Nie ogarniamy tego kryzysu

97
FOTO: PEXELS.COM

Może wpadły Państwu do ręki ostatnie doniesienia na temat samobójstw wśród polskich dzieci. Polska jest tu na drugim miejscu w Europie. Trend jest wzrostowy. Gdybyśmy wzięli pod uwagę liczbę zgłoszonych lekarzowi prób samobójczych i gdybyśmy do tego uwzględnili opinię lekarzy, że na jedną zgłoszoną próbę najprawdopodobniej jest 99 niezgłaszanych – wówczas nasza ojczyzna byłaby w tym smutnym rankingu absolutnym liderem. Nie do pobicia.

Za tą horrendalną statystyką stoi oczywiście sprawa zdrowia psychicznego dzieci, za tym zdrowiem zaś, czy raczej za jego brakiem – wachlarz konkretnych i mniej konkretnych przyczyn, których może być zresztą tyle, ile jest dzieci, to sprawa bardzo indywidualna. Nie zmienia to jednak faktu, że to temat coraz bardziej dla współczesnego rodzica i rodziny ważny – depresja i samobójstwa wśród dzieci to wiodące wątki na forach dyskusyjnych dla rodziców. Ludzie wymieniają się przy okazji doświadczeniami z leczeniem, polecają sobie specjalistów i nieodmiennie narzekają na stan służby zdrowia.

Polska służba zdrowia jest w ruinie i opieka psychiatryczna nie jest w niej wyjątkiem. Rozumiem to i dołączam do grona oburzonych, ale chciałabym jedną rzecz wyprostować. Otóż raz po raz padają w tych dyskusjach i dywagacjach stwierdzenia, że gdzie indziej opieka nad dziećmi w potrzebie psychiatrycznej i psychologicznej jest o nieba lepsza, tylko w Polsce dziadostwo. Kolejki i do psychiatrów, i do psychologów, mało kogo stać na leczenie dzieci prywatnie, buląc po 100 złotych za konsultacje, wreszcie to czysty skandal, że dziecko po próbie samobójczej przebywa w szpitalu tylko miesiąc, bo w specjalistycznych szpitalach brak miejsc, a warunki i tak karygodne, łóżka stoją na korytarzach. Ameryka, po którą chętnie sięgają dyskutanci, jawi się niemal zawsze jako przykład tego kraju, gdzie „takie sprawy wyglądają zupełnie inaczej”! W znaczeniu: dużo lepiej.

Proszę Państwa, wyjaśnię dziś Państwu, jak takie sprawy tutaj naprawdę wyglądają.

Może nie wszyscy wiedzą, ale od dawna nie mamy już w USA szpitali psychiatrycznych. Zniknęły jeszcze za czasów JF Kennedy’ego na fali skandali w kwestii traktowania tam pacjentów oraz postępu w medycynie, która postulowała, że leczenie psychiatryczne będzie przebiegać lepiej, jeśli pacjent nie będzie izolowany od społeczeństwa. Czy było to właściwe posunięcie – spory trwają do dzisiaj i tylko się nasilają, zważywszy, jak wielki odsetek więźniów odsiadujących w USA wyroki oraz osób bezdomnych coraz bardziej zatłaczających amerykańskie ulice to właśnie ludzie kwalifikujący się do leczenia psychiatrycznego, w tym nawet zamkniętego, ze względu na wysoki poziom przemocy i niepoczytalności.

Zacznijmy od lekarzy. Z wielu przyczyn, w tym finansowych (koszt studiów medycznych), Ameryka, podobnie jak i Polska, jest dzisiaj krajem z niedoborem lekarzy, już nie tylko wśród specjalistów, ale i internistów. Kolejki do psychiatrów i psychologów są więc pokaźne, nawet jeśli legitymujemy się ubezpieczeniem, które opiekę psychiatryczną refunduje. Niezwykle ważne – mnóstwo planów takiej refundacji nie przewiduje. Warte zapamiętania – koszt nierefundowanej wizyty u specjalisty to kilkaset dolarów.

