Mieli nas dokładnie z tyłu

243
FOTO: WIKIMEDIA.ORG

Wiem, obiecywałam, że już nigdy LOT-em, ale czynnik finansowy zwykle decyduje, bo, Panie Boże, doskonale wiesz, że nie jestem milionerką. Tym razem zapragnęłam znaleźć się w Krakowie za jakieś dwie, najwyżej trzy niedziele, a linie lotnicze nie cierpią takich kilkutygodniowych narwańców. Jeśli chce się mieć jako taki komfort podróży, zapewniony za cenę niewymagającą ponownego zadłużenia domu, należy rezerwować bilet głęboką zimą na środek lata.

W warunkach na już, czyli na za dwa tygodnie, cena biletu 1200 dolarów jest okazją, szczególnie, gdy nasze dodatkowe 12-godzinne wahanie zmiotło z ekranu loty – w przystępnych cenach – przez Frankfurt, Monachium czy choćby Paryż prosto do Krakowa i w dodatku liniami lepiej obiecującymi brak niespodzianek.

Trudno.

Na placu boju został LOT.

Jeszcze w Chicago moim sąsiadom zaczęła kapać na głowę woda. Steward zareagował uprzejmie i przyniósł kilka chusteczek higienicznych. 

Kiedyś miałam samochód, prawdopodobnie wersję etiopską, i w czasie deszczu lało się na kierownicę, ale dziura w karoserii to nie szczelinka w poszyciu samolotu.

Dlatego, Panie Boże, przyznam, poczułam się z lekka nieswojo i poprosiłam o wstawiennictwo niebieskie. Niby wiem, jak tę maskę tlenową na twarz nałożyć, gdyby coś poszło nie tak i spadło ciśnienie w kabinie, ale ja tam nie mam ochoty sprawdzać, ile zapamiętałam z instrukcji, powtarzanych do upojenia przed każdym lotem. 

Mamy ruszać, a tu kapie; skulona pasażerka siedzi niczym kurka liliputka na deszczu. W końcu inny steward informuje, że to tylko kondensacja i nic wielkiego się nie stało. Jasne – w końcu nie on przemókł do nitki tam, gdzie można by się tego najmniej spodziewać. Może Amerykanie dopracują ten model Dreamlinera, którym miałam lecieć, i ze skrytek nad głową oprócz masek tlenowych będą wyskakiwać parasole? 

Wprawdzie wymodliłam brak atrakcji (pokładowego deszczu nie liczę), ale moja żarliwość niczym marne ubezpieczenie zadziałała tylko w jedną stronę – co jestem w stanie, Panie Boże, zrozumieć – bo jak mnie ktoś słabo prosi, to też spotyka się z podobną reakcją.

W drodze powrotnej zostałam wielokrotnie zaskoczona, ale to, co z nami zrobiła naziemna obsługa lotu numer 03 z Warszawy do Chicago dnia 8 maja 2019 roku, należy uwiecznić w annałach wpadek lotowskich. Godzina odlotu opiewała na 16:40, zatem wpuścili nas, jak było napisane na kartach pokładowych, o 16:00, ale samolotu koło rękawa nie było, czyli – po schodach w dół z podręcznymi walizkami. Na takim zapleczu nie przewiduje się wystarczającej liczby wind dla kilkuset pasażerów ani ruchomych schodów. Zresztą to standard i rok wcześniej też musiałam chodzić po schodach, a to we Wrocławiu, a to w Krakowie.

