Na Evereście bez zmian

905
Wiesław Cypryś w bazie Everestu FOTO: WIESŁAW CYPRYŚ

W maju 2019 roku zdjęcia dziesiątków wspinaczy, trzymających się jednej liny, podchodzących w żółwim tempie na szczyt najwyższej góry globu Mount Everest, obiegły świat i... go zaszokowały. Gdyby wszyscy turyści wrócili do domu, krytyki związanej z zatłoczeniem na szlaku by nie uniknięto, ale w końcu by ustała. Jednak na zboczu zginęło 11 śmiałków, czyniąc tamten sezon jednym z najtragiczniejszych w historii zdobywania szczytu.

Krytyka więc nie ucichła, przeciwnie – nasiliła się. Szczególnie ostro wypowiadali się doświadczeni alpiniści, którzy za śmiertelne żniwo oskarżali wygórowane ambicje wspinaczy amatorów lub w ogóle nowicjuszy, którzy zapragnęli zrobić sobie zdjęcie na „dachu świata” i czym prędzej umieścić je na Facebooku czy Instagramie, a także zachłanność na duże zyski agencji organizujących wyprawy i poważne niedociągnięcia w ekwipunku, w tym niezbędnego do przeżycia tlenu, którego wielu wspinaczom zabrakło w najbardziej krytycznym momencie.

Największe jednak gromy spadły na władze Nepalu, które, nie zważając na zatłoczenie, wydawały zezwolenia komu popadło. W sumie wydrukowały ich 381.

Po zakończeniu sezonu ogłosiły, że pracują nad zmianami, które usprawnią przemieszczanie się śmiałków na zboczu góry, i wprowadzą bardziej rygorystyczną selekcję chętnych, głównie pod kątem umiejętności wspinaczkowych i stanu zdrowia.

Na zadawane obecnie pytanie, co zostało z powyższych obietnic, od razu można odpowiedzieć, że niewiele, czego zresztą można się było spodziewać.

Sekretarz nepalskiego Ministerstwa Turystyki Kedar Bahadur Adhikari ogłosił, że zapowiadane zmiany nie wejdą w życie, ponieważ na razie nie otrzymano aprobaty kilku ministerstw, w tym obrony, sprawiedliwości, finansów i lasów. Aż ciśnie się tu następne pytanie: czy naprawdę potrzebne jest zaangażowanie aż tylu agend, żeby poczynić oczywiste kroki?

Wygląda to na grę na zwłokę i próbę przyciszenia krytyki. Ale jeszcze dziwniej brzmi dalsza część wypowiedzi sekretarza, w której poinformował, że swoją opinię muszą dorzucić także agencje organizujące ekspedycje. Zaznajomieni z tematem wiedzą, że ich rola w tym procesie winna być minimalna z uwagi na korzyści finansowe. Nie trzeba więc być wielce przenikliwym, aby domyślić się, że będą one parły do wydawania jak największej liczby pozwoleń.

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że gospodarka Nepalu mocno opiera się na turystyce, która do budżetu kraju dostarcza osiem procent rocznego dochodu. Same pozwolenia na wspinaczkę na Everest zasilają jego kasę na sumę 4,4 mln dolarów. Należy więc oczekiwać, że wyda ich około 400, nie wliczając setek dla Szerpów, pełniących rolę przewodników.

W kąt też poszły zapowiedzi egzekwowania zaświadczeń lekarskich potwierdzających dobry stan zdrowia chętnych do wspinaczki i dowodów na wcześniejsze ich przebywanie na wysokości powyżej 6 tys. metrów.

Nie słychać, aby zamierzano karać organizatorów tańszych wypraw, którzy zaniedbują środki bezpieczeństwa i oszczędzają na sprzęcie, co często kończy się tragicznie. Głównie chodzi o stare i zniszczone butle z tlenem, których kurki są nieszczelne. Brak tlenu powoduje obrzęk mózgu, czyli gromadzenie się płynów w jego komórkach, co jest jedną z najczęstszych przyczyn zgonów na Evereście.

Nie należy również zapominać, że próba wejścia na najwyższą górę świata związana jest z ogromnym ryzykiem utraty życia z innych przyczyn, takich jak: pogoda, umiejętności wspinaczkowe, kondycja fizyczna, aklimatyzacja… Ale w tym rząd nepalski ma najmniejszy udział.

Tablica upamiętniająca wspinacza i przewodnika Scotta Fischera, który wraz z ośmioma osobami zginął na zboczu Everestu w czasie burzy śnieżnej FOTO: WIESŁAW CYPRYŚ

Już po napisaniu tego felietonu nadeszła wiadomość, że władze Nepalu odwołały wszelkie działania na Evereście w sezonie wiosennym 2020. Powodem tej decyzji jest koronawirus, który dotarł także do tego himalajskiego kraju. Wstrzymano również wydawanie wiz wjazdowych, które obcokrajowcy otrzymują na przejściu granicznym.

Będzie to zatem najspokojniejszy sezon od 2015 r., kiedy 25 kwietnia trzęsienie ziemi o sile 7,8 stopnia nawiedziło rejon, a wspinacze przygotowywali się w bazie. Tamten rok był pierwszym od 1974, kiedy nie zanotowano ani jednego wejścia na szczyt.

Nie mam jednak złudzeń, że gdy nadejdzie pora do ruszenia w górę, stare reguły pozostaną, gdyż biedny kraj będzie chciał odrobić straty poniesione w obecnym sezonie.