Wydarza się tragedia, dziecko targa się na swoje życie. Potrzebne pogotowie. W Ameryce lepiej zawieźć tam dziecko samemu, bo za karetkę dostaniemy rachunek w wysokości kilku tysięcy dolarów. Jeśli nie mamy ubezpieczenia, warto przemyśleć także i pogotowie, bo tam wizyta kosztuje od 10 tysięcy w górę. Dobra ubezpieczalnia refunduje nam do 90 procent tej ceny, wiele refunduje dużo poniżej tego progu. W szpitalu dziecko pozostanie dobę, może dwie. Tyle, ile potrzeba, by je przebadać, opatrzyć rany, jeśli trzeba, i wypisać leki. I… do domu! Oto pierwszy, bardzo powszechny scenariusz „opieki medycznej” nad dzieckiem po próbie samobójczej.

Jest i drugi, choć już nie tak „dostępny”. Z pogotowia można zabrać dziecko do kliniki interwencji psychiatrycznej, jeśli takową w okolicy posiadamy. Zyskujemy na takim rozwiązaniu, że jest to szansa na fachową pomoc i opiekę nad dzieckiem na dłużej niż dwa dni. Na ile dokładnie? Aż na cały tydzień ! Koszty są oczywiście kosmiczne bez ubezpieczenia i niestety wciąż niemałe nawet po refundacji, ale korzyści niezaprzeczalne, bo dziecko ma tam szansę rozpocząć terapię, a często także uczestniczyć w terapii grupowej, co w przypadku młodych ludzi jest ważne – terapia grupowa przynosi w tej grupie wiekowej dobre efekty, duże lepsze niż u dorosłych. Po tygodniu dziecko wraca do domu odrobinę podleczone (jeśli można mówić o efektach terapii kilkudniowej) oraz z mnóstwem rekomendacji od fachowców co dalej. Co jednak naprawdę dalej, to zależy zawsze i wyłącznie od rodziców, a dokładnie od ich sytuacji finansowej. 80 procent amerykańskich rodzin nie stać na kontynuowanie terapii, bo nawet jeśli posiadają ubezpieczenie, to większość planów wyznacza limit na wysokość refundacji przewidzianej dla leczenia psychiatrycznego i psychologicznego. Wszyscy to wiedzą i rozumieją, i stąd między innymi mamy po tej stronie świata takie błyskawiczne, by nie rzec, że wręczy rutynowe i mechaniczne przepisywanie dzieciom i nastolatkom leków psychiatrycznych.

Zanim przejdę dalej, wyjaśnię coś, z czego może nie wszyscy zdają sobie sprawę. Na efekty działania psychotropów trzeba zawsze poczekać – około 4-6 tygodni. Mogą mieć bowiem rozmaite skutki uboczne, od fizjologicznych po psychiczne. Obserwacja jest konieczna, by w razie czego szybko interweniować, tym bardziej u dzieci i młodzieży, gdzie mamy do czynienia z mózgiem, który wciąż dojrzewa, i z emocjami, którymi dodatkowo zawiadują hormony; są więc te emocje i towarzyszące im uczucia tym bardziej skłębione, wybuchowe i nieprzewidywalne. To z tej przyczyny powszechna w szpitalach w Polsce i pewnie w wielu miejscach na świecie praktyka, by po rozpoczęciu leczenia farmakologicznego zatrzymać pacjenta w szpitalu przez miesiąc – właśnie na obserwację. Dopóki leki nie zadziałają, pacjent znajduje się wciąż w mniej więcej takim samym stanie, w jakim był podejmując decyzję o zakończeniu swego życia. Odratowanie po próbie samobójczej nie oznacza żadnego końca. Myśli samobójcze nie znikają z dnia na dzień. Wstyd za to, co się stało, oraz poczucie winy wobec otoczenia – u dzieci te odczucia tak często są instynktowne i bardzo, bardzo silne – powoduje, że parcie na kolejne akty zrobienia sobie krzywdy może być nawet większe niż wcześniej.

