Nasze dzieci potrzebują w życiu drugiego człowieka

178
Potrzebujemy modelu szkoły, modelu rodziny i modelu społeczności w obrębie współczesnej kultury, w którym nasze dzieci będą miały warunki nie tylko zdobywać wiedzę i konkretne umiejętności, ale też nawiązywać kontakt z drugim człowiekiem twarzą w twarz FOTO: PEXELS.COM

Kto by pomyślał, że dożyję czasów, gdy najbardziej palącym problemem szkoły stanie się nie podstawa programowa i pensje dla nauczycieli, a szkolny pedagog. Cieszy mnie to i przeraża w równej mierze.

Szkolny pedagog, znany w USA pod nazwą „school counselor”, to osoba odpowiedzialna – ujmując rzecz najprościej – za rozwiązywanie szkolnych problemów. Specyfika tej funkcji w szkole amerykańskiej polega dodatkowo na tym, że ponieważ nie mamy, począwszy już od gimnazjum (middle school) klas w tradycyjnym, znanym nam z Polski, tego słowa znaczeniu, szkolni counselors pełnią dodatkowo funkcję wychowawców. A raczej nie pełnią ich wcale, bo nie pozwalają na to realia osobowe. W każdym większym mieście, gdzie dzieci uczą się w adekwatnie wielkich szkołach (po kilka tysięcy uczniów), na jednego pedagoga przypada kilkaset dzieciaków. Staje więc na tym, że pedagog zajmuje się wyłącznie „dziećmi problemowymi”. A i to nie wszystkimi. Pod swoimi skrzydłami ma przecież także grupę dzieci specjalnej troski, amerykańska szkoła jest przecież szkołą w pełni zintegrowaną. Przyznam się, że jako matka-emigrantka nie mam już nawet siły tłumaczyć znajomym z Polski i z Europy, dlaczego „system” dopuszcza, by moje dziecko miało po dwie klasówki dziennie lub klasówkę każdego dnia tygodnia. Gdzie są prawa mojego dziecka? Gdzie jest wychowawca? Nie ma wychowawcy, drodzy państwo. System mamy akademicki już od gimnazjum, dzieci zapisują się na wybrane zajęcia i w efekcie czyja to wina, że tak komuś wypadnie, iż jednego dnia ma kilka klasówek? Jego pech. Jego pech jednostkowy. Nie mamy przecież do czynienia z całą grupą, której ten pech przypada w udziale. Nikt w całej szkole nie ma takiego samego rozkładu zajęć. Nauczyciele nie muszą się więc między sobą nawet kontaktować, by ustalać, kto komu i kiedy robi klasówki, by jakoś wyważyć stres i jednocześnie rozmiar pracy domowej w życiu ucznia. Na tym polega urok i jednocześnie katastrofa amerykańskiego systemu edukacyjnego na poziomie ponadpodstawowym.

Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że w ostatnich wyborach mieszkańcy mojego miasta przegłosowali oddzielny budżet, który szkoły w całości przeznaczą na zatrudnienie dodatkowych pedagogów. Postęp będzie szalony. Jest szansa, że zamiast jednego pedagoga na 400 dzieciaków będziemy mieli ich w naszym okręgu aż dwóch. Hura! Postęp tym większy, że Amerykanie znani są przecież z tego, iż nienawidzą płacenia podatków nienawiścią szczerą i czystą jak pierwszy uśmiech niemowlęcia. Publiczna szkoła od mniej więcej ćwierćwiecza znajduje się na trakcie zjazdu po równi pochyłej i niewiele z tego, co zostało zrobione w celu poprawienia jej kondycji intelektualnej, przyniosło oczekiwane skutki. Kolejne ekipy rządzące poszukujące, pod zrozumiałą presją społeczną, odpowiedzi na ten problem, osiągnęły na razie cel raczej odwrotny do zamierzonego, bo eksperymenty w postaci np. zielonego światła dla ruchu szkół czarterowych czy tzw. publiczne vouchery na edukację prywatną, zdywersyfikowały jedynie krajobraz edukacyjny od strony strukturalnej, nie robiąc nic, a nawet szkodząc, standardom w edukacji. Na hasło – przekażmy więcej pieniędzy na szkołę – Amerykanie reagują więc szokiem anafilaktycznym i jest to w pełni zrozumiałe. Szkoła symbolizuje dzisiaj worek bez dna, a raczej worek pełen dziur, których tylko wciąż przybywa, bez względu na to, że się je usiłuje na bieżąco i intensywnie zaszywać. Fakt więc, że jakaś grupa obywateli podjęła decyzję, by przekazać szkole dodatkowe pieniądze, jest naprawdę dużym sukcesem. Podobno rolę odgrywa fakt, że moje miasto ma opinię „niebieskiego”. Tam, gdzie polityczne mapki występują w kolorach czerwonych lub fioletowych, taki cud nie miałby szans na zaistnienie.
Dlaczego więc zamiast świętować, dalej czuję przerażenie?

