Nie ma zdrowia bez granic

73
FOTO: EPA

Co robisz, gdy twoje dorosłe dziecko ma inną opinię od twojej i za nic nie możecie się dogadać? – rzuciło mi się w oczy pytanie zadane na jednej z grup społecznościowych. Pod nim milion odpowiedzi o tym, że dorosły człowiek ma prawo do własnego zdania.

Zgadzam się i jednocześnie zwijam się w środku. Ze złości i z niemocy. Chciałabym zmienić życie w bajkę, sama przybrać w niej postać potwora, porwać moje dorosłe dziecko i zamknąwszy w wieży zafundować jej tam przymusowy urlop z szerokim wachlarzem eventów relaksująco-odprężających z przerwami na warsztaty o znaczeniu odpoczynku dla ciała i umysłu.

Gdy Starsza zaanonsowała w połowie kwietnia, że wybiera się do domu na „aż” prawie trzytygodniowy urlopik między końcem semestru a stażem w wakacje, ucieszyłam się jakby to mnie samej w końcu ktoś podarował normalny urlop. Covidowy rok przyniósł mojej starszej córce tyle wyzwań i stresu, że postanowiłam już nigdy więcej nie opowiadać nikomu o początkach moich własnych studiów w Warszawie, choć myślałam do tej pory, że był to hardkor nie do przebicia. A tu pokonało mnie własne dziecko. Czy takie rzeczy też przechodzą z człowieka na człowieka w genach?

Mimo wszystko na studiach Starsza skończyła rok ze świetnymi wynikami. Porządny odpoczynek tym bardziej się jej należał. Jeszcze kilka dni przed przyjazdem snułyśmy przez telefon plany – że poodwiedzamy ulubioną kawiarnię, bo w końcu otwarta, powłóczymy się po sklepach, pojedziemy do lasu, na rowery. Czułam, jak rośnie mi moje matczyne serce.

Dziś rano patrząc jak Starsza pakuje samochód przed powrotem na kampus, czułam już tylko wspomnianą złość i bezsilność. Ostatnią rzeczą, jaką wrzuciła do bagażnika była gra planszowa, podobno fantastyczna. Specjalnie ją kupiła i przywiozła, bo jesteśmy rodzinnie fanami planszówek i miała być świetna zabawa. Pudełko wciąż było zapakowane w fabryczną folię, nawet go nie otworzyliśmy. Podobnie niezrealizowane pozostały wszystkie inne plany, nawet ten z kawiarnią, choć lokal mamy pięć minut od domu.

Najpierw Starsza zapisała się na kursy w ramach letniego semestru. Bo przecież co tam taka dodatkowa godzinka, dwie przy lekcjach, nikomu to jeszcze w czasie urlopu nie zaszkodziło, prawda? Poza tym chyba rozumiemy, że jeśli ktoś w dzisiejszych czasach nie planuje zostać inżynierem ani informatykiem, to jest absolutną koniecznością zrobić nie jeden, a co najmniej trzy dyplomy, inaczej można zapomnieć o jakichkolwiek perspektywach na pracę. Starsza planuje zrobić tych dyplomów pięć.

Zaraz potem dowiedzieliśmy się, że staż, który sobie „załatwiła” na wakacje, też poczekać nie może i zaczyna się nie po urlopie, ale już w trzecim dniu tego urlopu. Kolejna godzina-dwie dziennie wideokonferencji, potem dodatkowa praca w pojedynkę. Gdy we wtorek po południu (urlop „rozpoczął się” w piątek) zakomunikowała, że po godzince-dwie będzie też „chodzić do pracy”, gdyż odezwało się biuro, gdzie może może sobie dorobić analizą baz danych, nie wytrzymałam.

– Czy ty po tym horrendalnym roku przyjechałaś odpocząć, czy po prostu dalej chodzić jak nakręcony króliczek z Duracellem w brzuchu, tylko dla odmiany nie wokół kampusu, a po rodzinnym mieście? Sama narzekałaś, że potrzebny ci odpoczynek! – aż podniosłam głos.

