Moje Monte Cassino

0
0

Nasz rodzinny polonez, mimo że przerobiony na gaz ziemny, był wciąż dosyć drogi w użytkowaniu, zaś grupa znajomych Polaków dosyć sprawnie organizowała tańsze, zbiorowe wyjazdy z przewodnikiem. Na jedną z takich wypraw wybrałem się z mamą i młodszymi braćmi: wycieczka do Neapolu – by zobaczyć szczątki Pompei i zastygniętych w wulkanicznym pyle Wezuwiusza ludzi, a gdzieś po drodze… Monte Cassino.

Był maj i piękna pogoda. „Podróż do naszego pierwszego przystanku – Monte Cassino – to niecałe dwie godziny” – oznajmił starszy pan, historyk, nasz przewodnik. Krętą drogą autokar wspiął się niemal pod sam klasztor i wszyscy, z niezrozumiałym dla mnie zapałem, ruszyli na cmentarz. Przyznam, że mnie, dziewiętnastoletniego młodzieńca, bardziej interesowały pompejskie nieboszczyki i Neapol, ale nucąc pod nosem „Czerwone maki na Monte Cassino” ruszyłem za całą grupą. Jeszcze kawałek pod górę i… moim oczom ukazał się widok, którego nie zapomniałem do dziś. Wciąż śpiewając „bo z polskiej wzrosły krwi” zobaczyłem łany czerwonych maków, a zaraz obok las krzyży i napis:

Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”.

Chodząc pomiędzy krzyżami głośno odczytywałem wyryte nazwiska – na jednym z nich zobaczyłem „Sadowski”. Kim był żołnierz noszący to samo nazwisko co ja, gdzie zostawił rodzinę, czy miał żonę, dzieci? Mama wyjęła z torebki różaniec, przyklęknęła, słyszałem, jak szeptem odmawia „Zdrowaś Maryjo”, po chwili zadumy zawiesiła różaniec na krzyżu Sadowskiego.

Tam, na tym wzgórzu, coś się we mnie zmieniło. Mocno bijące serce, uniesienie duchowe, drżący głos i łzy w oczach – to tylko namiastka tego, co czułem patrząc na rzędy grobów i leżące na nich garściami wyrwane polne kwiaty. Polskość zyskała nową wartość, ale i zobowiązanie. Moc przeżycia mogę porównać jedynie do spotkania Jana Pawła II, gdy przemawiał do zgromadzonych w Watykanie Polaków.

Poczułem się patriotą. Ktoś mi teraz wypomni, że uzurpuję sobie prawo do miana Polaka patrioty, bazując na jakichś tam uczuciach, zamiast na konkretnych bohaterskich czynach. W czasach, gdy Bóg Honor i Ojczyzna spychane są poza granice polskich miast do sprytnie zwanego ciemnogrodu, uważam, że patriotyzmem jest obrona dobrego imienia Polski i jej chrześcijańskiego dziedzictwa. Dziś Polakom oferuje się europejskość przed polskością, pseudotolerancję i zakłamaną poprawność polityczną. Trzeba mieć odwagę, by patrząc w oczy entuzjastom nowego porządku puknąć się w głowę – przecież to Polska jest Europą, tam, za Odrą, Europejczyków już coraz mniej.

Gdy zjeżdżaliśmy autokarem z Monte Cassino, nasz pilot nieśmiało zaproponował, by zatrzymać się u podnóża góry na cmentarzu żołnierzy niemieckich. „To byli 18-19-letni chłopcy, ta góra spłynęła krwią nie tylko Polaków”. Wszyscy wyszliśmy na krótką modlitwę, znalazł się bukiet kwiatów, który kobieta z dzieckiem na ręku położyła przy głównym pomniku. Gdzieś z dala w naszą stronę ruszyła para starszych ludzi, wchodząc w nasz tłum słuchali oboje i patrzyli z niedowierzaniem – to byli Niemcy, rozmawiali z Polakiem z naszej grupy po niemiecku, płakali, ja też nie mogłem powstrzymać wzruszenia.

Jestem przekonany, że pewnych spraw nie można kogoś nauczyć, je należy pozwolić przeżyć. Monte Cassino było dla mnie niechcianym przystankiem w drodze do Neapolu, taki zbieg okoliczności, który w mojej duszy zasiał ziarnko patriotyzmu. Może teraz my, nasze pokolenie, powinniśmy częściej organizować takie „zbiegi okoliczności”, by młodzi Polacy mogli dalej stać na straży naszego dziedzictwa, dziedzictwa Polski i Europy, by było komu zatrzymać pod Wiedniem hordy brodatych amazonek, a niech sobie będą, niech tylko nie każą się kochać…

Autor: LESZEK SADOWSKI