Nie wrastam, a jestem

104
FOTO: PEXELS.COM

"No pali się, no trudno. Ale dlaczego ty się tym aż tak przejmujesz? Przecież odbudują, będzie jeszcze wspanialej niż było. Nie mam wątpliwości" – usłyszałam od znajomej, gdy „na gorąco” wymieniałyśmy SMS-y o pożarze w katedrze Notre Dame w Paryżu.

Zaalarmowałam wszystkich znajomych, gdy tylko informacja o pożarze wpadła mi w oko. Była w polskim serwisie informacyjnym, o niczym nie mówiło jeszcze ani CNN, ani AP. Czułam, że to mój obowiązek, że to jedna z tych spraw, o której będziemy w przyszłości mówili: „Na naszych oczach zmienił się bieg historii”. Skojarzenie z 9/11 też przyszło bardzo szybko i nie zmieniłam zdania nawet wtedy, gdy dowiedziałam się, że – wielkie szczęście! – nikt nie zginął, byli tylko ranni wśród strażaków, a większość zabytków i cennych skarbów udało się uratować.

Płakałam przez pół dnia. Płakałam tak, że aż zadzwoniła Starsza – rzecz niecodzienna, bo jako zabiegana studentka nie ma dla rodziny zbyt wiele czasu i na pewno nie w samym środku dnia! Gdy powspominałyśmy, jak razem zwiedzałyśmy katedrę ledwie rok temu, ona też zaczęła pociągać nosem i powiedziała, że dla własnego dobra lepiej już pójdzie do biblioteki i się pouczy, inaczej rozwali się psychicznie, a tu sesja za chwilę i co wtedy.

Prezydent Macron jeszcze tego samego dnia zadeklarował, że będzie odbudowa i optymistycznie wyznaczył nawet termin jej zakończenia na za pięć lat. Następnego ranka zamawiałam w kawiarni kawę. Znajomy barister, jak zawsze uśmiechnięty i jak zawsze skory do pogawędki, bo akurat chwilowo byłam jedyną klientką w kolejce.

– Straszny dzień! – zaczęłam, a widząc zdumienie w jego oczach, od razu wyjaśniłam. – No ten pożar. W Notre Dame. Choć niby odbudują. Ale mimo wszystko. Ach!

W oczach znów pojawiły mi się łzy, na co oczy Louisa zareagowały jeszcze większym zdumieniem. Zajęło mu chwilę, by zrozumieć, o czym w ogóle mówię.

– Aaa – odkiwał inteligentnie głową. – No tak. Faktycznie. Wow.
Nie wiem, czy naprawdę wiedział. Też jest studentem i możliwe, że godziny, których nie przepracował poprzedniego dnia w kawiarni, spędził na nauce.

Albo po prostu na własnym życiu. Amerykańskie agencje informacyjne stanęły, co prawda, w pełni na wysokości zadania i relacje na temat pożaru były wyczerpujące, ale nie oszukujmy się. Po pierwsze – nawet jeśli każdy czyta newsy, to nie każdy w tej części świata będzie zainteresowany losem jakiejś tam katedry w jakimś tam europejskim państwie. Nawet jeśli to Notre Dame, jedna z głównych atrakcji w Paryżu, a Paryż to miasto z numerem jeden lub dwa (naprzemiennie z Londynem) na liście europejskich metropolii, które Amerykanin zainteresowany podróżą do Europy chce odwiedzić bądź odwiedził.

Siedząc przy kawie i przeglądając prasę zasłyszałam pogawędkę dwóch panów przy stoliku nieopodal. Na hasło „Notre Dame” zastrzygłam uszami, ale, niestety, niepotrzebnie. Pojawiło się w kontekście mniej więcej takiej wymiany zdań:

– Oglądałeś wieczorne wiadomości w telewizji?
– Tak, oglądałem, ale pożar był, ja nie mogę.
– A, tak, pożar. Ale widziałeś? Jakiś dzieciak musi zapłacić 2 kawałki, bo nielegalnie zabił łosia. No szczyt po prostu!

– No nie gadaj, niedługo za samo patrzenie na łosia będą nam kazali płacić, ten świat na psy schodzi, i to jest fakt, a nie opinia!

