Normalna nienormalność

9

"Lepiej być skrzypieniem podłogi niż przeraźliwe przeźroczystą doskonałością" – napisał kiedyś Zbigniew Herbert i zawsze przypominam sobie te słowa, kiedy widzę bezgraniczne zdziwienie w czyichś oczach, że nie umiem na przykład piec ciast.

Skoro jestem kobietą, to powinnam piec, gotować, sprzątać i idealnie składać wyprasowane podkoszulki w równiutką kosteczkę. A mnie dziwi bezgranicznie zapraszanie w roli ekspertów różnych dziedzin tych samych polityków. W jednej stacji pan polityk wypowiada się jako znawca lotnictwa, choć jego wiedza ogranicza się do tej, jaką posiadł jako podróżny z biletem na koszt podatników. Za pół godziny w konkurencyjnym programie peroruje z miną eksperta o budowie dróg zimą, po przerwie reklamowej jest znawcą zapłodnienia in vitro, by następnego dnia epatować wiedzą o ginących ślimakach czy kłopotach na parkiecie giełdowym.

Być może z powodu niedoboru słońca widzę wszystko w czarnych kolorach, ale dzisiejsza debata w Sejmie nad odwołaniem ministra zdrowia wprowadziła mnie w czarny tunel przygnębienia. Wysłuchałam wypowiedzi korowodu „specjalistów” wytykających błędy ministra i odniosłam wrażenie, że równie „odkrywcze mądrości” mógłby wypowiadać Kazio po małym piwku czy Jadzia w przerwie na drugie śniadanie podczas zmiany na kasie w hipermarkecie. Nic odkrywczego, nic, o czym nie wiedziałby i nie widziałby na własne oczy każdy obywatel korzystający z publicznej służby zdrowia.

A ja, naiwna blondynka, oczekiwałam, że usłyszę chociaż zarys programu naprawczego! Jakąś myśl, ideę, iskierkę choćby, która pozwoli mi zachować nadzieję, że będzie lepiej. Jeśli odwołując ministra nie ma się gotowego planu, co zrobić, by było lepiej, to po co w ogóle go odwoływać?! By wypłacić mu odprawę? Może myślę trochę jak filmowy Pawlak, który twierdził, że nie ma co szukać nowych wrogów, kiedy starych, znanych ma się za płotem, ale staję się coraz bardziej przeciwna wszelakim połowicznym zmianom. Jestem przeciwna odwoływaniu ministrów, chociaż nie widzę zbyt wielu pozytywów ich pracy, jestem przeciwna odwołaniu premiera, wcale nie dlatego, że uważam go za dobrego przywódcę rządu, jestem przeciwna przedwczesnym wyborom, chociaż pracę Sejmu oceniam gorzej niż gorzej, jestem przeciwna wszystkiemu, ponieważ nie ma to sensu!

Wymyśliłam sobie, że mechanizm jest taki. Poseł wie, że ma swoje pięć minut, czyli jedną kadencję, i żadnej pewności, że na kolejną załapie się do Sejmu. Początkowo rozgląda się więc, jak tam wszystko funkcjonuje, stara się pokazać, załapać, gdzie trzeba i przede wszystkim wejść we właściwe układy. Potem zaczyna zabezpieczać się na przyszłość. Jak mu jeszcze czasu zostanie, to ustawia rodzinę, znajomych, odpłaca się stanowiskami tym, którzy pomogli mu dostać mandat, i w tej mrówczej pracy nad własną karierą i ustawieniem się brakuje miejsca na to, do czego został wybrany.
W związku z tym proponowałabym dożywotność funkcji posła, premiera, prezydenta… Niech wiedzą, że mają czas na brylowanie w telewizji, na zachłystywanie się popularnością, otaczanie nimbem wszechwiedzy i nieomylności. Niech uwierzą, że są wspaniali, nie do zastąpienia i mają mnóstwo czasu na wszystko, to może kiedyś w końcu wezmą się do pracy! Może choćby z nudów… Albo z ciekawości, co by było, gdyby było normalnie? Bo ja nie oczekuję cudów, nie chcę drugiej Japonii, Irlandii czy zielonej wyspy na czerwonym morzu kryzysu, chcę Polski!

Autor: Beata Wermińska