie na swoim i za wszystko odpowiedzialna – dorzuca do tej historii córka rzeczonego, która wpadła do Młodszej, a ja zagajam ją o te sprawy przy herbacie.

– I jak się z tym czujesz? – Jestem bardzo ciekawa jej odpowiedzi.

– Szczerze? – upewnia się.

– Jak najszczerzej.

– Tak sobie. Nie mam jeszcze ani prawa jazdy, ani żadnego auta, a już czuję się gorsza od innych. Ja nie widzę nic superfajnego w tym, że on mi nie będzie pomagał i wszystko będę sobie musiała zorganizować sama. Może w jego czasach to było normalne, ale teraz tak nie jest! – rzuca ze złością.

Ojciec koleżanki jest człowiekiem dobrze sytuowanym i stać by go było na wyposażenie córki w zupełnie nowe auto bez potrzeby zaciągania na ten cel pożyczki.

W Polsce fora dyskusyjne pękają w szwach od debat i dyskusji na temat sytuacji w szkołach ponadpodstawowych po wakacjach. Po likwidacji gimnazjów uczniowie powrócili doń podwójnym rocznikiem i rodzice urządzają między sobą licytacje o to, gdzie i u kogo większe absurdy, które polską szkołę w niedługim czasie w ogóle zatopią. Czy tam, gdzie dzwonek na pierwszą lekcję rozbrzmiewa o 6:40 rano, czy tam, gdzie lekcje kończą się o 20-tej, a dwie ostatnie to matematyka? Równolegle ścierają się opinie na temat deja vu, jakiego doznaje polski rodzic, przypominając sobie własne lata szkolne w przepełnionych klasach i lekcjach na dwie zmiany.

Nic się naszym dzieciom nie stanie. To dla nich dobra szkoła życia. Nie mając wyjścia, muszą się przeorganizować, dostosować, znaleźć wyjście ze złej sytuacji. To je tylko wzmocni! – padają deklaracje z jednej strony.

Masakra! Czy po to tak ciężko pracowaliśmy, głosowaliśmy w demokratycznych wyborach, dokładaliśmy nasze cegiełki do budowy nowego, żeby nasze dzieci miały dokładnie tak samo jak my czterdzieści lat temu? Zamiast je wzmacniać, łamiemy im kręgosłupy! Nie tak wygląda postęp! – lamentuje druga strona.

Bardzo chciałabym rzec, że istnieje tylko jedna właściwa odpowiedź na rozterki polskich rodziców. Że tylko jedno z moich amerykańskich znajomych od rozmów o motoryzacji ma rację. Że uchronimy nasze dziecko przed uprawianiem niemądrego hobby porównywania się do innych i psucia sobie tym humoru wtedy, gdy przyjmiemy taką, a nie inną metodą wychowawczą.

Taka odpowiedź nie istnieje. I istnieć, podejrzewam, nigdy nie będzie, bo nigdy nie zabraknie wśród ludzi tych, którzy bronić będą postawy: „A ja miałem/-łam nawet gorzej, a żyję” i tych, którzy będą kontrować to hasło argumentem w stylu: „Moja babcia chodziła do wychodka za stodołą, czy to znaczy, że ja też nie muszę mieć w domu łazienki?”.

Istnieje wypośrodkowanie i na szczęście większość z nas, wiedziona instynktem, ku niemu się kieruje. Istnieje też coś takiego, jak umiejętność słuchania drugiego człowieka pod kątem mądrości, którą posiadł, a której my jeszcze nie znamy, a warto. Pod kątem cudzego doświadczenia, które może nas uchronić od własnej porażki. Jedyne co możemy powiedzieć z całą pewnością, to to, że nasze dzieci na pewno będą czuły się gorsze i zagubione w świecie, jeżeli odmówimy im wsparcia, bez względu na to, czy nam się sytuacja, w jakiej są, podoba, czy nie, oraz naszej bezwarunkowej miłości. Jest to wyzwanie większe i ważniejsze niż wszystko inne.