„Dzień po” pożar Notre Dame był na ustach większości Europejczyków, wierzących i niewierzących, młodych i starych. Wymieniali się informacjami na temat, co się dało uratować, co przepadło, jak działali strażacy, ile budynków wokół ewakuowano, naturalnie wszędzie też fruwały domysły, czy pożar powstał przez przypadek, czy jednak przez celowe podpalenie. Takie, w każdym razie, spływały do mnie informacje od znajomych i poprzez zagraniczne stacje informacyjne.

Poczułam bardzo znajomy ucisk w środku, że oto nie przynależę. Bez względu na to, ile lat mieszkam w Ameryce, jak dobrze ją poznałam, jak w lot potrafię wychwytywać najbardziej zawoalowane aluzje do tutejszej obyczajowości, tradycji i historii – nie jestem stąd. Nie wrastam. Widzę znaczenie tam, gdzie amerykańscy lokalsi go nie widzą, nie widzę go zaś tam, gdzie oni aż mrużą oczy, bo tak ich oślepia. Nad innymi rzeczami płaczę, inne mnie rozśmieszają. Inne struktury i skojarzenia są moim cywilizacyjnym i emocjonalnym domem rodzinnym.

Podobno nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Jako dziecko w innym – lubię to określenie – „czasosystemie” brałam udział w konkursie plastycznym pod hasłem: „Moja ojczyzna”. Pamiętam tamtą pracę, bo powędrowała do lokalnego domu kultury na wystawę, i był to jedyny raz, gdy pamiętam, że mojej zapracowanej mamie udało się na tę wystawę dotrzeć i ową pracę zobaczyć.

Przedstawiała kulę ziemską z dobrze wyrysowaną na niej Polską, glob obrócony zaś był tak, że czubek Polski znajdował się na samym jego szczycie. I na tej kuli stało dziecko, zaś z jego nóg w głąb mapy Polski biegły korzenie. I dzisiaj nie wytłumaczyłabym lepiej, co to znaczy gdzieś przynależeć lub nie. Różnica polega tylko na tym, że wiem, a jako dziecko tego nie wiedziałam, iż możliwe jest nie przynależeć, a mimo to zbudować w jakimś miejscu na świecie pełne, wartościowe życie. Ta samo zresztą jak możliwe jest przynależeć, a nie być w stanie zbudować w danym miejscu wiele (nic?) z tego, co by się chciało.

Pytanie, z jakim mierzy się każdy imigrant, brzmi: czy powinno się przynależeć? Powinno się czuć, że się wrasta?

Czy i jak takie poczucie zmieni/zmienia stosunek do naszych przybranych ojczyzn i nas samych jako ich przybranych obywateli? Jestem w tej materii cynikiem i uważam, że mamy tu do czynienia z błędem poznawczym. Zadajemy z gruntu niewłaściwe pytania.

Dywaguję też, że wiedzieli o tym doskonale, choć celowo to ukrywający, i Słowacki, i Mickiewicz, i Miłosz, i Herling-Grudziński, którego „Dziennik pisany nocą”, publikowany co weekend w „Rzeczpospolitej” aż do śmierci pisarza, czytałam zachłannie jako świeżo upieczona imigrantka, starając się znaleźć w nim jakieś wskazówki, pomoc.

Oczywiście ich nie znalazłam, prócz silnego odczucia, że Herling-Grudziński też nie wrastał i nie przynależał, choć miał dla Włoch przeogromny sentyment, może nawet rodzaj miłości. Znalazłam jednak coś innego: od czasu do czasu słowa, które oferowały odpowiedź, lub przynajmniej podpowiedź, na czym Herling-Grudziński ów sentyment zasadzał, i jak tworzył swoją symbiozę z przybraną ojczyzną, by życie, które wiódł, było wartościowe w sposób, na jakim mu zależało.

Jeśli chodzi o mnie – taki paradygmat imigracji i imigranta przemawia do mnie dużo bardziej niż wielkoemigracyjne dyskursa o wyższości asymilacji nad outsiderstwem bądź na odwrót. I tego się trzymam.