Dlaczego nawet tak mądre i potrzebne inicjatywy, jak budżet na dodatkowych szkolnych pedagogów, nie są w stanie go zmitygować? Bo wiem, i mówię tu nie o wierze (czyli „chciałabym wierzyć”), a o faktach wynikających z badań i z moich własnych, wieloletnich już obserwacji, że nawet najlepiej finansowana szkoła nie będzie w stanie adekwatnie odpowiedzieć na epidemię potrzeb psychicznych naszych dzisiejszych dzieci i młodzieży. Szkoła te problemy widzi i szkoła, naturalnie, sama się do nich przyczynia, ale ich źródło leży poza nią. Gdzie? Odpowiedź jest bardzo prosta, proszę państwa, prostszej wręcz być nie może. W tym mianowicie, że uczestniczymy obecnie w absolutnie bezprecedensowym w dziejach ludzkiej cywilizacji eksperymencie społecznym, któremu równie bezprecedensowo, bo bezprecedensowo lekkomyślnie, poddaliśmy i nasze dzieci. Eksperyment ten nosi nazwę cyberkultura i charakteryzuje się postępującą w sposób huraganowy i niemal niekontrolowany internetyzacją i ekranicyzacją wszystkich aspektów naszego życia. Dzieci, z typową dla siebie naiwnością i podatnością na nowinki, a także na uzależnienia, płacą za ten eksperyment najwyższą cenę. Lekarze i terapeuci nie mają wątpliwości – nasze żyjące w wirtualnym wymiarze dzieci są najbardziej osamotnionym i zdezorientowanym na wszystkich frontach, od ideologicznego po społeczny i religijny, pokoleniem młodych w historii. Nie pomaga fakt, że wpływ na ich mózgi ma już sam fakt obcowania z elektroniką. Tu też narasta alarm, wychodzący zgodnym unissimo i od naukowców, i lekarzy, że wpływ to wyjątkowo niekorzystny.

Gubernator Kalifornii Gavin Newsom podpisał niedawno ustawę, że w trosce o lepszą kondycję psychiczną uczniów szkoły w Kalifornii nie będą rozpoczynać lekcji wcześniej niż przed godziną 8:30 rano. To krok w dobrym kierunku, bo neurolodzy nie od dziś ostrzegają, że ekrany wszystkim nam skróciły sen, ale nastolatkom szczególnie. Z jednej strony, na skutek intensywnej reorganizacji mózgu w tym wieku, ich naturalny rytm snu ulega przesunięciom w kierunku późniejszych godzin wieczornych. Z drugiej jednak tak się jakoś porobiło – kumulatywny efekt kilku czynników, w których najważniejszym jest brak pieniędzy na zapewnienie szkołom wystarczającej liczby gimbusów, z drugiej zaś batalia o więcej czasu na popołudniowe treningi dla drużyn sportowych – że czasy, gdy dzieci odmaszerowywały do szkół na mniej więcej tę samą godzinę co ich rodzice do pracy, a więc między ósmą a dziewiątą rano, dawno w USA minęły. Lekcje w większości publicznych szkół ponadpodstawowych zaczynają się obecnie już po siódmej, co znaczy, że dowożone do szkół gimbusami nastolatki zrywają się dzisiaj nawet wcześniej niż rolnik. I to nie ten współczesny, a ten z dawnych czasów, z kogutem w roli budzika.

Zmiany, by ratować nasze dzieci, muszą być o wiele, wiele większe. Potrzebujemy modelu szkoły, modelu rodziny i modelu społeczności w obrębie współczesnej kultury, bez względu na to, w jakim kierunku będzie ewoluować, gdzie nasze dzieci będą miały warunki nie tylko zdobywać wiedzę i konkretne umiejętności, ale też nawiązywać kontakt z drugim człowiekiem twarzą w twarz. Zawiązywać i budować więzi społeczne. Wzrastać w poczuciu, że są dla innych ludzi nie tylko awatarem na ekranie, ale prawdziwym, wielowymiarowym człowiekiem. Żeby tak się stało, musimy zawalczyć nie tylko z „kulturą ekranów”, ale i kulturą „hiperrodzicielstwa”, pod dyktat której każde wolne „okienko”, jakie pojawia się w grafiku naszego dziecka, natychmiast zapełniamy obecnie kolejnymi zajęciami pozaszkolnymi, nastawionymi, niestety, nie na jego rozwój społeczny i nie na jego odpoczynek. Jakże często za to potęgującymi u dziecka i stres, i poczucie alienacji. Bez tych podstawowych zmian i przewartościowań w kanonie naszych rodzicielskich i wychowawczych wartości żadna dodatkowa liczba szkolnych pedagogów ani przesuwanie pierwszego dzwonka nawet i na godzinę dziesiątą rano nie sprawi, że nasze dzieci odzyskają zdrowie i równowagę psychiczną.