Niebezpieczny autobus

0
0

Ale to niejedyna bolączka tego procesu. Często zdarza się, że wyznaczona przez miejską administrację trasa autobusu jest nielogiczna, ma długie etapy i przebiega przez kilka dzielnic, niekiedy, by zabrać tylko jednego czy dwóch uczniów. Nieraz słyszy się skargi rodziców, że ich dziecko spędza w autobusie dwie godziny i więcej, choć w linii prostej odległość z przystanku do szkoły wynosi 4-5 kilometrów. W straconym czasie dojazdu bawi się telefonem komórkowym, wygłupia się z kolegami, zasypia. W efekcie, zanim zaczną się lekcje, uczeń jest znużony, głodny, spragniony. I tak dzień w dzień przez cały rok.

Frustracja związana z dojazdem do szkoły jest udziałem nie tylko uczniów, przeżywają ją także rodzice, i to bardziej niż ich latorośle. Powodów do tego mają nadzwyczaj dużo. Oprócz dziwacznych i przez to długich tras autobusów, o których wspomniałem, bólem głowy dla wszystkich zainteresowanych są spóźnienia i w ogóle nieprzyjeżdżanie po uczniów. Tylko w pierwszych trzech dniach od rozpoczęcia roku szkolnego rodzice i opiekunowie wykonali ponad 52 tys. telefonów z zapytaniem, kiedy i czy w ogóle autobus przyjedzie po ich dziecko.

Często nikt nie podnosił słuchawki, ale gdy ktoś się odezwał, nie miał do zakomunikowania dobrej wiadomości lub zbywał dzwoniącego odpowiedzią, że przyjedzie za 15 minut. Największy problem miał miejsce na Queensie, gdzie notowano najwięcej przypadków spóźnień i niezjawiania się autobusów. Reporter „Daily News”, który dzwonił pod numer tzw. gorącej linii, czekał 22 minuty, zanim ktoś się odezwał. Przedstawicielka jednej z firm przewozowych – Grandpa’s Bus Company – z którą nowojorski Wydział Oświaty ma umowę, wymigiwała się od podania prawdziwej przyczyny zaistniałej sytuacji. Ponoć pracuje nad usprawnieniem systemu.

Jeżeli uciążliwości związane z punktualnością szkolnych autobusów dają się we znaki uczniom i ich rodzicom, to są one niczym w porównaniu z tym, kto pojazdami kieruje. Śledztwo przeprowadzone przez dziennikarzy „Daily News” wykazało zastraszające fakty. Co najmniej pół tuzina kierowców prowadzących autobusy z dziećmi ma kryminalną przeszłość. Jeden kierowca siedział dwa lata w więzieniu za włamanie, drugi rozbił swój samochód, jadąc po pijanemu. Trzeci zainstalował ukrytą kamerę w kabinie prysznica, żeby oglądać kąpiące się dziewczęta. Czwarty groził śmiercią będącej w ciąży byłej partnerce. Piąty miał na koncie aż 13 aresztowań.

Żadnemu z nich nie groziła utrata pracy i ominęłoby ich wykrycie, gdyby nie musieli odnowić certyfikatu uprawniającego do prowadzenia szkolnego autobusu i gdyby nie trafili na emerytowanego detektywa Erica Reynoldsa. Reynolds, pracujący w Biurze Transportu Uczniów, sprawdza kandydatów i odnawiających zezwolenia. Po znalezieniu tych faktów, odmówił im wydania wymaganego dokumentu.

Przypadki te to tylko kilka przykładów większego problemu, panoszącego się w 8,5-tysięcznej armii kierowców i 3-tysięcznego personelu opiekunów w autobusach, zatrudnionych przez prywatne firmy transportowe, które serwują usługi największemu w kraju systemowi oświaty publicznej. Nie jest tajemnicą, że proces weryfikacji kierowców jest zbyt pobieżny, stąd trudno z niego wyplenić niewłaściwy element. Kanclerz Wydziału Oświaty Richard Carranza broni sposobu prześwietlania chętnych, ale z powyższego widać, że sito to ma zbyt grube oczka i z łatwością przedostają się przez nie chwasty.

Przechodzą po mnie ciarki, gdy myślę, że nasze dzieci wożą kierowcy nawet nie z podejrzaną reputacją, a z wręcz zabrudzoną kartoteką. Czy możemy mieć pewność, że dojadą do szkoły bezpiecznie?

Autor: Wiesław Cypryś