Problem wyjaśnił, jak zwykle, wujek Google. Okazało się, po pierwsze, że nie wszystkie samoloty pasują do rękawów, co z pewnością nie dotyczy ślicznego Dreamlinera 787-9, po drugie nie każda linia lotnicza jest na tyle bogata, aby jej pasażerowie mogli sobie ot tak z samolotu na terminal wysiadać; ale jakoś nie kupuję konceptu, że samolot LOT-u u siebie, na polskim lotnisku, nie może podkołować tak, aby pasażerom zrobić dobrze, a na każdym innym lotnisku może. Zresztą z wszelkich późniejszych działań LOT-u jakby wynikało, że pasażer to jedynie kłopotliwy dodatek do ich szczytnych zajęć i celów. Po trzecie i ostatnie, odbywa się na Okęciu remont i rozszerzanie możliwości do „masy krytycznej”. Słowo daję, tak było napisane w artykule pochodzącym z Business Insider. A światłą myśl wyraził prezes PP Porty Lotnicze Mariusz Szpikowski. Czy ten pan wie, co to jest MK, i czy zdaje sobie sprawę, że po jej przekroczeniu następuje wybuch i nie ma czego już zbierać? Uczyli o tym w niegdysiejszych szkołach podstawowych.

W sumie co mnie to obchodzi, czy sobie budują lub też coś burzą. Lotnisko ma hulać, bo skoro w Chicago dają radę bez wewnętrznej kolejki, która jest w przebudowie (dowóz autobusami podjeżdżającymi co minuta), to my też moglibyśmy. Poza tym nie widziałam żadnych zasieków budowlanych, natomiast gdy ładowano nas do autobusu, nad nami sterczał pusty rękaw.

Zaraz po zniknięciu zaopatrzenia w tylnym luku z lekko chrypiącego głośnika popłynął lakoniczny komunikat, że z powodu „wyjątkowych względów bezpieczeństwa” musimy zostać w autobusie, nie dłużej jednak niż 15 minut. W sferze domniemań pozostało moje przemyślenie: „Dlaczego nie odwożą nas do budynku, skoro coś zagraża. A może nas porwali?”. Obsługa naziemna, wiedząc, że nie możemy się wydostać, nawet nie spoglądała w naszą stronę, a w autobusie w ciągu 20 minut zrobiło się nieprzyjemnie gorąco, jak w kurniku z brojlerami. Żadnych dodatkowych wyjaśnień nam nie udzielono.

Po niemal 25 minutach zaczęłam, przez pancerną szybę, dobijać się do kierowcy – zero komunikacji, nikogo na płycie nasz los nie interesuje, poza tym wszyscy jakoś tak się rozpierzchają, nikną, giną.

W końcu moje niepoprawne zachowanie i aparat fotograficzny, nieco bardziej skomplikowany niż kamera-idiota, podziałały. Seledynowo-odblaskowa pani między 16:43 i 16:45 (tak by wynikało z jakości zdjęć) otworzyła drzwi i spoglądając na mnie do góry spod bardzo namarszczonych brwi – bez grzecznościowego wstępu typu „dzień dobry” czy „przepraszam” – szczeknęła: – Wysiadać nie wolno!

Przez otwarte drzwi wpadło powietrze i powiało nadzieją, bo o 16:51 dowieziono osoby niepełnosprawne. W autobusie, dzięki Bogu, nic się nie dzieje: nikt nie zasłabł, nie dostał z gorąca wylewu czy zawału. Sprawdzam licznik aparatu – to już niemal 50 minut, odkąd nas zaaresztowano i nie podano sensownych powodów.

Stoimy dalej – nikt nas o niczym nie informuje, ale autobus jest otwarty, zatem nie cierpimy na niedotlenienie mózgu, które mogłoby wywołać reakcje agresywne w stosunku do technicznych fajtłap. Jak bowiem nazwać osoby dorosłe, wykształcone i z doświadczeniem, a niepotrafiące rozwiązać prostego zadania logistycznego na poziomie szkoły podstawowej. Jeśli na dowiezienie pasażerów potrzeba zaledwie kilku minut, a na przygotowanie samolotu do lotu ponad godzinę, to jeśli od czasu przygotowań odejmiemy minuty dowozu, zostanie czas, który właśnie spędziliśmy, stłoczeni, w autobusie. Nie wspomnę, że przy rękawie cały załadunek odbywa się symultanicznie i dlatego znacznie szybciej.

Wreszcie wsiadamy do samolotu. Pytam stojącego przy drzwiach, wspaniale pachnącego stewarda, dlaczego Straż Ochrony Lotniska zabawiła tak długo na pokładzie samolotu i czy to prawda, że zaistniały „specjalne względy bezpieczeństwa”?

– Nic podobnego, to była rutynowa kontrola – nieskazitelny dżentelmen, o czaszce ogolonej na zero (jest mu z tym wyjątkowo do twarzy), dementuje wcześniejszy komunikat.

– A dlaczego trzymano nas w autobusie niemal godzinę? 

– Poważnie? – zdziwił się pan pachnący.

– To nie my – dodał – to „naziemni” – zgrabnie pozbył się jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Zgrzani, zmęczeni, lokujemy bagaże i siadamy. Można by chyba lecieć, ale tak nie jest. Po 15 minutach wchodzą następni pasażerowie. Mówią, że przylecieli z Rzeszowa i z Krakowa. I znowu logistyka leży, ale przynajmniej nie leje się nam na głowy.

Odlatujemy z niemal dwugodzinnym opóźnieniem. 

Postanawiam drążyć temat. Pytam pana stewarda, dlaczego nie mogliśmy wsiadać z rękawa. Otóż, jak już się jest na płycie i nie ma wolnego rękawa (wszystkie były wolne), a potem jest, to się zostaje, aby się nie wciskać (a na innych lotniskach samoloty przy rękawach niemal stykają się skrzydłami i jak to jest, że dają radę?). 

Lecimy i nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że pan pilot mógłby mieć problem z trafieniem do dziury rękawa. Na okoliczność oddalenia niedobrych myśli zamawiam podwójnego skocza.

Lądujemy z opóźnieniem godzinnym, co załoga uznaje za sukces. I nikogo nie obchodzi, że późną nocą większość nie zdąży na połączenia albo będzie zmuszona do tańca pod taśmami grodzącymi halę przylotów na niekończący się labirynt, aby zdążyć do ostatniego detroickiego samolotu, ale to już inna, też ciekawa historia.

1 KOMENTARZ

  1. W 2018 lecialem LOT I zroibiono mi darmowy upgrade z Premium do Business. Zachecony, w tym roku tez polecialem LOT. Za mile z program United Mileage Explorer wzialem od razu business class. POMYLKA!
    Fakt, LOT traktuja jak macoche. Lounge w BA, sucks. A miejsce, jako ze leciealem za mile , wybral mi system. Przy alejce, co uniemozliwolo sen, bo w klasie biznes nowy Drymlajna nie nadaje sie do uzytku, wiec stewardess cala noc biegaja by pomagac pasazerom. Podniesc siedzenie , opuscic siedzenie, wyjac, schowac stoli, zapalic swiatlo etc. malo tory pasazer dokonal tego sam.
    W efekcie tego biegania w te I wewte, gowana, cienka podloga podskakuje caly czas, wiec I glowa na poduszcze rowniez.
    Tym sposobem cala noc nie zmruzylem oka.
    Po powrocie na JFK skrupulatnie mnie sprawdzono, lacznie z walizkami. Jak idiota ubralem sie w elegancka marynarke wiec mnie wyciagneli jak rybe ze spoconej tluszczy. Pytano czy mam “kielbasa”, widocznie ci urzednicy pracuja tam od minimum 30 lat.
    Jak lece LH to nikt nie pyta o kielbasa, zreszta nikt nigdy mnie nie kontrolowal. Pasazerow LH nigdy nie kontroluja.
    Poecam latac przez MUC anie FRA. Przyjemniejsze lotniski I latwiejsza przesiadka, mniejsze samoloty I latwiej wykupic upgrade z economy do Premium. Unikac latania od czerwca do konca sierpnia jak sie da. Polacy kochaja latc zdwojka dzieciw wieku ponizej 2 lat. To jesli juz koniecznie LOT. Polecam wziac karte kredytowa Chase Sapphire reserve I zbierac mile, warto : )