– No potrzebny! – Starsza też podniosła. – Tylko że ja nie mogę sobie na niego pozwolić. Poza tym nie robię nic nadzwyczajnego. Nie znam nikogo w moim wieku, kto ot tak by sobie przyjeżdżał do domu odpoczywać!

FOTO: EPA

Kilka dni później wpadł bojfrend z wizytą.

– Tak się cieszę, że tu jestem. Może w końcu trochę odsapnę i się zrelaksuję! – przywitał się.

W ciągu pięciu dni pojechali na jedną wycieczkę do zoo i na drugą posiedzieć pół godziny nad jeziorem. Większą część zawartości plecaka bojfrenda też stanowiły książki i skrypty. Miał na temat urlopów dokładnie takie samo zdanie co Starsza – są po to, by nałożyć sobie na nie jak na talerz kopiastą górę dodatkowych obowiązków.

Gdy kilka miesięcy temu bliska znajoma powiedziała mi, że jej dwudziestotrzyletnia, pracująca, a do tego ucząca się zaocznie do dyplomu magistra córka właśnie podjęła dodatkową pracę – a side gig, jak to się zgrabnie tutaj nazywa – zdębiałam.

– Ale po co? Przecież świetnie zarabia i chyba ma już wystarczająco do ogarnięcia. Czyżby korporacja zmiękła i pozwoliła jej pracować tylko 8 godzin dziennie?

– O, nie! Zasuwa jak wszyscy – przewróciła oczami znajoma. – Ale w tej generacji to normalne. Jak tylko wykroi im się gdzieś jakieś okienko, natychmiast je zapełniają. Bo, jak mi to wytłumaczyła córka, nie chcesz zostać w tyle za innymi, którzy też żyją i realizują się zawodowo tak wielopłaszczyznowo jak to tylko możliwe, po drugie zaś trzeba mieć tego typu zabezpieczenia, przecież w dzisiejszym świecie nie ma nic pewnego.

– Wariactwo! – zaopiniowałam.

– Totalne – zgodziła się znajoma.

– To kiedy oni śpią? O odpoczynku nie wspominając?

– Nie śpią i nie odpoczywają. Za to wszyscy chodzą na terapie i biorą jakieś tabletki.

Starsza wyjeżdżała z domu tak samo zmęczona, jak do niego przyjechała. Pociechą był fakt, że ostatniego wieczoru w końcu sama przyznała, że powinna była rzeczywiście spasować, zamiast dalej udawać, że jest cyborgiem. Nawet nie protestowała, gdy po raz kolejny zagaiłam rozmowę o stawianiu światu granic.

– Nigdy nie ukrywałam, że uważam, iż macie jako pokolenie dużo trudniej, bo żyjecie w świecie, który wymaga od was więcej i wymaga tego brutalniej. Smutna prawda jest jednak taka, że świat weźmie każdą ilość z tego tego co mu dacie, kiedy się jednak przedwcześnie wypalicie, bez skrupułów wypluje was jak łupiny po pestce słonecznika. Zwyciężą tylko ci, którzy przetrwają. A przetrwają tylko ci, którzy nauczą się mądrze regenerować. Może gremialnie zawiedliśmy was jako rodzice. Może zmiany dzieją się tak szybko, że przeoczyliśmy, iż ucząc was pisać i czytać, powinniśmy byli równie gorliwie uczyć was, jak czasem zwolnić i odejść, i nie bać się powiedzieć innym, że na chwilę znikacie i muszą na was cierpliwie poczekać. Stawianie takich granic też, wbrew pozorom, jest zwykle tylko kwestią organizacji.

– Hm – zastanowiła się Starsza. – To może pójdę na jakąś terapię? Bo jak tak, to muszę diametralnie zmienić myślenie o kilku sprawach – postanowiła. – Idź – zachęciłam ją. – I weź ze sobą tylu swoich rówieśników, ilu tylko znajdziesz.