Moje święte krowy

9

Nie lubię pozbywać się książek. Zdejmując je z półki, by odłożyć na "stosik", czuję się jak okrutny sędzia wydający na śmierć, a w każdym razie na niewiadomą tułaczkę, moich bliskich znajomych. Zostają "po nich buty i telefon głuchy" – pisał ks. Twardowski. Po każdej książce zostaje puste miejsce na półce, czasem wyraźnie zaznaczone przez obwódkę z kurzu, zwłaszcza jeżeli na półkę od dawna się nie sięgało.

Co z tego, że to przewodnik po jakimś zakątku świata sprzed 20 lat? Cieszyłam się na tę podróż jak wariatka, a przewodnik sprawił, że udała się wyśmienicie. Był jak przyjaciel, który pokazywał ręką, stukał palcem, zawracał ze złej drogi, przestrzegał przed niewypałem. Dziś w tę samą podróż trzeba by pewnie zabrać coś nowego, żeby szukając znajomego hotelu nie skończyć przed witryną marketu z oponami, a odnajdując zaułek z dawną kawiarnią, nie wylądować w klinice weterynaryjnej dla zwierząt egzotycznych… Nasza własna ojczyzna bije tutaj pewne rekordy. Gdy trzy lata temu pochyliłyśmy się z koleżanką nad przewodnikiem po Polsce, to koleżanka – warszawianka, która opuściła kraj 30 lat temu – właściwie rozpoznała tylko dzielnice, bo z ulicami poszło jej tragicznie. Pozmieniały się nie tylko nazwy i fasady, ale niekiedy to nawet i przebieg przez miasto. Wracając do starego przewodnika – wyrzucić przyjaciela tylko dlatego, że ma się wspólne wspomnienia z miejsce, które być może już nie istnieją? Nie, nie do pomyślenia.

Z książkami dla dzieci mam jeszcze większy problem. Przede wszystkim dlatego, że znacząca ich większość to pozycje polskojęzyczne – towar wysoko deficytowy w miejscu, w którym żyję. Część kolekcji stanowią moje własne, przytargane w plecakach przez pół świata, pamiętające jeszcze czasy moich osobistych mysich warkoczy, gdy jako kilkulatka pochylałam się nad ich stronicami. Inne – też targane, ale już przeważnie w wygodniejszych walizkach – przyjeżdżały z Polski po wakacjach, by wzbogacać biblioteczkę Starszej. Jeszcze inne dostawałam w kartonach od znajomych, którym dzieci już wyfrunęły z domu na swoje. Raz zdarzyło mi się nawet znaleźć pakuneczek z polskimi książkami na wycieraczce. „Dostaliśmy od znajomych informację, że jest pani Polką i ma dzieci, a to są ich książeczki z czasów, gdy jako malcy przyjechali do USA”. I podpis jakichś ludzi z ulicy oddalonej o kilka od naszej. Przygarnęłam oczywiście z radością – były to wydania serii „Poczytaj mi mamo” i nie szkodzi, że większość bajeczek już mieliśmy w wydanej współcześnie antologii tamtej serii. Polskojęzyczne wychowywanie przez czytanie to kredo mojego rodzicielstwa i szybciej zrezygnuję z ostatniego płaszcza niż z „psich” wierszy cudownego Kerna lub – pamięta ktoś jeszcze tę antykwaryczną pozycję? – „Krasnalka Gapcia” Wiery Badalskiej z uroczymi ilustracjami Zdzisława Witwickiego. Pół biedy, jeśli książeczki mogę przekazać znajomym, nawet jeśli oznacza to wiezienie ich z powrotem do Polski (zdarzało się), ale co zrobić, gdy tej okazji nie ma? Bo choć polscy rodzice, to dzieci po polsku czytać ani słuchać nie chcą? Bo ktoś już ma tę samą lekturę, zbiorek, bajki? Ewentualnie gdy nasz egzemplarz zbyt zniszczony na przekazywanie, samej podróży do cudzego domu by nie zniósł. Dyndająca okładka i kartka przerwana wpół – pamiątka po małej łapce, która sprawdzała, czy zwierzątka z ilustracji można z niej zdjąć? Jeśli oddam książeczki na makulaturę, wtedy z dumnych świadków tylu zachwytów, podróży, odkryć i wypraw w nieznane zostanie szary pył. Nie, nie do pomyślenia.

Ostatnio patrzyłam na słowniki. Ile się tego uzbierało… Złote litery na skórzanej oprawie encyklopedii Webstera – jaka ja byłam z niej dumna! Wygrałam ją w konkursie podczas studiów, była najpiękniejszą (i najcięższą) książką, jaką posiadałam. Stoi na półce, mruga złotym grzbietem, nadal piękna i elegancka, ale do czego mi ona? Nie wygra z aplikacjami w komputerze, ani internetem. Podobnie słownik Longmana, aka Longmaniak: obczytany, zdarty trochę, ale nie za bardzo, i wypodróżowany jak nie wiem co! Przez studia zaglądałam do niego niemal codziennie, a nadto zabierałam go, jako niezastąpioną pomoc, w podróże po całej Europie. Cenny był, tym bardziej że primo) nabyłam go za własne, ciężko zarobione pieniądze i secundo) kupiłam go w miasteczku Hay-on-Wy we wschodniej Walii, na sławetnym, odbywającym się tam co lato festiwalu książkowym. Longmaniak również stanowił wielką ozdobę biblioteczki, choć w inny sposób, Miał wesołą, kolorową okładkę, i nawet wtedy, gdy w i moim domu pojawił się już komputer, długo nie dawałam wiary, że cokolwiek może ten słownik zastąpić. O ile mnie pamięć nie myli, ostatni raz był w użytku 10 lat temu, mieszkał przez rok u pewnej polskiej studentki wizytującej moje strony i uczącej się angielskiego w community college. No ale pozbyć się go… zupełnie? Na zawsze? Nie, nie do pomyślenia.

O literaturze pięknej nie chcę nawet wspominać. Już kilka razy uzbierałam w sobie tyle hartu, że powyciągałam z pudełek szkolne lektury (a tak, one też przebyły ze mną drogę przez ocean), jednak za każdym razem i tak ostatecznie wracały do pudełek. Nie wiem, jak one to robiły, ale zachowywały się, jakby były przyklejone do mojej ręki i odklejały się dopiero wtedy, gdy spoczęły na swoim starym miejscu.
Ale ty masz książek! – reagują za każdym razem nowi znajomi, gdy wchodzą do mojego gabinetu. Co niektórzy pytają: – Ale co ty z nimi robisz? Co ja z nimi robię, prócz tego, że czytam? Hm… wiem na pewno, czego z nimi nie robię. Choć to ponoć estetyczny skandal i rzecz bardzo we współczesnych czasach passé, ja ich nie wyrzucam.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney