Na dwoje polska babka w Nowym Jorku wróżyła

1
FOTO: EPA

Ponoć Nowy Jork i okolice to cały świat w pigułce, całkiem sporej zresztą, więc powoływanie się na te badania uważam za całkiem słuszne i zasadne. Otóż 11 grudnia zeszłego roku gubernator Nowego Jorku opublikował oficjalne dane statystyczne zbierane przez stan, a dotyczące źródeł zarażeń.

Według tego, co tam czytamy, najpoważniejszym czynnikiem przyczyniającym się do rozprzestrzeniania się Covid-19 w Nowym Jorku są zdecydowanie prywatne spotkania domowe i towarzyskie, bo aż 73,84 proc. przypadków choroby rozprzestrzeniło się w ten sposób. Zaraz potem, chociaż ze zdecydowanie niższym procentem zakażeń jest służba zdrowia, czyli wizyty w szpitalach, przychodniach, oddziałach ratunkowych, a przede wszystkim pełne ludzi poczekalnie (7,8 proc.). Potem są studenci wyższych uczelni (2 proc.), nauczyciele (6 proc.), restauracje i bary, szczególnie te z alkoholem, ale popularne sieci fastfoodowe, gdzie tłoczą się młodzi ludzie jak najbardziej też (1,4 proc.), nieco niżej są podróże (1,06 proc.) i sektor mundurowy (1,0 proc.). Na dalszych miejscach, ze współczynnikiem „po przecinku” znalazły się między innymi: praktyki religijne w miejscach kultu, zakłady fryzjerskie i kosmetyczne, fitness cluby, transport publiczny, przedszkola i szkoły podstawowe.

Gdyby tak w prosty sposób spojrzeć na te wyniki, można by dojść do absurdalnych wniosków, że skoro najczęściej zarażamy się w domu, to powinniśmy częściej chodzić do restauracji, kina i na fitness, podróżować i robić zakupy. Biorąc pod uwagę, że drugim najczęstszym miejscem zakażeń jest służba zdrowia, prawdziwe okazywało by się powiedzenie, że najmniej bezpiecznym miejscem jest łóżko (domowe i szpitalne), bo tam najwięcej ludzi umiera. Tylko, że we własnym domu nikt w maseczce nie chodzi. Nikt też w ten sposób nie przyjmuje gości, a tym bardziej członków dalszej nawet rodziny. I to jest właśnie ten „drobny”szczegół pomijany przez wszystkich zwolenników otwarcia wszystkiego i dla wszystkich.

Według innych badań, tym razem przeprowadzonych przez Uniwersytet Stanforda na podstawie logowania 100 mln telefonów komórkowych i późniejszych zachorowań, zagrożenie układa się zgoła inaczej:na pierwszym miejscy są restauracje, kluby, puby i dyskoteki. Na drugim siłownie i fitness cluby. Potem kolejno: hotele, szkoły (w tym uczelnie), przedszkola, markety i sklepy spożywcze, przychodnie i szpitale, miejsce pracy. Przy końcu listy odwiedziny u znajomych i rodziny w ich domach.

Ciekawe są też wyniki bardzo obszernych i szczegółowych badań z dalekich Indii, które zostały przeprowadzone na podstawie wyników danych z nadzoru i śledzenia kontaktów w indyjskich stanach Tamil Nadu i Andhra Pradesh. Jednoznacznie wskazują one, że ogromną rolę w rozpowszechnianiu wirusa stanowi nie miejsce, ale osoba a dokładnie dzieci, bo to one w większości bezobjawowo przenoszą wirus Covid-19. Zamknięcie szkół i innych miejsc tego typu, zmniejszając znacznie możliwość kontaktów między dziećmi, w dużym stopniu ograniczyło rozpowszechnianie się choroby.

Jest świeża praca zespołu kierowanego przez John’a Ioannidis’a o wpływie administracyjnych restrykcji na rozprzestrzenianie się Covid-19. Autorzy dokonali w niej porównania w 16 wybranych krajach z różną dynamiką zachorowań. Wynika z niej dokładnie to samo, co z badań w Indiach, że dzieci szkolne wymieniają się wirusem między sobą, a potem zarażają, rodziców, nauczycieli, a jeśli maja kontakt to i dziadków. Zgadzałoby się to z innym badaniami- za większość pozostałych transmisji wirusa odpowiada najbardziej mobilna grupa wiekowa 20–45 lat (mobilna w sensie dosłownym oraz w sensie kontaktów i z dziećmi, i z sobą, i z grupą 50/60+).

Czyli? Dbajmy o siebie i ograniczajmy kontakty, bo na resztę wpływu, póki co, nie mamy.