Mniej, by było lepiej

53
foto: pexels.com

"Chciałbym zasnąć i obudzić się 14 października, bo tak dalej to już się po prostu nie daje" – napisał w mediach społecznościowych tydzień przed wyborami w Polsce znajomy dziennikarz. Gwizdnęłam z podziwu, że udało mu się wytrwać tak długo.

Osobiście pękłam już dwa tygodnie przed wyborami. Wiedziona najczystszą potrzebą odreagowania hejtu i chamstwa, z jakimi zetknęłam się w ramach „wymiany opinii” na tematy wyborcze przypuściłam perfidny i zaplanowany atak. By lepiej się z nim poczuć, usprawiedliwiałam się tylko sama przed sobą, że działam nie pod wpływem impulsu, a uczuć starych i stałych, obrażam bowiem lidera formacji, którego od dawna uważam za jednego z najniebezpieczniejszych prowokatorów polskiej sceny politycznej. Aktywistę uwielbiającego wyskakiwać z kapelusza w przedostatniej minucie rozgrywek po to tylko, by nabałaganić, a w istocie to podkarmić własne ego, że oto blask jego dawnej sławy i dokonań wciąż się za nim w jakimś stopniu ciągnie pomimo braku jakichkolwiek mądrych propozycji na chwilę obecną. Należało mu się po prostu.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą – w dzisiejszych czasach często już po kilkunastu sekundach od zapostowania informacji. Tak było i tym razem. Dyskusja wywiązała się w mig, i to taka, aż wióry leciały, a może nawet i kilka całych drzew pokotem padło.

Z dyskusji tej nic absolutnie nie wynikło. Nikt nie przekonał mnie do zmiany moich poglądów, ja nie przekonałam nikogo do zmiany jego. Moje stanowisko w sprawie polityka-królika wręcz się umocniło, bo sprowokowana zafundowałam sobie dodatkowy risercz w temacie biografii rzeczonego i odkryłam nowe sensacje, które pogrążyły go w moich oczach w niesławie i hańbie jeszcze bardziej. Odchodząc od komputera czułam się rozdrażniona, zmęczona i zniechęcona do wszystkiego, polityki i życia w ogóle, w głowie najjaśniejszą lampką świeciła mi tylko myśl, by po prostu „już w końcu było po wszystkim”.

Gdy wizualizuję sobie przyszłoroczne wybory prezydenckie po tej stronie świata uczucie zmęczenia i zniechęcenia tylko się pogłębia. Dopadają mnie straszne myśli, że będzie tak źle, jak jeszcze nie było. Mam niemal pewność, że ostatnie lata bezprecedensowego w najnowszej historii USA pokazu chamstwa, bezczelności i arogancji na najwyższym szczeblu władzy znajdą przełożenie na format, ton i jakość kolejnej prezydenckiej kampanii. Zwłaszcza jeśli w ostatniej jej rundzie naprzeciwko naczelnego mizogina Ameryki stanie kobieta. Wybory za ponad rok, a ja już nie mam na ten spektakl ani siły, ani ochoty.

Kto winny? Czy gdybym nie czuła się tak osaczona, atakowana, nieustannie brana na celownik w związku z moimi przekonaniami i poglądami, zachowywałabym większą kontrolę nad emocjami i w efekcie nie doświadczała wypalenia, które osłabia, a nie wzmacnia, moją postawę jako wyborcy? Na ile winne są media, które umożliwiają mi konfrontację z innymi, a na ile sami „inni”? I co z politykami, którzy walcząc o moją uwagę, sięgają po coraz bardziej zbójeckie rozwiązania?

Trudno mi jednak opędzić się od myśli, że, niestety, winna jestem i ja sama. Ja – obywatelka współczesnego świata niezdrowo uzależniona od informacji. Ja, która sięgam po informację nie po to tylko, by rzeczywiście czegoś się dowiedzieć, ale i dlatego, że po prostu mam do niej dostęp. A nałóg swój usprawiedliwiam argumentem o cywilizacyjnym postępie: przecież więcej znaczy lepiej. To motto, którym kierował się homo sapiens od początku swej dominacji na ziemi.

Czy to jednak wciąż dobre motto na dzisiejsze czasy? Czy rzeczywiście dokonuję postępu, jeśli po raz dziesiąty czytam tego samego newsa? Nawet, jeśli znajduję go na coraz to nowych platformach, odwiedzanych w myśl idei o dywersyfikacji źródeł informacji i poszerzaniu horyzontów światopoglądowych. W myśl idei, by uczyć się i wiedzieć więcej. Efekt wydaje się wręcz odwrotny. Nie tylko się nie uczę, wręcz odbieram sobie na tę naukę czas. Przecież przetraciwszy go na dziesięć wersji tej samego doniesienia, nie pozostaje mi już go wystarczająco na własną refleksję nad faktami. Jeżeli pochłaniam nie newsy, a opinie na ich temat, rzecz ma się jeszcze gorzej. Przy niewielkim czynniku poznawczym eskaluje bowiem czynnik emocjonalny, i to z naciskiem na emocje negatywne. A wiedzą to przecież dzisiaj już wychowawczynie w przedszkolu, że negatywne emocje nie tylko naukę utrudniają, ale potrafią wprowadzać dystorsje w wiedzy już przyswojonej.

Wiem, nie tylko ja zastanawiam się, jak dobrze wypełniać dziś nasze obywatelskie obowiązki, uczestniczyć w polityce i w życiu publicznym bez niszczenia po drodze samego siebie. Wyrzucenie przez okno komputera i smartfona, a z nimi naszego wirtualnego życia, nie jest, niestety, opcją. Polegamy na technologii w zbyt wielu innych sferach życia, by było nawet możliwe obywać się bez niej na co dzień.

Jakie więc mamy rozwiązania? Na razie żadnych i dopóki się nie pojawią, będziemy, być może, skazani na stosowanie półśrodków. Sukces zależał będzie od stopnia samokontroli, opanowania i zwykłej przyzwoitości wobec drugiego człowieka, na jakie będziemy umieli się zdobyć w obliczu przedsięwzięć o charakterze publicznym. W związku z tym być może największym wyzwaniem, jakie niesie dla nas jako cywilizacji najbliższa przyszłość, jest upowszechnienie i rozpoczęcie w codziennym życiu praktyki nowej maksymy: „By było mądrzej i lepiej, musi być dużo mniej”. Znamy tę maksymę nie od dzisiaj. Sprawdzała się już wcześniej, zazwyczaj z pożytkiem. Chyba więc nie ma na co czekać?