Dziecko w Polsce zostaje w szpitalu przez miesiąc…. Rodzic w USA dostaje dziecko do domu najdalej po tygodniu. I jest sam, bez żadnej dochodzącej, choćby przez jakiś czas raz dziennie, a choćby nawet raz w tygodniu, specjalistycznej pomocy (pielęgniarka środowiskowa to tutaj pojęcia nieznane), bez wiedzy, co właściwie powinien robić, i jak sobie poradzić, zanim zaczną pomagać leki. Dostaje dziecko, które przypomina żywy kawałek mięsa – przepraszam za dosadne porównanie – wciąż krwawiący, poszarpany, wołający rozpaczliwie o pomoc. I przeważnie wciąż bardzo zdeterminowany, by wdawać się z otoczeniem w śmiertelny wyścig o to, czy uda nam się powstrzymać je przed kolejnym aktem samounicestwienia. I wisienka na tort – nie bez przyczyny na opakowaniach prozacu i innych psychotropów widnieje ostrzeżenie, że u dzieci i młodzieży leki tej kategorii mogą wywołać efekty przeciwne do pożądanych, czyli pogłębić depresję i nasilać myśli samobójcze. Proszę, niech każdy spróbuje sobie odpowiedzieć sam na pytanie, czym staje się taka sytuacja dla każdej rodziny, która się w niej znajdzie. Jak pogodzić pracę zawodową z całodobową opieką nad dzieckiem? Krewnych do pomocy na podorędziu zwykle nikt w Ameryce nie ma. Skąd wziąć pieniądze na dalsze leczenie? Można wziąć urlop – i niemal wszyscy to robią, niestety, trzeba szybko do pracy wrócić, w końcu jeśli się ją straci, straci się i ubezpieczenie, które pokrywa tak krytyczne w tym momencie dla naszego dziecka leczenie. Nawet jeśli to leczenie ma się opierać wyłącznie na lekach. Ich ceny są po tej stronie świata też bardzo wysokie.

Oczywiście, że w razie potrzeby wszyscy jesteśmy w stanie stanąć na rzęsach i funkcjonować na przysłowiowej godzinie snu na dobę, albo i bez tego. Wytrzasnąć spod ziemi dobrego człowieka, który pomoże, zapłacić mu, jeśli taki jest układ. Tylko że nie na dłuższą metę. Szczęśliwi ci – i dzieci, i rodzice – jeśli leki działają. Jeśli depresja nie była z gatunku najcięższych, a próba samobójcza była rzeczywiście bardziej wołaniem o pomoc, a nie aktem szczerej chęci pożegnania się ze światem. Jeśli wsparcie, jakie dziecko otrzyma tylko w rodzinie na okoliczność ograniczonego dostępu do opieki fachowej, wystarczy. A przecież jakże często ono nie wystarcza i nie ma znaczenia, że rodzice robią wszystko jak należy, że autorzy poradników dla rodzin dzieci z depresją przyznaliby im złoty medal.

Znam ludzi, którzy w pewnym momencie przestali wozić dziecko na pogotowie po kolejnej próbie samobójczej. Znam rodziców, których intensywność opieki nad dzieckiem z depresją i myślami samobójczymi zniszczyła, stoczyli się na dno razem z nim, bo po jakimś czasie nie stać ich już było ani na lekarza dla dziecka, ani dla siebie. Jak przetrwali? Niektórzy nie przetrwali. Niektórym porozpadały w związku z tym rodziny. Niektórzy po kolejnej próbie stracili dzieci. Reszta, jakże często, po prostu liczy na cuda. Takie się zdarzają. I przede wszystkim cierpliwie odlicza czas do upływu błogosławionych 4-6 tygodni, by zobaczyć, czy jest nadzieja w lekach. Jeśli nie ma – jazda kolejką górską po krawędziach skrajnego strachu i niepewności trwa.

Proszę w żaden sposób nie odebrać tego, co napisałam, jako argumentu w stylu „mam gorzej”. Absolutnie nie o to mi chodzi. Chciałam tylko uświadomić tym, którzy jeszcze tego nie wiedzieli, że po tej stronie świata opieka psychiatryczna też jest wysoce nieadekwatna, a stawiam wręcz tezę, że w sytuacjach krytycznych potrafi przywieść ludzi przed ścianę nawet wyższą niż ta, jaka wyrasta przed Polakami skazanymi na dysfunkcyjny Narodowy Fundusz Zdrowia. Szersze przesłanie tego tekstu jest zaś takie, że mamy do czynienia z narastającym kryzysem, na który, jako społeczeństwa, nie odpowiadamy jak należy. I jest to przerażające, bo przecież stawka jest najwyższa – chodzi o życie naszych dzieci.

1 KOMENTARZ